Jak to ojciec z matką wystrzelili dziecko w kosmos ;)

Nie tak dawno temu, gdy córka już zasnęła, ojciec z matką również się wyłożyli. Z racji tego że śpią z dzieckiem, leżeli sobie w trójkę na dużej wersalce. Kruszynka jak zawsze pod ściana . Wylegują się i rozmawiają. To o tym . To o tamtym . Żartują, śmieją się, wygłupiają…

Po chwili, obydwoje wpadają na świetny pomysł . Łaskotki ! Tak to jest to – myślą.

No i zaczęło się .. Tuż obok grzecznie śpiącego dziecka rozbrykani rodzice. Zaciskali usta, by nie narobić hałasu. Łaskotki przerodziły się w walkę …

Nie będziesz mnie tak trzymał ! Spadaj ! – mówi mama.

Spróbuj się uwolnić – śmieje się tata.

Więc mama walcząc o dominację, w tej jakże odpowiedniej do wieku zabawie , próbowała szczęścia. W ten oto sposób, niewinne łaskotki przerodziły się w przepychanki. W niedługim czasie…

Mama zyskała przewagę. Postanowiła, zepchnąć ojca z łóżka.

Zaraz spadniesz – mówiła – nie będziesz ze mną zadzierał !

No i udało się … Zepchnęła ojca… Ale … Ale ten pociągnął ją za sobą. Niby nic takiego. Przepychali się to spadli… Nie przewidzieli jednak jednego…

W momencie zsuwania   się z wersalki, ta się przeważyła . Strona, na której beztrosko spała Kruszynka, gwałtownie się podniosła… Eh .. Wyglądało to tragicznie …Maleństwo wystrzelone z procy…

Na szczęście rodzice, w tej wciągającej zabawie, zachowali resztki świadomości…Rzucili się w kierunku maleństwa… W odpowiednim momencie, złapali dziecko. Po czym odłożyli (o dziwo śpiącą córę ) w miejsce w którym zasnęła. Zszokowani tym niespodziewanym zajściem, szybko wskoczyli pod kołdrę. Natychmiast zapomnieli o dalszych figlach ;)

Już po wszystkim…Nareszcie.

Dziecko już śpi. Dawno nie cieszyłam się tak bardzo z tego powodu.  To był ciężki dzień, dla nas wszystkich… Ale najcięższy z pewnością dla córci. Cały dzień, towarzyszył nam płacz i zły nastrój. Ciągłe tulenie, noszenie na rękach, sen przeplatany z płaczem… Wszystko spowodowane upadkami… Eh… Że też nie da się przed nimi dziecka uchronić. Zdarzały nam się, nie raz nieduże potłuczenia, ale dzisiaj przebiliśmy wszystko. Pierwszy wypadek zdarzył się podczas jedzenia kaszki. Rano, jak co dzień karmiłam małą, biegając za nią po całym mieszkaniu, by ta zjadła choć troszkę. Mała chodziła od zabawki do zabawki, po czym przystanęła na chwilkę przy krześle. Ja, jak to w zwyczaju miewam, kucnęłam koło niej. Córa, która była odwrócona do mnie tyłem, nagle wpadła na pomysł że się o mamę oprze. I wtedy łubu dup… Źle obliczyła i padła na ziemię… Masakra… Mimo że już potrafi upadać ładnie na pupę, tym razem nie upadła. Poleciała do tyłu, prosta jak kłoda.. Walnęła tyłem głowy o podłogę. W sekundzie  krzyk i płacz jakiego jeszcze nie było… Nie mogłam jej uspokoić, nic nie działało. W końcu przy piersi jakoś się udało. Stało się to tak szybko że nie zdążyłam zareagować, zresztą nie zdążyła bym. W jednej ręce łyżeczka w drugiej talerz… Wyglądało to strasznie i na pewno też swoje bolało. Po upadku nie ma nawet śladu. Drugi natomiast, zostawił po sobie nie jedną pamiątkę. Szukałam w komodzie córki, coś sensownego do ubrania. Stałam jakieś dwa metry od niej. Mała próbowała usiąść sama na nocniku, była asekurowana przez tatę. Parę razy udało jej się wejść na niego, zawsze pod kontrolą. Tym razem wychodząc podwinęła sobie jakoś dziwnie nóżkę. Wszystko widziałam, już tak mam że nawet jak mąż się nią opiekuje to zerkam co dziecko robi. Mąż też widział, nie spodziewał się że poleci w przeciwnym kierunku… Nawet na moje ” łap ją” nie zdążył zareagować. Mała próbując przestawić nóżkę straciła równowagę, prze-fiknęła się do przody i upadła prosto na twarz… Znów płacz, krzyk i problem z uspokojeniem … Cóż się dziwić … Drugi upadek w ciągu kilku godzin… Z początku nie zapowiadało się by miał zostać jakiś ślad… Po chwili jednak wyszła śliwa na łuku brwiowym, i na policzku siniec z lekkim rozcięciem… dziecko-z-guzem  Trzecia i na szczęście ostatnia nieszczęśliwa przygoda, to  wywrotka w przedpokoju u babci. Dobrze że córcia była grubo ubrana, i tym razem nic się nie stało… Wystraszyła się i narobiła sporo hałasu … Po każdym jej upadku, miałam serce w gardle. Czułam że zawiodłam, nie ochroniłam jej. Stałam przecież tak blisko … A jednak nie zdołałam jej ochronić. Dobrze że poszła spać, ciut wcześniej niż zwykle. Nie spotkało ją dzisiaj nic dobrego… Wiem, że każdy z nas to przechodził , że nie raz nabiliśmy guza czy stłukliśmy głowę, i przeżyliśmy. Mimo tej świadomości, w takich sytuacjach serce mi się kraja. Biedne te dzieci… Tyle razy jeszcze upadną, potłuką się zanim uodpornią się na takie wypadki.

Ojciec i jego powered

Opowiem Wam, krótka anegdotkę, dotyczącą usypiania córki :) Było to nie tak dawno … Po ciężkim dniu, wzięłam się za usypianie zołzy. Zawsze muszę poświęcić sporo czasu, na przekonanie małej że czas spać ;) Tym razem trwało to bardzo długo… Niemiłosiernie długo. Nie mogłam się doczekać aż zaśnie. Wykończona jej całodziennym marudzeniem po prostu o tym marzyłam. Córka jednak nie przejmowała się mną i fikała po łóżku, po mnie, robiła przewroty, pukała głową o ścianę. Ściągała i wąchała swoje skarpetki, wsadzała mi palce do nosa itd… Robiła wszystko, żeby nie pójść spać. Ja natomiast, grzecznie leżałam obok. Pilnowałam, żeby nie spadła z łóżka, jednocześnie zachęcając by się chociaż położyła. Moja cierpliwość chyliła się ku końcowi… Gdy już miałam dość tej zabawy, mała zasnęła. Ucieszyłam się. W końcu odetchnę – pomyślałam. Dla pewności że śpi, poleżałam przy niej jeszcze chwilkę. Wszystko fajnie, pięknie, miałam zamiar wstać z łóżka ale musiałam zostać. Dlaczego ? Mój kochany mąż, który nagle zorientował się, że dziecko śpi pyta: „Zasnęła ? „.” Tak, śpi „. Odpowiedziałam. Wtedy cicho, w żartach wypalił z tekstem: ” Padłaś ? Powstań. Powered ! ” I w tym momencie, zołza usiadła na łóżku, śmiejąc się w głos. Widząc to roześmialiśmy się wszyscy, i mój zły nastrój minął w jednej sekundzie. Męża chciałam udusić ;) Całe szczęście, że ponownie szybciutko zasnęła.

Mała smarkula i mleko

Czasem mała miała coś w nosie, ale katarem nazwać się tego nie dało. Przez ponad rok udało się go uniknąć. Dobry i rok ;) Niestety, przyszedł czas, że i do nas katar zawitał. Córka, mając okazję pierwszy raz gościć w nosku tony smarków, nie czuła się komfortowo. Ewidentnie, dawała znać że bardzo ją to denerwuje… Wkurzała się przy wszystkim. Jeść nie mogła, ssać cyca nie mogła, nie wspominając już o spaniu… Pierwsza noc była okropna dla nas obydwu. Próbowałam pozbyć się gili z jej noska przy pomocy aspiratora. Był to najzwyklejszy aspirator z ustnikiem. Próbując wyssać jej wszystko z zapchanego nosa, ponosiłam porażki. Niewiele jej ulżyłam, jeżeli w ogóle o uldze można mówić, a umordowałam się przy tym niemiłosiernie.  Po tej nocy odstawiłam go w kąt,i nie zamierzam go więcej używać. Żal było mi córki … Ledwo oddychała, a dodatkowo, katar spływający niżej powodował krztuszenie się… Co zasnęła to się zakrztusiła, i tak całą noc.. Na szczęście, mamy to za sobą. Katar już poszedł w niepamięć. Znalazłam świetny sposób, by pożegnać tą nieprzyjemną dolegliwość. Po pierwsze zmieniliśmy aspirator. Kupiliśmy Katarek – pewnie każda o nim słyszała. Gdyby ktoś jednak nie wiedział co to takiego, szybciutko wyjaśnię. Katarek to aspirator, podpinany do odkurzacza, dzięki jego sille ssania, w mgnieniu oka smarki znikają z biednego noska. Wiadomo że nos podczas kataru trzeba opróżniać. Taki przyrząd jest konieczny w domu, zwłaszcza gdy mamy dziecko które, nie potrafi samodzielnie wypróżnić noska. Oprócz odciągania śpików, szukałam czegoś skutecznego by przyśpieszyć powrót do formy. Poradziłam się na jednym z forum dal młodych mam. Nie żałuję że tam zajrzałam. Zyskałam wiele informacji o maściach pod nosek, inhalacjach, wodach morskich itd… Z jednej porady skorzystałam. Pewna mama napisała o mleku kobiecym. Wiedziałam, nie jednokrotnie czytałam że ma niedoceniane właściwości, ale jakoś nie przyszło mi do głowy by go użyć. pokarm-kobiecy Być może niektóre z was pomyślą sobie, że na głowę upadłam. ;) Należę do grona matek karmiących piersią, postanowiłam spróbować. Pomyślałam, że mam możliwość to ją wykorzystam, jeżeli nie będzie efektów zawsze mogę polecieć do apteki po maść majerankową czy inny specyfik. Jako że lubię w życiu, czerpać z tego co dała nam natura, wzięłam się za leczenie kataru. Nie sądziłam że będzie to takie proste. Wystarczyło ściągnąć z piersi trochę mleka, i zakropić nim nosek dziecka na chwilę przed odsysaniem. Zabieg powtórzyłam kilka razy, niczym nie różnił się od zakrapiania wodą morską. Aaaaa…. Przepraszam! Różnił się. Gdy córka poczuła, że mama do noska wlewa mleczko, szybko się uspokoiła. Przy kolejnych zakrapianiach sama się nadstawiała :) Poprawa nastąpiła bardzo szybko, już następnej nocy mała spała dużo lepiej. Dwa dni później, nie było śladu po katarze. Przekonałam się osobiście że kobiecy pokarm to więcej niż tylko jedzenie. Cieszę się że „zaryzykowałam” i zaufałam naturze. Przy okazji sukcesu, zebrałam sporo informacji, na temat zalet mleka kobiecego. Ale o tym później. Tymczasem zachęcam wszystkie karmicielki do korzystania z możliwości natury.