Ach … to życie …

           Cześć ! Pamiętacie mnie jeszcze ? Ktoś tu w ogóle zagląda ? Ktoś za mną zatęsknił ? Dałam ciała po całości … Niechętnie się przyznam ale, mimo moich zamiarów , mimo moich planów, odstawiłam bloga . Zupełnie go olałam …. Wstyd ! Wstyd , jak cholera, bo przecież jak się na coś zawezmę  to się tego trzymam… Chyba powinnam napisać : „trzymałam „.  Tak było jak nie miałam dziecka . Teraz , to życie i niespodzianki jakie ze sobą niesie weryfikują moje plany.

         Nie zaglądałam tu od lipca.  Działo się , działo !    W tym czasie doszło między innymi  do:

  • Samo-odstawienia córci od piersi – (temat na kolejna moją notkę)
  • Podjęcia decyzji, o posłaniu kruszyny do żłobka.
  • Wielu żłobkowych „efektów ubocznych”
  • Ciągle nawracających przeziębień i innych niepożądanych infekcji …
  • Postawienia ścian nośnych naszego wymarzonego domku
  • Dużego, bardzo satysfakcjonującego postępu w rozwoju dziecka.
  • Narodzin, nowego członka rodziny . Tak ! Kruszynka ma nowego kuzyna ;)

           Tak wiele się wydarzyło… Tak wiele, chciałabym Wam opowiedzieć… Mam nadzieję że za kilka dni , pojawi się kolejna notka.  Trzymajcie kciuki by się to udało. Bo życie , zwłaszcza młodych rodziców , zaskakuje i toczy się własną ścieżką. Niejednokrotnie krzyżując i uniemożliwiając realizację planów.

Melodia pełna jęku …

Zakładając tego bloga postanowiłam , że będę pisać regularnie. Dziś już wiem. Będąc mamą, nie jestem w stanie tego realizować. To już drugi raz, jak w mojej „blogowej karierze” wystąpiła dłuższa przerwa. Mimo szczerych chęci, mimo planów… Życie wszystko weryfikuje… A plany możemy sobie wsadzić głęboko w d… ;) Nie ! Nie jest to pożegnanie ! Chce pisać nadal. Bloga prowadzić będę, lecz zapewne nie z taką częstotliwością jak zamierzałam. Szkoda… Polubiłam to, bardzo…

Nie było mnie dość długo. Głupio mi… Nie znalazłam nawet chwili, by przeczytać co u Was ciekawego. Nie mam zielonego pojęcia, jak wygląda sprawa z placem zabaw dla Basi i Ignasia. Nie wiem co nowego stworzyła Matka Prawie Wariatka. Jak toczą się losy naszej Emigrantki , a także, jakie smakołyki przewinęły się przez kuchnię W moim Kacperkowie. Zaniedbałam Was wszystkie. Was które piszecie, i które czytacie . Ciebie też !

Moja nieobecność, była spowodowana przede wszystkim kryzysem. Dopadł on mnie , dziecko… Dopadł wszystkich. Nie dawałam sobie rady z niczym. Totalny brak organizacji, do tego kupa nerwów i poczucia winy… Poczucia że jako matka nie potrafię poradzić sobie z własną córką… Kruszynka , jest moim pierwszym dzieckiem. Przy niej się wszystkiego uczę, poznaje samą siebie. To Ona, pokazuje mi moje słabe strony. Całe to macierzyństwo, jest dla mnie nowością… Niejednokrotnie, bywa bardzo zaskakujące. Niestety także negatywnie. Z dnia na dzień , blog poszedł w odstawkę. Córcia , z wesołej dziewczynki, stała się okropnie nieznośnym dzieckiem… Ma 18-ście miesięcy. Niektóre z Was, chciały by mi pewnie powiedzieć : „18-ście ? To normalne. Dzieci w tym wieku tak mają. Trzeba to przeżyć. ” Zanim się to zaczęło, czytałam. Byłam świadoma , że czeka mnie tzw. „powrót do mamy ” . Oraz, że może być trochę ciężej…. Szczerze mówiąc… Nie spodziewałam się, że tak będzie to wyglądało. W mgnieniu oka, dziecko zmieniło się nie do poznania… Nie byłam na to przygotowana… Ledwo otworzyła oczy, już stęki i marudzenie. Krok w krok za mną, z pełna jęku melodią na ustach … Napady wściekłości, z gryzieniem wszystkiego co popadnie, łącznie z własnymi rączkami. Płacz przy zabawie, płacz na rękach. Jedzenie ? Hm.. Też nie pasowało… Strajk ! Totalny strajk ! Mam cierpliwość. Przynajmniej zawsze tak uważałam…  To wszystko mnie przerosło. To klejenie się do mnie, nie dawało mi żyć. A jej płacz… Doprowadzał mnie do szewskiej pasji….  pomocy-zbzikuje

Po dwóch dniach, miałam dość. Chodziłam cała w nerwach … A niestety , każdy kolejny dzień, wyglądał podobnie. Marzyłam,  by uciec stąd jak najdalej.  Jedynie , chwilę wytchnienia miałam na spacerze. ( Do tej pory nie rozumiem… Gdy wychodziłyśmy na zewnątrz, córka znów była niczym aniołek. Jak gdyby nigdy nic … ) Spędzając czas na świeżym powietrzu, było mi tak dobrze… Aż bałam się wracać … Ciągłe krzyki i płacz, dezorganizowały mnie całkowicie… Na podłodze bałagan. Wśród porozwalanych zabawek, resztki jedzenia. W kuchni sterta garów… A w łazience ? Prania a prania … Mieszkanie, aż prosiło się o zainteresowanie !  Natomiast cała moja uwaga, musiała być skupiona na dziecku… Robiłam wszystko. Stawałam na głowie by już więcej nie słyszeć jak marudzi. Eh… Z trudem, udawało mi się zrobić jakiś sensowny obiad…

Był to bardzo nerwowy okres. Dla nas wszystkich…Mała , która nie radziła sobie z wejściem w kolejny etap życia… ( To był chyba najgorszy skok rozwojowy, z jakim przyszło nam się zmierzyć) Ja, będąca z tym wszystkim sama, zła jak osa. Mąż, po 12 h pracy. Zmęczony , mażący tylko o wygodnym łóżku….Do tego, bałagan nie z tej ziemi, a także nieprzespane noce… Tak ! Noce też miały wiele do życzenia . Przez jakieś dwa tygodnie, córcia budziła się często z płaczem. Wszystko to , owocowało kutniami i rzucaniem się do gardeł… Żarliśmy się , jak nigdy dotąd… A na dobitkę… Kruszynkę dorwało jakieś przeziębienie. Dostaliśmy zakaz wychodzenia na pole. To było jak gwóźdź do trumny….

Gdy nastał dzień kulminacyjny skoku rozwojowego. Słysząc po raz en-ty płacz o zabawkę , którą sobie sama wyrzuciła…. Nie wytrzymałam ! Zostawiłam własne dziecko… Uryczane, czerwone z wysiłku… Wyszłam. Wyszłam do łazienki. Zamknęłam się i zatkałam uszy… To była chwila w której musiałam coś zrobić… Musiałam wybrać mniejsze zło i wyjść ! Inaczej, nie wiem co by się stało… Tyle złości , negatywnych emocji we mnie jeszcze nie było… Nie wiem ile tam siedziałam . Pięć… Może dziesięć minut. Ona cały czas płakała… Gdy ochłonęłam, wróciłam do gry. Pełna nadziei ze będzie lepiej. Wzięłam małą w ramiona. Przytuliłam, i wyjątkowo ( jak na tamten okres ) spokojnym głosem zaczęłam z nią rozmawiać. Uspokoiła się… Ja też … Później było już lepiej.  Obie byłyśmy zdecydowanie spokojniejsze … A ja cieszyłam się, że nie dałam się ponieść złym emocjom …

Jak pisałam, dostałyśmy zakaz na wyjście z domu… Przyznam, że go po prostu olałam. Nie wytrzymałybyśmy, nie przeżyłybyśmy tego okresu, zamknięte w czterech ścianach. Córce te spacery dobrze robiły. Ba ! Obydwie wracałyśmy w lepszych nastrojach. Z siłą do walki z tym okropnym skokiem rozwojowym… Aaa ! I bardzo szybko pozbyłyśmy się przeziębienia. :)

Było ciężko ! Przeżyłyśmy !

Tu link do wierszyka pisanego pod wpływem podobnych emocji. -> Frustracja 

Dużo się zmieniło … Ale ja wciąż istnieję !

Jestem nudziarą ! Tak … Właśnie nudziarą… Jestem trzy lata po ślubie, mam małe dziecko. Ciągle siedzę w domu i zajmuje się szeroko rozumianym życiowym dorobkiem. Jestem nudna i niewarta uwagi… Po co, tracić na mnie czas ?  Są przecież ciekawsze osoby, niż jakaś tam matka. O czym z taką rozmawiać ? O pieluchach ? Ząbkowaniu ? Czy zabawkach dziecięcych ? Eh … flaki-z-olejem Nie rozumiem dlaczego, ludzie, znajomi , w ten sposób traktują młode matki. Jestem jedną z nielicznych, a nawet całkiem możliwe że jedyną młodą mamą w otoczeniu znajomych…  Jest mi z tego powodu przykro. Nie dlatego że wkroczyłam w kolejny etap życia, ale dlatego, że im dłużej jestem mamą , tym wyraźniej widzę komu tak naprawdę na mnie zależy… Czas pokazał … Na znajomych, a w zasadzie już byłych znajomych, nie mam co liczyć. Szkoda bo człowiek by posiedział, pogadał przy kawie… Mimo zaproszeń, wszyscy ciągle zajęci. Nie mają czasu się nawet odezwać. No nic. Przypomną sobie o mnie, jak będą mieć interes. Przecież tak to działa. Czy naprawdę, z dzieciatą koleżanką nie ma o czym pogadać ? Czy jedynym tematem są  dzieci ? Matka czy nie matka , kobieta jak każda inna…  Dziwne jest zachowanie ludzi… Spodziewałam się, że znajomi trochę się odsuną, ale nie przypuszczałam że nie zostanie mi prawie nikt… Czego oni się boją ? Dziecka ? Czy tego że się zarażą, i będą po uszy,  siedzieć w zasranych pieluchach ?  Wiem jedno … Na przyjaciółkę liczyć mogę. Nie jest dzieciata, i chyba jeszcze nie prędko jej do macierzyństwa. Mimo że ma sporo spraw na głowie, nasze relacje nie ucierpiały. Cieszę się że ją mam. Co do pozostałych znajomych…. Hm… Wygląda na to że trzeba im pomachać, niech idą gdzie chcą. Ja sobie poradzę, jak zawsze, kiedy muszę. Nie jestem sama. Skoro znajomi uważają mnie za nudną, zrozumie mnie inna nudna mama.

Matka ! Weź Ty się wreszcie ogarnij !

Przed ciążą dbanie o dom, nie było dla mnie niczym trudnym. Zdarzało mi się mieć czasem bałagan. W ciąży natomiast, mieszkanie lśniło jak nigdy w życiu. Ze wszystkim sobie radziłam. Zawsze posprzątane, wyprane , wyprasowane, obiad ugotowany, zakupy zrobione. Wszystko ogarniałam i miałam jeszcze dużo czasu dla siebie. Mogłam sobie jeździć na jogę dla kobiet w ciąży, i spotkania z przyjaciółka. Czasu miałam pod dostatkiem. Ogarniam się już od roku i ogarnąć się nie mogę. Czuję się z tym faktem coraz gorzej. Zawsze wydawało mi się że, wszystko da się pogodzić i że, ze wszystkim sobie poradzę. Kiedy zaczęłam swoją karierę w macierzyństwie, nadal tak uważałam. Przez pierwsze trzy tygodnie, wspólnego życia z noworodkiem było ekstra. Chata czysta, obiad gorący, oboje z mężem wystrojeni. Chodziłam nawet niewiarygodnie wyspana. Wszystko to wraz z moim entuzjazmem, skończyło się. Małą dopadły kolki. Mąż w pracy, a na mojej głowie cały dom i płaczące dziecko. Nie było mowy o sprzątaniu, praniu a tym bardziej gotowaniu. Całymi dniami dziecko w ramionach i ciągłe szukanie sposobu na ulgę. Po takim dniu byłam tak wykończona że nie w głowie było mi sprzątanie. Wszystkie obowiązki domowe, miałam głęboko w d…. . Kolki minęły, i nadzieja że się od-sprzątam powróciła. Guzik…. Im córka starsza tym więcej uwagi potrzebowała. Żadne leżenie w łóżeczku nie wchodziło w grę. Leżaczki , bujaczki i inne wynalazki również odpadały. Krótko mówiąc, od trzeciego tygodnia jej życia, brakuje mi czasu na zajmowanie się domem. Prawie w całości poświęcam go na zaspokojenie jej potrzeb. Myślałam że będzie łatwiej wszystko pogodzić… Czasem myślę sobie, że jestem jakaś upośledzona, skoro nie potrafię ogarnąć domu, poprasować ubrań, znaleźć czasu dla siebie. Nie potrafię zrozumieć, jak robią to inne mamy. Lśniąca chata, i szczęśliwe dziecko ? To chyba dla mnie, nie do osiągnięcia. W ciągu dnia, mam co robić przy małej. Poza ugotowaniem jakiegoś sensownego obiadu, trudno o czas na cokolwiek innego. Wstyd się przyznać, ale gdy już zrobię pranie to czasem kisi się w pralce dzień lub dwa… W kuchni wiecznie zbierają się brudne gary… Masakra… Jakoś nie wyobrażałam sobie że będzie ze mnie aż tak nieperfekcyjna pani domu. pani-domu Nie wiem z czego to wynika … Być może brak mi organizacji. Być może z tego że, od początku muszę radzić sobie sama. Nie mam do pomocy żadnej babci, mąż wiecznie pracujący. Wszystko na mojej głowie. Mimo tego że wiedziałam jak będzie, byłam pewna że sobie poradzę. Czasem dostawałam porady typu: Wsadź mała do łóżeczka , zasyp zabawkami niech się pobawi sama a Ty będziesz miała czas na ogarnięcie chaty. Porada fajna. Chciała bym by tak było. Moja córka nie pobawi się sama. Zdarza jej się to raz na jakiś czas, zdecydowanie za mało by można było mówić o czasie na sprzątanie. Ledwo wystarcza go na obranie warzyw do obiadu. Oczywiście mogła bym wsadzić małą do łóżeczka na godzinę i zabrać się za porządki. Niestety wiąże się z tym straszny lament… Nie znoszę jej płaczu, zwłaszcza gdy próbuję coś zrobić. W takich momentach krew mnie zalewa, nie jestem w stanie kontynuować tego co zaczęłam. Robię się zbyt nerwowa i odbija się to na relacjach z wszystkimi. Ostatnio nawet nakrzyczałam na swoją mamę, zadzwoniła w nieodpowiednim momencie. Codziennie próbuję przywrócić mieszkanie do stanu używalności i utrzymać go w nim jak najdłużej.. Rzadko kiedy wychodzi …Mam szczęśliwe dziecko i bałagan w domu, albo zapłakane dziecko, mniejszy bałagan w domu i górę nerwów.  Nie wiem czy tylko ja jestem taką ciapą życiową ? Mam nadzieję że się w końcu ogarnę, i wypracuję jakiś system. Pogodzić to wszystko to moje marzenie. Jak Wy to robicie ? Macie jakieś skuteczne sposoby ?

Niemowlę i pies … Trudny orzech.

Ach…  Jak sobie przypomnę, chce mi się śmiać.  Patrząc z innego punktu, nie jest to wcale śmieszne , a wręcz nie lada problem. Będąc dzieckiem miałam dosłownie kota na punkcie zwierząt. Wszystko co się ruszało musiało być przeze mnie stłamszone. Goniłam kury , kaczki .. łapałam w ręce pisklęta. Gdy miałam okazję puszczałam się w pogoń za polną myszą , by wziąć ją do domu i hodować. Z wielką  radością ściskałam króliki , biedne .. aż im oczy, z orbit wychodziły. Krótko mówiąc byłam wszędzie tam, gdzie były zwierzęta. Czy to dżdżownica czy zapchlony kot, nie miało to dla mnie znaczenia. Właśnie, dla mnie nie miało  … Dla moich rodziców już tak …Nie rozumiałam ich w ogóle, dlaczego oni są tacy oziębli, w stosunku do tych przemiłych stworzeń. Ciągle powtarzali mi : „nie zbliżaj się” , „nie znasz tego psa, może Cię ugryźć ” , ” zostaw te pisklęta w spokoju” Na moje „ale dlaczego ? ” zawsze to samo .. „zrozumiesz jak będziesz miała własne dzieci”. Rodzice mogli sobie gadać, dalej robiłam swoje, przysparzając im , co raz to więcej nerwów. Zwłaszcza gdy zaczęłam przyprowadzać ni stąd ni zowąd psy … Pewnego dnia przeszłam sama siebie , przychodząc pod dom z wilczurem. Była to całkiem sympatyczna suczka, ale rodzice szybko się jej pozbyli .. co miałam im za złe … zaprzyjaźniłam się z psiakiem. Gdy zaczęłam własne dorosłe życie zwierzęta nadal stanowiły jego ważną część. Z mężem sprawiliśmy sobie labradora. Zawsze marzyłam o własnym, dużym czworonogu. Przez dzieciństwo miałam chyba każde zwierze, ale nie dużego pas … Był dla mnie niesamowicie ważny i chciałam by moje dziecko wychowywało się u jego boku. W głowie miałam wyobrażenia jak ze zdjęć rozpowszechnionych w internecie ,  gdzie niemowlę leży na dogu niemieckim lub innym ciapku …   Niestety były to tylko wyobrażenia, mimo najszczerszych chęci i wielu starań, rzeczywistość nie wyglądała tak cukierkowo… Gdy córka była już w brzuchu , próbowałam przygotować pas na dziecko. Stopniowo wprowadzając zmiany w domu , oraz powoli ograniczając czas jaki mu poświęcam… Kiedy pierworodna była już z nami w domu , pozwalałam psu na bliskie kontakty. Miewałam myśli: super udało się, pies nie jest zazdrosny…  Nie okazywał zazdrości w stosunku do dziecka, czasem tylko coś spsocił , pod naszą  nieobecność. Byłam z siebie dumna .. ale nie przewidziałam jednego. Córka zaczęła raczkować i wszystko wzięło w łeb. Okazało się ze duży pies z raczkującym niemowlęciem, w niewielkim mieszkaniu, to zdecydowanie zły pomysł … Mała upodobała sobie psa tak bardzo, że chodziła za nim w krok w krok. Nie pozwoliła mu nawet odpocząć przychodząc do niego i łapiąc za ogon czy targając za sierść. Nasz czworonóg był przyzwyczajony do dzieci , do targania za uszy , praktycznie do wszystkiego … prócz nachalności , jaką zafundowała mu córka. Starałam się panować nad sytuacją by ten kontakt był bezpieczny dla obu stron. Nie chciałam być zmuszona do wydania psa, było by to dla niego i dla nas bardzo przykre. Nie wyszło tak jak chciałam. Niejednorazowo , gdy odwróciłam się, dziecko było już przy psie , lub on kładł się w pobliżu dziecka. Parę razy , choć robiłam wszystko by temu zapobiec, córka chwyciła go za nogę gdy ten przechodził obok, lub rzuciła się na jego plecy gdy spokojnie leżał… Na szczęście nic złego się nie stało. Pies tylko warknął i uciekł jak poparzony.. Zdarzyło się to kilka razy , i zawsze miałam serce w gardle … Zaczęłam obawiać się kolejnych spotkań.  Wtedy właśnie zrozumiałam rodziców i ich postawę … Zrozumiałam jak wielką dawkę stresu zafundowałam im przyprowadzając pod dom wilczura .. A gdy wsiadłam na psinę i zaczęłam na niej jeździć … eh .. musieli otrzeć się o zawał serca.  Zwłaszcza że pies był przybłędą i nie wiadomo było, jak się zachowa. Miałam szczęście. Nasz czworonóg , był spokojny, zawsze uwielbiał przebywać z dziećmi. Myślałam że znam go na tyle że będę w stanie przewidzieć jego reakcje. Brak chwili spokoju oraz niemożność ucieczki do innego pokoju przed natarczywym dzieckiem, zaowocowały powarkiwaniem na córkę.  Sytuacje te , bardzo ograniczyły moje zaufanie do zwierząt mimo że nadal bardzo je kocham… Cieszę się że pies, w obliczu przemęczenia, okazał się bardzo mądry wysyłając jedynie sygnały ostrzegawcze , zamiast od razu rzucić się z zębami. Nie pozbyliśmy się go, jak robi większość rodziców, gdy w domu pojawia się potomstwo. Do budy też nie trafił … nie miała bym serca, wiązać go na polu.  Wtedy dopiero zrobiła bym mu krzywdę. Sprawę rozwiązaliśmy organizując ciapkowi spokojny kąt, gdzie ciekawska córka nie ma dostępu, jednocześnie zapewniając obydwojgu bezpieczny, kontrolowany kontakt.

Tak właśnie tak ! Sylwester z dzieckiem wcale nie musi być nudny.

Rok temu spędzałam Sylwestra w domu, z mężem  i trzytygodniową córcia. Nikogo ten fakt nie dziwił. Normalna sprawa w końcu mieliśmy maleństwo w domu. Tym razem było jednak inaczej. Ciągłe pytania ze strony znajomych co robimy w Sylwestra ? Gdzie idziemy ? itd. Odpowiedź była jedna : Nic , zostajemy z dzieckiem . Wtedy dopiero się zaczęło…  Chce wam się z dzieckiem siedzieć ? Nie może go ktoś popilnować ?  Bez sensu tak siedzieć , pchnijcie dziecko którejś babci… I to zdziwienie w oczach.  Wrrrr … Jak ja tego nienawidzę ! Ktoś pyta , ok odpowiadam … ale włażenie w czyjeś życie z butami , a przede wszystkim podważanie naszych decyzji , działa na mnie jak płachta na byka . Chęć zostania z dzieckiem w taki dzień nie jest dla mnie niczym dziwnym . Zrezygnowałam z niejednej imprezy i nie czuje się z tego powodu źle. A wręcz przeciwnie. Uwielbiam z nią przebywać i napajać się jej cudnym uśmiechem. Od kiedy jest z nami , nie czuje najmniejszej potrzeby wychodzenia na dłużej nie mówiąc już o całonocnych balangach. To że ktoś nie potrafi  zrozumieć , i sam woli pozbyć się dziecka to jego sprawa. Tak jak moim wyborem jest Sylwester z małym dzieckiem , i nikomu nic do tego.  Mimo że wielu znajomych mnie nie rozumie , uważam że podjecie takiej decyzji nie musi od razu oznaczać  beznadziejnego wieczoru. Jak się chce to wszystko można. Dzień przed „hucznym dniem” spontanicznie zgadaliśmy się z moim, również dzieciatym, bratem. Zamiast siedzieć sami siedzieliśmy w szóstkę. Zgotowaliśmy sobie całkiem niezłą domówkę. Dzieci się bawiły, i my się bawiliśmy. A dzieci jak to dzieci, długo nie posiedziały. Gdy już pociechy smacznie spały, my bawiliśmy się na luzie. Nie żałuje że nie ” wcisnęłam dziecka babci „,  jak radzili znajomi. Córka jest moim szczęściem. Nie stanowi dla mnie problemu , którego trzeba się pozbyć, by dobrze się bawić. Mała była z nami , cieszyło mnie to bardzo … zupełnie w niczym nie przeszkadzała. Bawiłam się świetnie !

Magiczny czas – matczyne refleksje

Córka nie śpieszyła się na świat. Jakaś wyższa siła zadecydowała kiedy się urodzi, i kiedy będziemy świętować, to ważne wydarzenie. Właśnie dziś, minął pierwszy wspólny rok. Ja zamiast się cieszyć, mam mętlik w głowie. Ciągle wracam myślami do porodu, do chwili kiedy przytuliłam ją do serca, po raz pierwszy i w kółko zadaję sobie pytanie: Kiedy to zleciało ? Czy przez ten czas, poświęciłam jej wystarczająco dużo uwagi ? Czy okazywałam tyle miłości i troski ile potrzebowała ? Na wszystkie te pytania mam jedna odpowiedź : nie wiem… Natomiast jestem pewna jednego. Ten rok był dla mnie bardzo ważny, chyba najważniejszy w całym moim życiu. Pełen zmartwień, radości, wzruszeń…Gdy wrócę do tych wspomnień , żałuję że mam to wszystko już za sobą. W sercu mym tkwi ogromna nadzieja, że rolę w którą dane było mi się wcielić, wykonałam najlepiej jak to możliwe. Że jako matka, byłam dla niej odpowiednim wsparciem w poznawaniu otaczającego ją świata. W ciągu roku córka dała mi tak wiele; pierwszy uśmiech, pierwsza gorączka, pierwsza wysypka, pierwsza przewrotka. Gdy jedząc biszkopta podzieliła się ze mną, gdy pierwszy raz sama mnie przytuliła. Długo by tu wymieniać .. Wspólnie przeżyty rok, był dla mnie czasem magicznym, czasem który na zawsze pozostanie w mojej pamięci.