Prawdziwy skarb, czyli samosia – gosposia !

Zupę będę jeść sama ! – Mama daj łyżeczkę , nie chcę być karmiona ! Skarpety , czapkę , buty założę sobie, nie potrzebuje Twojej pomocy ! Kremować buzię też chcę sama !  Przecież umiem ;) Pościelę łóżko , dam sobie radę ! Psa na spacerze poprowadzę , nie musisz trzymać smyczy … Eh i długo by tak wymieniać :) To że moja córcia wykazuje cechy typowej „Zosi samosi” wiedziałam już od dawna. Przyzwyczaiłam się nawet ;) Czasem mam dobry ubaw. Kiedy widzę jak moja  14 miesięczna pociecha, od dziesięciu minut próbuje założyć, lewego buta na prawą nogę. To jednak nie wszystko. Teraz przyszedł czas na samosie – gosposie :)  Moja córa postanowiła pomagać  mi na każdym kroku. Tak, tak. Pomaga jak umie ;) Kochanie dziecko ! Nie chce, by mama się zaharowała ;) Kiedy odkurzam , mała podchodzi, chwyta rurę i próbuje odkurzać. Czasem bawi się w operatora, regulując moc ssania, lub pcha odkurzacz. Gdy sprzątam łazienkę, zawsze znajdzie coś, w czym mogła by mi pomóc ;) A to rozsypie proszek. A  to weźmie szczotkę do toalety i zacznie moczyć w kibelku, rozchlapując wszędzie wodę.  Myjąc podłogę , również się nie przemęczam. Dziecko mam tak pomocne, że potrzyma mi mopa. Ja w jedną ona w drugą. Szarpiąc się ze mną, zmyjemy każdy brudek. Bo co cztery ręce, to nie dwie ;) Kiedy dorwie zmiotkę i szufelkę, rozmiecie brud po całej kuchni. Ta dziecięca pomoc jest nieoceniona :) Nie raz bardzo mnie denerwuje , bo dezorganizuje mi robotę.  Widzę jak dziecko się stara , jak mnie naśladuje, i jestem w stanie przymknąć na co nie co oko. Sprzątam uzbrojona w duża dawkę cierpliwości. Bo jak inaczej ? Chyba się nie da , mając w domu małą gosposie ;) Dziś jednak przebiła samą siebie. Wspólnie myłyśmy podłogę. Tym razem, córcia była bardziej zaabsorbowana moczeniem rąk w wodzie, i pomaganiem w wyciskaniu mopa. Natomiast ja mogłam spokojnie przetrzeć zabrudzenia. W pewnym momencie. Odwracam się w kierunku córki, by wypłukać mopa. Patrzę. A moja pomocnica stoi w wiaderku pełnym wody … Ręce mi opadły. Jak myślicie ? Chciała mnie wyręczyć i postanowiła się sama wykąpać ? Ja myślę, że tak  ;) W wiadrze też się da !

Mała dostaje pypcia :)

Jestem ciekawa, czy wasze dzieci również mają pypcia na jakimś punkcie ? W takim stopniu, że jak to coś zobaczą odbiera im umysł ?  Moja córka ma. Zastanawiacie  się pewnie, o co chodzi :) Szybko więc wyjaśniam. Córka uwielbia koty. Pomyślicie że przecież to normalne, dzieci lubią zwierzęta, ciekawią je.  wiem… Małą interesują pieski, rybki, chomiki, ptaszki łącznie z pra-dziadkowymi kurami :) Natomiast kot ją nie ciekawi… Ona ma po-prostu kota na punkcie kota ! Zaczęło się niewinnie, córa od kiedy skończyła pół roku na widok kota zaczęła piszczeć. Pomyślałam, normalna reakcja, podoba jej się. Ale im starsza tym zafascynowanie rosło i rosło i rosło… Aktualnie sprawa wygląda tak: Widząc na spacerze jakiegoś dachowca , chce wyskoczyć z wózka. Jak jest na własnych nogach, człapie w jego kierunku. Kiedy jesteśmy u babci ( mojej mamy), która posiada takowe zwierzę, małej nie da się wybudzić z transu. Dopóki kotek gdzieś się włóczy, bądź śpi schowany jest dobrze. Córka bawi się ładnie. Kiedy czworonóg wejdzie w jej pole widzenia…. Eh… Nie ma życia. Nie ma życia ani on, ani ja :) Mała zachowuje się jak zahipnotyzowana. Puszcza się w pogoń. Łazi za nim krok w krok, piszcząc i miaucząc. Robi wszystko by dorwać się do kota i go pogłaskać. ( czytaj: pogłaskać, wytargać za ogon i łapy, wsadzić palce do uszu i oczu, pociągnąć za sierść). Nawet, kiedy je, nie da mu spokoju. Wykorzystuje moment i próbuje go tłamsić… Oczywiście staram się ją odciągać od kota. Tłumaczę że kotek chce iść spać, czy że teraz je i potrzebuje spokoju itd…  Żadne moje argumenty do małej nie docierają. Tylko ślepo do tego zwierza. Parę razy już dostała ostrzeżenie, kocim pazurem. Myślałam że choć troszkę się zrazi… Myliłam się. Oj grubo się myliłam. Jak grubo, przekonałam się kiedy dostała kociego sierpowego w lewy policzek. Nawet nie zareagowała…  Będąc u mamy robimy wszystko by córa jednak posiedziała z babcią a nie latała za kotem…  Możemy sobie gadać do niej. Przepędzać kota w inny kąt. Nic nie działa… Ona i tak ciągnie za nim, a kot zaraz przyjdzie z powrotem i położy się np w dziecięcych zabawkach. Dopóki mruczek w domu, dziecko ma klapki na oczach. Więc po chwili zabawy, zwierzak ląduje znów na zewnątrz lub w innej części domu. kot-na-punkcie-kota To nie wszystko, co wyraźnie mówi mi że dziecko ma pypcia. Jak złapie fazę, potrafi miauczeć dobre kilka minut. Wypatrzy kotka wszędzie. Nawet ja nie jestem tak spostrzegawcza. Czy to kubek ciotki, czy to jakieś opakowanie na półce sklepowej itd… Wszędzie kota znajdzie. Kiedy czytamy książeczki, wybiera te w których jest napisane o kotku, bądź takie z kocim obrazkiem. Czapkę ma z kotem… Dzięki ciotka ! Bez tej czapki, nie dało się dziecka ubrać na spacer. Teraz w trakcie ubierania, z zadowoleniem patrzy w lustro i miauczy :) Ma dwie bluzeczki z kotkiem, jak zobaczy je gdzieś na wierzchu, zaraz podwędzi i tuli. Pluszowego mruczka dostała pod choinkę. Jak wpadnie w jej ręce to go wyściska, całuje, głaszcze, karmi … Potrafi nawet całować, tulić ilustrację. Mała zna dużo zwierzątek, umie większość z nich wskazać i naśladować… Wszystko fajnie… Pokaże krowę, pokaże pieska, biedronkę, węża, pająka itd. W momencie kiedy na stronie w śród zwierzątek pojawi się kotek, nie pokaże nic. Nic, prócz kota oczywiście. Wskazuje go dumnie, z uśmiechem i jej słodkim ” aałłłł „. Zapytana jak robi kura? Odpowiada ślicznie ko – ko, zapytana jak robi wąż? Ładnie syczy. Mogę ją wypytywać a ona naśladuje. Do momentu, popełnienia błędu… Jakiego ? Oczywiście że do momentu zapytania: Jak robi kotek ? Wtedy już po zabawie… Odpowie rzecz jasna ” aałłłł ” ale na tym się kończy. W sumie to nie kończy bo to ” aałłł ” i ” aałłłł ” słychać długo. Na każde moje pytanie odpowiada swoje miauczące ” aałłł ” :D  Cieszę się że lubi zwierzęta, i że upodobała sobie jedno konkretne. Będąc dzieckiem, miałam bzika na punkcie psa. Ale nie w takim wieku ! Rozumiem ją trochę. Mimo tego obawiam się o nią. Jeszcze chwila i jej nie upilnuję. Nie dam rady ochronić przed pazurami…Jeśli jej fascynacja nie przejdzie, i wda się we mnie, to za parę lat będę miała kociarnię w domu :) Ciocia Kiki z pewnością się ucieszy :) Ja jakoś to przeżyję. Mężowi będzie zdecydowanie trudniej… Drogie mamy. Czy któraś z was przeżywa to samo, bądź coś podobnego ? ,

Z życia roztrzepanej matki ;)

Dzisiaj, jak w każdy inny dzień, wybrałyśmy się na spacer. Przeważnie wychodzimy przed obiadkiem. Robimy tak, by mała trochę pooddychała świeżym powietrzem , i po powrocie miała większy apetyt. Dziś jednak było odwrotnie, najpierw obiadek, później spacerek. Córka w trakcie i po obiadku, była strasznie marudna. Ciężko było zebrać się na spacer, słychać było tylko darcie… A ja, mama tej rozdartej „małpki” robiłam wszystko, żeby wyjść jak najszybciej nie zapominając o niczym. No i prawie się udało :) Ubrałam siebie i mała jak należy, spakowałam picie i przekąskę na drogę. Gdy byłyśmy gotowe wyszłyśmy na spacer. Chodziłyśmy sobie beztrosko tu i tam. Kiedy zdecydowałyśmy się wrócić do domu, czekała mnie niespodzianka. W momencie zorientowałam się o czym zapomniałam przed wyjściem z domu…. Otóż roztrzepana mama nie schowała obiadu do lodówki. Dokładniej mówiąc, przyszykowałam wcześniej obiadek dla męża. Zostawiłam w kuchni na blacie. Mąż po powrocie miał go odgrzać w mikrofali , ale już nie odgrzeje , bo nie ma co… Nasz kochany psiak, spałaszował wszystko co najlepsze, zostawiając jedynie ziemniaki :D Nie mogę się doczekać, aż mąż wróci z pracy.  Już widzę, jaką będzie miał minę, kiedy mu powiem:  ” Kochanie nie masz dzisiaj obiadu, Twoją porcję zjadł pies ” Obstawiam, że będzie bardzo zadowolony ;)

Niemowlę i pies … Trudny orzech.

Ach…  Jak sobie przypomnę, chce mi się śmiać.  Patrząc z innego punktu, nie jest to wcale śmieszne , a wręcz nie lada problem. Będąc dzieckiem miałam dosłownie kota na punkcie zwierząt. Wszystko co się ruszało musiało być przeze mnie stłamszone. Goniłam kury , kaczki .. łapałam w ręce pisklęta. Gdy miałam okazję puszczałam się w pogoń za polną myszą , by wziąć ją do domu i hodować. Z wielką  radością ściskałam króliki , biedne .. aż im oczy, z orbit wychodziły. Krótko mówiąc byłam wszędzie tam, gdzie były zwierzęta. Czy to dżdżownica czy zapchlony kot, nie miało to dla mnie znaczenia. Właśnie, dla mnie nie miało  … Dla moich rodziców już tak …Nie rozumiałam ich w ogóle, dlaczego oni są tacy oziębli, w stosunku do tych przemiłych stworzeń. Ciągle powtarzali mi : „nie zbliżaj się” , „nie znasz tego psa, może Cię ugryźć ” , ” zostaw te pisklęta w spokoju” Na moje „ale dlaczego ? ” zawsze to samo .. „zrozumiesz jak będziesz miała własne dzieci”. Rodzice mogli sobie gadać, dalej robiłam swoje, przysparzając im , co raz to więcej nerwów. Zwłaszcza gdy zaczęłam przyprowadzać ni stąd ni zowąd psy … Pewnego dnia przeszłam sama siebie , przychodząc pod dom z wilczurem. Była to całkiem sympatyczna suczka, ale rodzice szybko się jej pozbyli .. co miałam im za złe … zaprzyjaźniłam się z psiakiem. Gdy zaczęłam własne dorosłe życie zwierzęta nadal stanowiły jego ważną część. Z mężem sprawiliśmy sobie labradora. Zawsze marzyłam o własnym, dużym czworonogu. Przez dzieciństwo miałam chyba każde zwierze, ale nie dużego pas … Był dla mnie niesamowicie ważny i chciałam by moje dziecko wychowywało się u jego boku. W głowie miałam wyobrażenia jak ze zdjęć rozpowszechnionych w internecie ,  gdzie niemowlę leży na dogu niemieckim lub innym ciapku …   Niestety były to tylko wyobrażenia, mimo najszczerszych chęci i wielu starań, rzeczywistość nie wyglądała tak cukierkowo… Gdy córka była już w brzuchu , próbowałam przygotować pas na dziecko. Stopniowo wprowadzając zmiany w domu , oraz powoli ograniczając czas jaki mu poświęcam… Kiedy pierworodna była już z nami w domu , pozwalałam psu na bliskie kontakty. Miewałam myśli: super udało się, pies nie jest zazdrosny…  Nie okazywał zazdrości w stosunku do dziecka, czasem tylko coś spsocił , pod naszą  nieobecność. Byłam z siebie dumna .. ale nie przewidziałam jednego. Córka zaczęła raczkować i wszystko wzięło w łeb. Okazało się ze duży pies z raczkującym niemowlęciem, w niewielkim mieszkaniu, to zdecydowanie zły pomysł … Mała upodobała sobie psa tak bardzo, że chodziła za nim w krok w krok. Nie pozwoliła mu nawet odpocząć przychodząc do niego i łapiąc za ogon czy targając za sierść. Nasz czworonóg był przyzwyczajony do dzieci , do targania za uszy , praktycznie do wszystkiego … prócz nachalności , jaką zafundowała mu córka. Starałam się panować nad sytuacją by ten kontakt był bezpieczny dla obu stron. Nie chciałam być zmuszona do wydania psa, było by to dla niego i dla nas bardzo przykre. Nie wyszło tak jak chciałam. Niejednorazowo , gdy odwróciłam się, dziecko było już przy psie , lub on kładł się w pobliżu dziecka. Parę razy , choć robiłam wszystko by temu zapobiec, córka chwyciła go za nogę gdy ten przechodził obok, lub rzuciła się na jego plecy gdy spokojnie leżał… Na szczęście nic złego się nie stało. Pies tylko warknął i uciekł jak poparzony.. Zdarzyło się to kilka razy , i zawsze miałam serce w gardle … Zaczęłam obawiać się kolejnych spotkań.  Wtedy właśnie zrozumiałam rodziców i ich postawę … Zrozumiałam jak wielką dawkę stresu zafundowałam im przyprowadzając pod dom wilczura .. A gdy wsiadłam na psinę i zaczęłam na niej jeździć … eh .. musieli otrzeć się o zawał serca.  Zwłaszcza że pies był przybłędą i nie wiadomo było, jak się zachowa. Miałam szczęście. Nasz czworonóg , był spokojny, zawsze uwielbiał przebywać z dziećmi. Myślałam że znam go na tyle że będę w stanie przewidzieć jego reakcje. Brak chwili spokoju oraz niemożność ucieczki do innego pokoju przed natarczywym dzieckiem, zaowocowały powarkiwaniem na córkę.  Sytuacje te , bardzo ograniczyły moje zaufanie do zwierząt mimo że nadal bardzo je kocham… Cieszę się że pies, w obliczu przemęczenia, okazał się bardzo mądry wysyłając jedynie sygnały ostrzegawcze , zamiast od razu rzucić się z zębami. Nie pozbyliśmy się go, jak robi większość rodziców, gdy w domu pojawia się potomstwo. Do budy też nie trafił … nie miała bym serca, wiązać go na polu.  Wtedy dopiero zrobiła bym mu krzywdę. Sprawę rozwiązaliśmy organizując ciapkowi spokojny kąt, gdzie ciekawska córka nie ma dostępu, jednocześnie zapewniając obydwojgu bezpieczny, kontrolowany kontakt.