Natury nie oszukasz… Natury nie okiełznasz !

Nawiązując do mojego wcześniejszego wpisu, o empatii i nie przyczynianiu się do krzywdy innych, pragnę przedstawić Wam krótki filmik . Idealnie tłumaczy czym jest natura … Pokazuje też , że nam ludziom, tylko wydaje się że mamy nad nią kontrolę . W rzeczywistości tak nie jest… I dobrze ! W przeciągu tych kilku minut, zobaczysz, dlaczego nie powinniśmy chodzić do cyrku. Mimu wielu zapewnień, o dobrym traktowaniu zwierząt itd… przekonasz się , że są one nieszczęśliwe… Ich sytuacja zmusza je do walki. Żadne zwierze nie atakuje, gdy czuje się bezpiecznie….Natomiast cyrk… Nie jest miejscem dla dzikich zwierząt. To co zrobiło to stworzenie, było najzwyklejszą obroną … Myślę, że każdy z nas w takiej sytuacji zachował by się tak samo .. Korzystając  z tego typu rozrywek, narażasz się (często też własne dzieci ) na utratę zdrowia , lub życia. Pomyśl… Co by było gdyby to zwierzę wydostało się z areny ? Ty tylko oglądasz. Ale również możesz być poszkodowany.

Moje dziecko, nie będzie tego oglądać !

Empatia. Wśród moich celów wychowawczych, zajmuje ona ważne miejsce. Postanowiłam dawać dobry przykład, i uczyć córcię wrażliwości na krzywdę innych. By w przyszłości, stała się dobrym człowiekiem, i nie przechodziła obojętnie wobec potrzebujących.  Niezależnie, czy to małe dziecko, człowiek dorosły czy byle jaki kundel. Tak kundel. Moje postanowienie dotyczy również zwierząt. One też żyją ! One czują ! Tak jak każdy z nas, mogą być nieszczęśliwe. Wiele stworzonek , bez naszej pomocy może sobie nie poradzić. Niektóre potrzebują domu. Inne potrzebują jedzenia. Są także takie, które cierpią i w tym cierpieniu trzeba im ulżyć. Być może pomyślicie ” Kobieto , sama świata nie zmienisz.” Tak. Macie racje. Sama nie zmienię. Wiem, że córka też tego nie zrobi. Natomiast , czy to ja czy moje dziecię , możemy odmienić życie niektórym istotom. Między innymi, szukając domu dla bezdomnego psiaka. Jeżeli same nie będziemy w stanie go przygarnąć. Kupując karmę dla zwierząt w schronisku. Bądź, zabierając zająca, ze zwichniętą łapką, do weterynarza. Pomoc potrzebującym to jedno. Nie pozwalanie na krzywdę innych, jest również ważne. Myślę, że zbyt często na nią przystajemy, mając okazję zapobiec nieszczęściu. Ludzi ogarnia coraz większa znieczulica. Przechodzimy obok siebie obojętnie. Nie potrafimy, zwrócić uwagi nastolatkowi kopiącemu bezbronnego szczeniaka. Nie mówiąc już o podaniu pomocnej dłoni, drugiemu człowiekowi. Przeraża mnie to. Dlatego, tak bardzo nie chce, by moje dziecko było taką osoba. Chcę być z niej dumna. A skoro chcę , muszę przyłożyć wszystkich starań i już teraz zacząć wdrażać „plan – empatia ” . Bywają takie sytuacje, zdaję sobie z tego sprawę, że nie będę mogła pomóc czy też zapobiec nieszczęściu. Niestety nie zawsze się da. Ale skoro się nie da, to również „da ” się pomóc. Jak ? Nie przyczyniając się do cierpienia. Zastanawiacie się o co mi teraz chodzi … Powiem szczerze. Do napisania tego artykułu, skłoniła mnie  właśnie taka niemożliwość pomocy. Bardzo lubię zwierzęta. Źle się czuję, widząc te nieszczęśliwe. Niedawno zobaczyłam, w Krakowie, 3 słonie uwiązane na niewielkim pasie zieleni, tuż przy ruchliwej drodze. Zrobiło mi się po prostu przykro… Słonie ? Tak słonie. W Krakowie jest teraz cyrk. Mający jako atrakcje : słonie, wielbłądy, żyrafy, lamy, strusie, watussi, kangury, konie… Łącznie 100 zwierząt. Te wszystkie stworzenia. Dzikie ! Potrzebujące przestrzeni ! Stoją uwiązane, w klatkach bądź na malutkich wybiegach w środku miasta, tuż pod centrum handlowym…. cyrk  Ludzie, w każdym wieku, gnają do cyrku. Przychodzą tam , rodziny z dziećmi, młodzież nawet osoby starsze. Uradowani że zobaczą kangura ,bądź żyrafę z bliska. Bo przecież to takie ” Łał ” ! Nie pomyślą , że tak być nie powinno… Jako dziecko również byłam w cyrku… Był on mały. Prawie bez zwierząt. Jeśli dobrze pamiętam, był pokaż z końmi , z „zahipnotyzowanym ” wężem, oraz kilkoma rozszczekanymi pudlami. Tyle ! Teraz w cyrkach jest za dużo zwierząt, a przede wszystkim zwierząt które potrzebują ruchu, przestrzeni… A tym czasem… Całe ich życie, to jazda ciężarówką w ciasnej klatce oraz robienie durnych sztuczek by zadowolić ludzkość. Widząc te matki, ciągnące dziecko za rękę pod cyrkowy namiot… Postanowiłam ” Nie zabiorę dziecka do cyrku „. Dla niektórych może to być dziwne. Choć ja uważam że moja decyzja jest właściwa. Nie da się uczyć wrażliwości, skoro chodzi się…. A w zasadzie płaci za cierpienie zwierząt… To jest sprzeczne ze sobą. Nie zabiorę swojej córci, by oglądała jak jakiś pan strzela batem …. Nie zamierzam się przyczyniać do krzywdy tych istot. Jest tyle innych form rozrywki. Jest w czym wybierać. Natomiast jeśli chcemy zobaczyć dzikie zwierzęta z bliska… To do tego służy Zoo. Tam właśnie pójdziemy. Tam gdzie zwierzęta, mają choć trochę wolności i przestrzeni. Dziecku wystarczy powiedzieć… Dziecko zrozumie.

Ps. Tutaj wierszyk w tej tematyce – >. Felek 

Mała dostaje pypcia :)

Jestem ciekawa, czy wasze dzieci również mają pypcia na jakimś punkcie ? W takim stopniu, że jak to coś zobaczą odbiera im umysł ?  Moja córka ma. Zastanawiacie  się pewnie, o co chodzi :) Szybko więc wyjaśniam. Córka uwielbia koty. Pomyślicie że przecież to normalne, dzieci lubią zwierzęta, ciekawią je.  wiem… Małą interesują pieski, rybki, chomiki, ptaszki łącznie z pra-dziadkowymi kurami :) Natomiast kot ją nie ciekawi… Ona ma po-prostu kota na punkcie kota ! Zaczęło się niewinnie, córa od kiedy skończyła pół roku na widok kota zaczęła piszczeć. Pomyślałam, normalna reakcja, podoba jej się. Ale im starsza tym zafascynowanie rosło i rosło i rosło… Aktualnie sprawa wygląda tak: Widząc na spacerze jakiegoś dachowca , chce wyskoczyć z wózka. Jak jest na własnych nogach, człapie w jego kierunku. Kiedy jesteśmy u babci ( mojej mamy), która posiada takowe zwierzę, małej nie da się wybudzić z transu. Dopóki kotek gdzieś się włóczy, bądź śpi schowany jest dobrze. Córka bawi się ładnie. Kiedy czworonóg wejdzie w jej pole widzenia…. Eh… Nie ma życia. Nie ma życia ani on, ani ja :) Mała zachowuje się jak zahipnotyzowana. Puszcza się w pogoń. Łazi za nim krok w krok, piszcząc i miaucząc. Robi wszystko by dorwać się do kota i go pogłaskać. ( czytaj: pogłaskać, wytargać za ogon i łapy, wsadzić palce do uszu i oczu, pociągnąć za sierść). Nawet, kiedy je, nie da mu spokoju. Wykorzystuje moment i próbuje go tłamsić… Oczywiście staram się ją odciągać od kota. Tłumaczę że kotek chce iść spać, czy że teraz je i potrzebuje spokoju itd…  Żadne moje argumenty do małej nie docierają. Tylko ślepo do tego zwierza. Parę razy już dostała ostrzeżenie, kocim pazurem. Myślałam że choć troszkę się zrazi… Myliłam się. Oj grubo się myliłam. Jak grubo, przekonałam się kiedy dostała kociego sierpowego w lewy policzek. Nawet nie zareagowała…  Będąc u mamy robimy wszystko by córa jednak posiedziała z babcią a nie latała za kotem…  Możemy sobie gadać do niej. Przepędzać kota w inny kąt. Nic nie działa… Ona i tak ciągnie za nim, a kot zaraz przyjdzie z powrotem i położy się np w dziecięcych zabawkach. Dopóki mruczek w domu, dziecko ma klapki na oczach. Więc po chwili zabawy, zwierzak ląduje znów na zewnątrz lub w innej części domu. kot-na-punkcie-kota To nie wszystko, co wyraźnie mówi mi że dziecko ma pypcia. Jak złapie fazę, potrafi miauczeć dobre kilka minut. Wypatrzy kotka wszędzie. Nawet ja nie jestem tak spostrzegawcza. Czy to kubek ciotki, czy to jakieś opakowanie na półce sklepowej itd… Wszędzie kota znajdzie. Kiedy czytamy książeczki, wybiera te w których jest napisane o kotku, bądź takie z kocim obrazkiem. Czapkę ma z kotem… Dzięki ciotka ! Bez tej czapki, nie dało się dziecka ubrać na spacer. Teraz w trakcie ubierania, z zadowoleniem patrzy w lustro i miauczy :) Ma dwie bluzeczki z kotkiem, jak zobaczy je gdzieś na wierzchu, zaraz podwędzi i tuli. Pluszowego mruczka dostała pod choinkę. Jak wpadnie w jej ręce to go wyściska, całuje, głaszcze, karmi … Potrafi nawet całować, tulić ilustrację. Mała zna dużo zwierzątek, umie większość z nich wskazać i naśladować… Wszystko fajnie… Pokaże krowę, pokaże pieska, biedronkę, węża, pająka itd. W momencie kiedy na stronie w śród zwierzątek pojawi się kotek, nie pokaże nic. Nic, prócz kota oczywiście. Wskazuje go dumnie, z uśmiechem i jej słodkim ” aałłłł „. Zapytana jak robi kura? Odpowiada ślicznie ko – ko, zapytana jak robi wąż? Ładnie syczy. Mogę ją wypytywać a ona naśladuje. Do momentu, popełnienia błędu… Jakiego ? Oczywiście że do momentu zapytania: Jak robi kotek ? Wtedy już po zabawie… Odpowie rzecz jasna ” aałłłł ” ale na tym się kończy. W sumie to nie kończy bo to ” aałłł ” i ” aałłłł ” słychać długo. Na każde moje pytanie odpowiada swoje miauczące ” aałłł ” :D  Cieszę się że lubi zwierzęta, i że upodobała sobie jedno konkretne. Będąc dzieckiem, miałam bzika na punkcie psa. Ale nie w takim wieku ! Rozumiem ją trochę. Mimo tego obawiam się o nią. Jeszcze chwila i jej nie upilnuję. Nie dam rady ochronić przed pazurami…Jeśli jej fascynacja nie przejdzie, i wda się we mnie, to za parę lat będę miała kociarnię w domu :) Ciocia Kiki z pewnością się ucieszy :) Ja jakoś to przeżyję. Mężowi będzie zdecydowanie trudniej… Drogie mamy. Czy któraś z was przeżywa to samo, bądź coś podobnego ? ,

Niemowlę i pies … Trudny orzech.

Ach…  Jak sobie przypomnę, chce mi się śmiać.  Patrząc z innego punktu, nie jest to wcale śmieszne , a wręcz nie lada problem. Będąc dzieckiem miałam dosłownie kota na punkcie zwierząt. Wszystko co się ruszało musiało być przeze mnie stłamszone. Goniłam kury , kaczki .. łapałam w ręce pisklęta. Gdy miałam okazję puszczałam się w pogoń za polną myszą , by wziąć ją do domu i hodować. Z wielką  radością ściskałam króliki , biedne .. aż im oczy, z orbit wychodziły. Krótko mówiąc byłam wszędzie tam, gdzie były zwierzęta. Czy to dżdżownica czy zapchlony kot, nie miało to dla mnie znaczenia. Właśnie, dla mnie nie miało  … Dla moich rodziców już tak …Nie rozumiałam ich w ogóle, dlaczego oni są tacy oziębli, w stosunku do tych przemiłych stworzeń. Ciągle powtarzali mi : „nie zbliżaj się” , „nie znasz tego psa, może Cię ugryźć ” , ” zostaw te pisklęta w spokoju” Na moje „ale dlaczego ? ” zawsze to samo .. „zrozumiesz jak będziesz miała własne dzieci”. Rodzice mogli sobie gadać, dalej robiłam swoje, przysparzając im , co raz to więcej nerwów. Zwłaszcza gdy zaczęłam przyprowadzać ni stąd ni zowąd psy … Pewnego dnia przeszłam sama siebie , przychodząc pod dom z wilczurem. Była to całkiem sympatyczna suczka, ale rodzice szybko się jej pozbyli .. co miałam im za złe … zaprzyjaźniłam się z psiakiem. Gdy zaczęłam własne dorosłe życie zwierzęta nadal stanowiły jego ważną część. Z mężem sprawiliśmy sobie labradora. Zawsze marzyłam o własnym, dużym czworonogu. Przez dzieciństwo miałam chyba każde zwierze, ale nie dużego pas … Był dla mnie niesamowicie ważny i chciałam by moje dziecko wychowywało się u jego boku. W głowie miałam wyobrażenia jak ze zdjęć rozpowszechnionych w internecie ,  gdzie niemowlę leży na dogu niemieckim lub innym ciapku …   Niestety były to tylko wyobrażenia, mimo najszczerszych chęci i wielu starań, rzeczywistość nie wyglądała tak cukierkowo… Gdy córka była już w brzuchu , próbowałam przygotować pas na dziecko. Stopniowo wprowadzając zmiany w domu , oraz powoli ograniczając czas jaki mu poświęcam… Kiedy pierworodna była już z nami w domu , pozwalałam psu na bliskie kontakty. Miewałam myśli: super udało się, pies nie jest zazdrosny…  Nie okazywał zazdrości w stosunku do dziecka, czasem tylko coś spsocił , pod naszą  nieobecność. Byłam z siebie dumna .. ale nie przewidziałam jednego. Córka zaczęła raczkować i wszystko wzięło w łeb. Okazało się ze duży pies z raczkującym niemowlęciem, w niewielkim mieszkaniu, to zdecydowanie zły pomysł … Mała upodobała sobie psa tak bardzo, że chodziła za nim w krok w krok. Nie pozwoliła mu nawet odpocząć przychodząc do niego i łapiąc za ogon czy targając za sierść. Nasz czworonóg był przyzwyczajony do dzieci , do targania za uszy , praktycznie do wszystkiego … prócz nachalności , jaką zafundowała mu córka. Starałam się panować nad sytuacją by ten kontakt był bezpieczny dla obu stron. Nie chciałam być zmuszona do wydania psa, było by to dla niego i dla nas bardzo przykre. Nie wyszło tak jak chciałam. Niejednorazowo , gdy odwróciłam się, dziecko było już przy psie , lub on kładł się w pobliżu dziecka. Parę razy , choć robiłam wszystko by temu zapobiec, córka chwyciła go za nogę gdy ten przechodził obok, lub rzuciła się na jego plecy gdy spokojnie leżał… Na szczęście nic złego się nie stało. Pies tylko warknął i uciekł jak poparzony.. Zdarzyło się to kilka razy , i zawsze miałam serce w gardle … Zaczęłam obawiać się kolejnych spotkań.  Wtedy właśnie zrozumiałam rodziców i ich postawę … Zrozumiałam jak wielką dawkę stresu zafundowałam im przyprowadzając pod dom wilczura .. A gdy wsiadłam na psinę i zaczęłam na niej jeździć … eh .. musieli otrzeć się o zawał serca.  Zwłaszcza że pies był przybłędą i nie wiadomo było, jak się zachowa. Miałam szczęście. Nasz czworonóg , był spokojny, zawsze uwielbiał przebywać z dziećmi. Myślałam że znam go na tyle że będę w stanie przewidzieć jego reakcje. Brak chwili spokoju oraz niemożność ucieczki do innego pokoju przed natarczywym dzieckiem, zaowocowały powarkiwaniem na córkę.  Sytuacje te , bardzo ograniczyły moje zaufanie do zwierząt mimo że nadal bardzo je kocham… Cieszę się że pies, w obliczu przemęczenia, okazał się bardzo mądry wysyłając jedynie sygnały ostrzegawcze , zamiast od razu rzucić się z zębami. Nie pozbyliśmy się go, jak robi większość rodziców, gdy w domu pojawia się potomstwo. Do budy też nie trafił … nie miała bym serca, wiązać go na polu.  Wtedy dopiero zrobiła bym mu krzywdę. Sprawę rozwiązaliśmy organizując ciapkowi spokojny kąt, gdzie ciekawska córka nie ma dostępu, jednocześnie zapewniając obydwojgu bezpieczny, kontrolowany kontakt.