Żal mi mojego dziecka… Pomóżcie !

Dzisiejszą notkę pisze w nadziei, że ktoś mi pomoże…Kocham swoją córkę nad życie.  Chcę ciągle widzieć uśmiech na jej twarzy. By czuła się bezpiecznie. By rozwijała się jak należy i była zdrowa. Chcę by była szczęśliwa… Staram się robić co w mojej mocy, aby tak było…  Niestety, mimo moich starań, nie jestem w stanie zapewnić jej tego wszystkiego.  Powiecie mi.  ”To normalne, nie możesz ochronić dziecka przed światem. Pomóż mu go poznać ” Doskonale o tym wiem. Wiem również, że każda matka tak ma. Jest to w naszej naturze. Chcemy chronić dziecko, przed tym co złe i przykre. Mimo tej świadomości , jest mi jej żal… Mała, odkąd pamiętam zawsze cieszyła się na widok dzieci… Wręcz do nich lgnęła. Niestety, teraz już tak nie jest… Zrobiła się bardzo ostrożna, nieufna. Wszystko przez hałas … Boi się dzieci.. Boi się dzieci głośnych… Nie mogę tego przeskoczyć. Nie mam pojęcia co zrobić…Nie potrafię jej pomóc. Tak bardzo pragnę by nie unikała kontaktów z rówieśnikami… Obawiam się, że będzie miała uraz do dzieci. Czasem mam wrażenie, że już go ma. Kiedy spodka nowe dziecko , przez dłuższą chwilę nie chce się bawić. Trzyma się na dystans. Obserwuje… Dopiero gdy poczuje się bezpiecznie, wchodzi w relacje. Nadal obserwując towarzysza zabaw. Jeśli jednak natrafi na głośne dziecko, jest krótko mówiąc masakra. Nie chce do niego podejść, trzyma się na dystans. Kiedy usłyszy krzyk czy też piski wybucha płaczem.. W oczach widać przerażenie…. Po czym ciężko jej się uspokoić. Tulę ją, tłumacze że dziecko nie chciało jej wystraszyć… Że nic się nie dzieje.  Nie pomaga… Na każdy kolejny hałas reaguje w ten sam sposób. Nie ważne czy rozdarte dziecko widzi po raz pierwszy, czy zna od dawna… Wycofuje się, z zabawy gdy usłyszy krzyk… Córa ma o rok starszego kuzyna. Wydawało nam się, że kiedy mała zacznie chodzić, będą się ładnie bawić. Niestety nie …  Zrobił się z niego straszny krzykacz… Niezależnie czy jest rozzłoszczony, czy w siódmym niebie swoje emocje wyraża robiąc przy tym niezły harmider. Młody wykazuje dużą chęć do wspólnej zabawy.. Lecz moje dziecko go unika… Kiedy się do niej zbliża sztywnieje,  nie spuszczając z niego wzroku. Odsuwa się, gdy ten próbuje ja dotknąć… Parę razy, kiedy do niej podchodził, krzyczała ” Nie , nie , nie ” … Co mam począć ? Jak jej pomóc ? Już dawno temu zauważyłam, że nie lubi kiedy jest za głośno. Więc gdy mogłam ja uprzedzić, robiłam to… Kiedy maż miał zamiar włączyć wiertarkę  czy inny sprzęt, mówiłam do niej : ” Córuniu . Widzisz tata będzie wiercił. Zaraz będzie głośno. ” Czasem, wspólnie zatykałyśmy sobie uszka.  Dawałyśmy rade… Była przygotowana na nieprzyjemne dźwięki, i dzielnie je znosiła. W przypadku rozkrzyczanych dzieci, nie potrafię jej pomóc. Ciężko mi przewidzieć moment w którym to nastąpi… A co dopiero ostrzec małą…. Jak sobie z tym poradzić ? Czy któraś z Was miała podobny problem ?

I odpaliła wrotki ;)

Nie pisałam o tym wcześniej. Moje dziecię zaczęło chodzić, za ręce, po skończeniu dziewięciu miesięcy. Wszystko wskazywało że, gdy skończy 11 miesięcy , będzie śmigać samodzielnie. Byliśmy tego pewni widząc jak lgnie do chodzenia i jakie stabilne  kroki stawia. Kiedy miała 11 miesięcy chodziła za jedną rączkę. Chodziła to chyba nieodpowiednie słowo, bo w sumie to ona biegała ledwo trzymając się za maminy palec. Tak ładnie i pewnie kroczyła… Wszyscy, wyczekiwaliśmy jej pierwszych samodzielnych kroków. Doczekaliśmy się, w 11 miesiącu pierwszy raz przeszła się od mamy do taty i na odwrót, i na tym koniec. Nastąpiła długa przerwa, mała nie zamierzała zrobić sama ani pół kroku…. Wiecznie domagała się ręki. A kiedy miała przejść pół metra by wziąć sobie zabawkę, płakała…Zaczęłam się martwić jej zachowaniem. Wiedziałam , wszyscy wiedzieliśmy że potrafi. Nie rozumieliśmy dlaczego nie podejmuje prób  by się w tej kwestii usamodzielnić. Usłyszałam nawet od brata, że tak sobie ją nauczyłam, chodząc z nią ciągle za rękę. Że jej tak wygodnie, cwana jest i woli z mamą niż sama się wysilać. Szukałam przyczyny jej oporności względem chodzenia… Po rozmowie z mamą , wyszło na to że córcia wdała się  we mnie… Podobno gdy miałam rok , umiałam już sama chodzić, lecz mimo to ciągle wyciągałam rączki, by ze mną chodzono.  Gdy to usłyszałam zaśmiałam się: ” no nie mów, że będzie z niej taki cykor jak był ze mnie ” . Przez całe dzieciństwo, starałam odwlec w czasie i bałam się wszystkiego co wiązało się z upadkiem , i bólem…  Wystarczyło że wywróciłam się dwa razy na rolkach, a rolki poszły w kąt na długi czas. Wzięłam pod uwagę, że może bać się upadku, oraz kiedy nie czuje się pewnie, to za żadne skarby nie ruszy nogą… Dałam jej czas, nie nalegałam na to by chodziła sama. Najbliższą rodzinę też upominałam, gdy próbowali na niej „wymusić” by się przeszła. Nie mogłam się doczekać, ale kiedy prosiła o rękę, dostała i dumnie kroczyłyśmy razem. Dzisiejszy dzień pokazał, że już chyba mogę się cieszyć. Po tak długim oczekiwaniu, mała wreszcie się przełamała i odpaliła wrotki ;) Byłam bardzo zaskoczona i bardzo szczęśliwa. Córka zaczęła przechadzać się, ode mnie do męża. Po czym poproszona o przyniesienie mi bucika, bądź innego przedmiotu robiła to z wielką radością. Po południu zaczęła spacerować po mieszkaniu. Robi to bardzo niepewnie i niesamowicie ostrożnie (widać że pod tym względem cała mama) ale sprawia jej to ogromną radość. Wczoraj zmieniliśmy małej butki. Mam wrażenie że jej decyzja o samodzielnym chodzeniu była częściowo spowodowana wymianą obuwia. Nowe papcie wydają się mieć lepszą przyczepność ;) Ale co tak naprawdę ją do tego przekonało , tego już raczej nie dojdę i nie zamierzam dochodzić. Najważniejsze że w końcu się odważyła. Będę miała  w najbliższym czasie za kim biegać. Aż się boję jak to teraz będzie  ;)

Czytam i czytać będę !

Jeżeli chodzi o książki, nigdy nie przepadałam za ich czytaniem. Mój brak chęci wynikał, z urazu z dzieciństwa. Może to dziwne, ale tak… zraziłam się do czytania w 3 klasie podstawówki. Kiedy to starsza nauczycielka języka polskiego, wyśmiała mnie przy całej klasie, mówiąc : Jesteś matoł , czytać nie potrafisz… a dzieci śmiały się ze mnie.  Bardzo mnie tym zraniła i jednocześnie zraziła do czytania. Każda kolejna próba czytania na głos, wiązała się z ogromnym stresem. Na szczęście to wszystko mam już dawno za sobą. Wydoroślałam i moje podejście do książek zmieniło się . Teraz robię to codziennie i z przyjemnością. ks Mając świadomość, jak czytanie może wpływać na człowieka, codziennie czytam córce. Postanowiłam, robić to od kiedy mała skończyła 2 tygodnie. Nasza przygoda z książką zaczynała się od jednego , dwóch wierszyków dziennie. Dziś przerabiamy, całą naszą biblioteczkę (ok 40 – stu sztuk ) , nawet i 2 razy dziennie. Na chwile obecna, córka ma 13 miesięcy i niesamowity zapał do książek. Nie ma dnia by nie goniła mnie z jakąś książeczka. Niejednokrotnie ciągnie mnie za rękę w stronę półki z bajeczkami. Gdy już do nich dotrzemy wyciąga rączki w górę mówiąc: ” da” , „da” . No i mama siada z dzieckiem i po raz enty wałkuje to samo. Czasem miewam dość gdy patrzę na tą stertę makulatury, bo ile można czytać w kółko jedno i to samo. Jednak widząc, jak bardzo cieszy to moja córeczkę i jak duże  efekty przynosi, po prostu zasiadam do lektury. Uważam że każda chwila spędzona z dzieckiem na wspólnym czytaniu bardzo dobrze wpływa na jej pamięć koncentracje. Im dłużej czytamy, tym dłużej córeczka jest w stanie słuchać mnie z uwagą. Od około 3 miesięcy, mała  samodzielnie zaczęła wręczać mi kolejną książeczkę, gdy aktualnie czytana zmierzała ku końcowi.  Ze stosu kartonowych bajeczek ,często wybiera ten sam repertuar , dając do zrozumienia które z nich podobają jej się najbardziej. Córka wprawdzie jeszcze dużo nie mówi, ma  na to czas, natomiast zaskakująco dużo rozumie. Pewnego dnia sprawiła iż byłam w szoku, ale jednocześnie bardzo dumna. W trakcie czytania poprosiłam ją mówiąc : Córuniu , wiesz gdzie jest książeczka o Józi ? proszę przynieś mi ją , mama Ci przeczyta . Ku mojemu zdziwieniu, mała zaczęła przewracać kupę książek rozrzuconych po podłodze i po chwili wręczyła mi tą o którą prosiłam.  To było niesamowite , pomyślałam … niemożliwe żeby niespełna roczne  dziecko wiedziało jaką treść ma dana książeczka. Z niedowierzaniem poprosiłam ją o kolejna i zaraz miałam ją w rękach …  Testowałam ją dalej , a moja duma rosła i rosła. Okazało się, że bez większego wysiłku odnalazła wszystkie z najczęściej czytanych książeczek ( ok. 15 – stu sztuk ). Upewniłam się, że moje starania nie idą na marne. Do dalszego rozczytywania się, bardzo zachęca mnie mój bratanek. Chłopiec ma cztery lata a już ładnie czyta.  Śmiem twierdzić ze lepiej niż niejeden siedmiolatek. Rodzice czytali mu dużo. W wieku dwóch lat potrafił nazwać wszystkie literki, jakie wypisane na brzuszku miał jego ulubiony miś. Jest bardzo ciekawym świata dzieckiem , o wszystko czego nie rozumie dopytuje. Czyta reklamy na billboard’ach, napisy na pudełkach od zabawek praktycznie wszystko co złożone z literek. Z własnych obserwacji wiem , ze warto czytać dzieciom. Te 20 minut dziennie nie  stanowi dla nas dużego wysiłku, z kolei dziecku da wiele, miedzy innymi poczucie iż jest dla nas kimś ważnym. Zalet czytania jest bardzo wiele , chcesz się dowiedzieć co może wnieść w życie Twojego maleństwa ? Zapraszam do odwiedzenia działu Dziecko i książka.

Niemowlę i pies … Trudny orzech.

Ach…  Jak sobie przypomnę, chce mi się śmiać.  Patrząc z innego punktu, nie jest to wcale śmieszne , a wręcz nie lada problem. Będąc dzieckiem miałam dosłownie kota na punkcie zwierząt. Wszystko co się ruszało musiało być przeze mnie stłamszone. Goniłam kury , kaczki .. łapałam w ręce pisklęta. Gdy miałam okazję puszczałam się w pogoń za polną myszą , by wziąć ją do domu i hodować. Z wielką  radością ściskałam króliki , biedne .. aż im oczy, z orbit wychodziły. Krótko mówiąc byłam wszędzie tam, gdzie były zwierzęta. Czy to dżdżownica czy zapchlony kot, nie miało to dla mnie znaczenia. Właśnie, dla mnie nie miało  … Dla moich rodziców już tak …Nie rozumiałam ich w ogóle, dlaczego oni są tacy oziębli, w stosunku do tych przemiłych stworzeń. Ciągle powtarzali mi : „nie zbliżaj się” , „nie znasz tego psa, może Cię ugryźć ” , ” zostaw te pisklęta w spokoju” Na moje „ale dlaczego ? ” zawsze to samo .. „zrozumiesz jak będziesz miała własne dzieci”. Rodzice mogli sobie gadać, dalej robiłam swoje, przysparzając im , co raz to więcej nerwów. Zwłaszcza gdy zaczęłam przyprowadzać ni stąd ni zowąd psy … Pewnego dnia przeszłam sama siebie , przychodząc pod dom z wilczurem. Była to całkiem sympatyczna suczka, ale rodzice szybko się jej pozbyli .. co miałam im za złe … zaprzyjaźniłam się z psiakiem. Gdy zaczęłam własne dorosłe życie zwierzęta nadal stanowiły jego ważną część. Z mężem sprawiliśmy sobie labradora. Zawsze marzyłam o własnym, dużym czworonogu. Przez dzieciństwo miałam chyba każde zwierze, ale nie dużego pas … Był dla mnie niesamowicie ważny i chciałam by moje dziecko wychowywało się u jego boku. W głowie miałam wyobrażenia jak ze zdjęć rozpowszechnionych w internecie ,  gdzie niemowlę leży na dogu niemieckim lub innym ciapku …   Niestety były to tylko wyobrażenia, mimo najszczerszych chęci i wielu starań, rzeczywistość nie wyglądała tak cukierkowo… Gdy córka była już w brzuchu , próbowałam przygotować pas na dziecko. Stopniowo wprowadzając zmiany w domu , oraz powoli ograniczając czas jaki mu poświęcam… Kiedy pierworodna była już z nami w domu , pozwalałam psu na bliskie kontakty. Miewałam myśli: super udało się, pies nie jest zazdrosny…  Nie okazywał zazdrości w stosunku do dziecka, czasem tylko coś spsocił , pod naszą  nieobecność. Byłam z siebie dumna .. ale nie przewidziałam jednego. Córka zaczęła raczkować i wszystko wzięło w łeb. Okazało się ze duży pies z raczkującym niemowlęciem, w niewielkim mieszkaniu, to zdecydowanie zły pomysł … Mała upodobała sobie psa tak bardzo, że chodziła za nim w krok w krok. Nie pozwoliła mu nawet odpocząć przychodząc do niego i łapiąc za ogon czy targając za sierść. Nasz czworonóg był przyzwyczajony do dzieci , do targania za uszy , praktycznie do wszystkiego … prócz nachalności , jaką zafundowała mu córka. Starałam się panować nad sytuacją by ten kontakt był bezpieczny dla obu stron. Nie chciałam być zmuszona do wydania psa, było by to dla niego i dla nas bardzo przykre. Nie wyszło tak jak chciałam. Niejednorazowo , gdy odwróciłam się, dziecko było już przy psie , lub on kładł się w pobliżu dziecka. Parę razy , choć robiłam wszystko by temu zapobiec, córka chwyciła go za nogę gdy ten przechodził obok, lub rzuciła się na jego plecy gdy spokojnie leżał… Na szczęście nic złego się nie stało. Pies tylko warknął i uciekł jak poparzony.. Zdarzyło się to kilka razy , i zawsze miałam serce w gardle … Zaczęłam obawiać się kolejnych spotkań.  Wtedy właśnie zrozumiałam rodziców i ich postawę … Zrozumiałam jak wielką dawkę stresu zafundowałam im przyprowadzając pod dom wilczura .. A gdy wsiadłam na psinę i zaczęłam na niej jeździć … eh .. musieli otrzeć się o zawał serca.  Zwłaszcza że pies był przybłędą i nie wiadomo było, jak się zachowa. Miałam szczęście. Nasz czworonóg , był spokojny, zawsze uwielbiał przebywać z dziećmi. Myślałam że znam go na tyle że będę w stanie przewidzieć jego reakcje. Brak chwili spokoju oraz niemożność ucieczki do innego pokoju przed natarczywym dzieckiem, zaowocowały powarkiwaniem na córkę.  Sytuacje te , bardzo ograniczyły moje zaufanie do zwierząt mimo że nadal bardzo je kocham… Cieszę się że pies, w obliczu przemęczenia, okazał się bardzo mądry wysyłając jedynie sygnały ostrzegawcze , zamiast od razu rzucić się z zębami. Nie pozbyliśmy się go, jak robi większość rodziców, gdy w domu pojawia się potomstwo. Do budy też nie trafił … nie miała bym serca, wiązać go na polu.  Wtedy dopiero zrobiła bym mu krzywdę. Sprawę rozwiązaliśmy organizując ciapkowi spokojny kąt, gdzie ciekawska córka nie ma dostępu, jednocześnie zapewniając obydwojgu bezpieczny, kontrolowany kontakt.