Szanujmy dziecięcą prywatność !

Jako rodzice, chcemy chronić własne dzieci. Pragniemy by nikt ich nie ranił, nie obrażał. Dbamy by były doceniane, szanowane itd. Nic w tym dziwnego. Zachowanie typowe dla rodziców. Lecz przykre jest, i zupełnie dla mnie niezrozumiałe, że istnieją matki i ojcowie, którzy nie widzą że sami narażają własne pociechy. Jak ?  Wystawiając ich zdjęcia na portalach społecznościowych. Być może niektórzy, niektóre z Was zastanawiają się o co mi dokładnie chodzi ? Uważam, że spora część rodziców,  z mojego otoczenie, i zupełnie mi nie znanych, totalnie przegina. Galerie przepełnione przeróżnymi zdjęciami, niejednokrotnie niekorzystnymi… Opisy do zdjęć często bardzo szczegółowe. Niby to nic takiego, ale… No właśnie, ja widzę tutaj wielkie ale… Czy kiedykolwiek któryś z tych rodziców zastanawiał się, nad tym co robi ? Ludzie coraz więcej informacji o sobie i swojej rodzinie umieszczają na facebooku i innych portalach. Wystarczy niewielka, nieprzemyślana ilość informacji, np zdjęcie dziecka i wpis ” dziś pierwszy dzień w przedszkolu takim i takim ” i już stwarzamy potencjalne zagrożenie dla naszej pociechy. Owszem, każdy ma prawo robić co chce, i publikować co chce. Ale to że mamy do tego prawo , nie oznacza że możemy decydować za dziecko, jakie zdjęcia, i jakie informacje o nim, będą krążyć w internecie… Ostatnio zrobiło się modne tworzenie niemowlętom, ich prywatnego konta na fb. Co z tym się wiąże ? Sterta różnych fotek, tona opisów i informacji o dziecku.  Niemowlę nie powie „mamo nie wrzucaj w sieć moich zdjęć, nie pisz co jadłem dziś na obiad, nie informuj wszystkich kto mnie dziś odwiedził ” . Lecz gdy podrośnie, może mieć nam to za złe. Pamiętajmy że co wrzucimy do sieci to już tam krążyć będzie… I w przyszłości może być dla dziecka problemem… To że chcemy się pochwalić, nowo narodzonym dzieckiem, że chcemy pokazać światu jak ładnie stawia pierwsze kroki. Rozumiem. Sama czuje taką chęć. Jednak chęć ta nie uprawnia nas, by wrzucać do sieci tony osobistych zdjęć, i z życia dziecka robić dostępną dla wielu kronikę… Rażące jest, że dziecko jeszcze dobrze nie „pierdnie” a już cała rzesza fejsbookowiczów o tym wie… Szanujmy dziecięcą prywatność. Czy dziecko nie ma prawa do prywatności ? Czy ma je tylko dorosły ? Ma prawo ! Ma takie same prawa jak wszyscy!   Szanujmy to … Nie udostępniajmy całemu światu życia prywatnego. Przecież są inne formy podzielenia się szczęściem. Dlaczego od razu portale społecznościowe ? Czy naprawdę zależy Wam na tym by zupełnie nieznana baba oglądała zdjęcia waszego dziecka? Lub jakiś pedofil ślinił się na widok Waszego słodkiego dzidziusia ?  Po co stwarzać zagrożenia ? Sama, często mam ogromną chęć pochwalenia się swoją córeczką. Mam przecież pełno powodów do dumy. Jednak nie robię z jej życia show dla ciekawskich. Mam telefon, i kiedy najdzie mnie taka ochota, wysyłam mms’y do cioci , babci , wujka … do najbliższych. Do tych którzy są bezpośrednio z małą związani. Czasem wyślę zdjęcie do przyjaciółki czy dwóch dzieciatych koleżanek…. To wszystko. W zupełności wystarcza. Przysięgłam sobie, że nie wstawię żadnego jej zdjęcia na żaden portal… Nie wstawię… Mimo że jest jeszcze taka malutka, szanuję jej prywatność… szanuję jej dzieciństwo. Zdjęcia które jej robię, są dla niej. Jest to pamiątka rodzinna. I tak pozostać powinno. Gdy podrośnie, sama zadecyduje czy, gdzie, i co będzie publikować. A do tego czasu będę chronić jej prywatność.  album-dziecka

Niemowlę i pies … Trudny orzech.

Ach…  Jak sobie przypomnę, chce mi się śmiać.  Patrząc z innego punktu, nie jest to wcale śmieszne , a wręcz nie lada problem. Będąc dzieckiem miałam dosłownie kota na punkcie zwierząt. Wszystko co się ruszało musiało być przeze mnie stłamszone. Goniłam kury , kaczki .. łapałam w ręce pisklęta. Gdy miałam okazję puszczałam się w pogoń za polną myszą , by wziąć ją do domu i hodować. Z wielką  radością ściskałam króliki , biedne .. aż im oczy, z orbit wychodziły. Krótko mówiąc byłam wszędzie tam, gdzie były zwierzęta. Czy to dżdżownica czy zapchlony kot, nie miało to dla mnie znaczenia. Właśnie, dla mnie nie miało  … Dla moich rodziców już tak …Nie rozumiałam ich w ogóle, dlaczego oni są tacy oziębli, w stosunku do tych przemiłych stworzeń. Ciągle powtarzali mi : „nie zbliżaj się” , „nie znasz tego psa, może Cię ugryźć ” , ” zostaw te pisklęta w spokoju” Na moje „ale dlaczego ? ” zawsze to samo .. „zrozumiesz jak będziesz miała własne dzieci”. Rodzice mogli sobie gadać, dalej robiłam swoje, przysparzając im , co raz to więcej nerwów. Zwłaszcza gdy zaczęłam przyprowadzać ni stąd ni zowąd psy … Pewnego dnia przeszłam sama siebie , przychodząc pod dom z wilczurem. Była to całkiem sympatyczna suczka, ale rodzice szybko się jej pozbyli .. co miałam im za złe … zaprzyjaźniłam się z psiakiem. Gdy zaczęłam własne dorosłe życie zwierzęta nadal stanowiły jego ważną część. Z mężem sprawiliśmy sobie labradora. Zawsze marzyłam o własnym, dużym czworonogu. Przez dzieciństwo miałam chyba każde zwierze, ale nie dużego pas … Był dla mnie niesamowicie ważny i chciałam by moje dziecko wychowywało się u jego boku. W głowie miałam wyobrażenia jak ze zdjęć rozpowszechnionych w internecie ,  gdzie niemowlę leży na dogu niemieckim lub innym ciapku …   Niestety były to tylko wyobrażenia, mimo najszczerszych chęci i wielu starań, rzeczywistość nie wyglądała tak cukierkowo… Gdy córka była już w brzuchu , próbowałam przygotować pas na dziecko. Stopniowo wprowadzając zmiany w domu , oraz powoli ograniczając czas jaki mu poświęcam… Kiedy pierworodna była już z nami w domu , pozwalałam psu na bliskie kontakty. Miewałam myśli: super udało się, pies nie jest zazdrosny…  Nie okazywał zazdrości w stosunku do dziecka, czasem tylko coś spsocił , pod naszą  nieobecność. Byłam z siebie dumna .. ale nie przewidziałam jednego. Córka zaczęła raczkować i wszystko wzięło w łeb. Okazało się ze duży pies z raczkującym niemowlęciem, w niewielkim mieszkaniu, to zdecydowanie zły pomysł … Mała upodobała sobie psa tak bardzo, że chodziła za nim w krok w krok. Nie pozwoliła mu nawet odpocząć przychodząc do niego i łapiąc za ogon czy targając za sierść. Nasz czworonóg był przyzwyczajony do dzieci , do targania za uszy , praktycznie do wszystkiego … prócz nachalności , jaką zafundowała mu córka. Starałam się panować nad sytuacją by ten kontakt był bezpieczny dla obu stron. Nie chciałam być zmuszona do wydania psa, było by to dla niego i dla nas bardzo przykre. Nie wyszło tak jak chciałam. Niejednorazowo , gdy odwróciłam się, dziecko było już przy psie , lub on kładł się w pobliżu dziecka. Parę razy , choć robiłam wszystko by temu zapobiec, córka chwyciła go za nogę gdy ten przechodził obok, lub rzuciła się na jego plecy gdy spokojnie leżał… Na szczęście nic złego się nie stało. Pies tylko warknął i uciekł jak poparzony.. Zdarzyło się to kilka razy , i zawsze miałam serce w gardle … Zaczęłam obawiać się kolejnych spotkań.  Wtedy właśnie zrozumiałam rodziców i ich postawę … Zrozumiałam jak wielką dawkę stresu zafundowałam im przyprowadzając pod dom wilczura .. A gdy wsiadłam na psinę i zaczęłam na niej jeździć … eh .. musieli otrzeć się o zawał serca.  Zwłaszcza że pies był przybłędą i nie wiadomo było, jak się zachowa. Miałam szczęście. Nasz czworonóg , był spokojny, zawsze uwielbiał przebywać z dziećmi. Myślałam że znam go na tyle że będę w stanie przewidzieć jego reakcje. Brak chwili spokoju oraz niemożność ucieczki do innego pokoju przed natarczywym dzieckiem, zaowocowały powarkiwaniem na córkę.  Sytuacje te , bardzo ograniczyły moje zaufanie do zwierząt mimo że nadal bardzo je kocham… Cieszę się że pies, w obliczu przemęczenia, okazał się bardzo mądry wysyłając jedynie sygnały ostrzegawcze , zamiast od razu rzucić się z zębami. Nie pozbyliśmy się go, jak robi większość rodziców, gdy w domu pojawia się potomstwo. Do budy też nie trafił … nie miała bym serca, wiązać go na polu.  Wtedy dopiero zrobiła bym mu krzywdę. Sprawę rozwiązaliśmy organizując ciapkowi spokojny kąt, gdzie ciekawska córka nie ma dostępu, jednocześnie zapewniając obydwojgu bezpieczny, kontrolowany kontakt.

Dzieci są fajne !

I przyszedł ten czas, kiedy i mnie dopadł instynkt. Niezaspokojony , natarczywy instynkt macierzyński. Nie dawał za wygraną , gdzie nie popatrzyłam widziałam dziecko. Śliczne , uśmiechnięte, tłuściutkie niemowlę. Myślałam ; dziecko jak dziecko , czym tu się zachwycać. A jednak ! Zachwyt szybko mnie opanował,  zaczęłam swoje ; patrz jaka śliczna dzidzia , widzisz jakie ma piękne oczy? Ojoj… zerknij na to maleństwo, ale bym wyściskała takie słodkie, patrz patrz śmieje się do mnie. I tak w kółko do znudzenia, nie mojego oczywiście ;)  Z czasem zachwyt przerodził się w marudzenie i chęć posiadania, własnego różowego szczęścia. Wtedy instynkt zawładnął mną na dobre, Mąż, który nie czół potrzeby zostania ojcem w tamtym czasie, nie miał spokoju , ciągle słyszał ; dziecko, dziecko, czas na dziecko itd.. Samo gadanie niewiele dawało , zaczęłam używać trafniejszych  argumentów. Chyba nigdy kobieta nie ma takiej ochoty jak wtedy gdy pragnie dziecka ;) Dość szybko przyznał, że czas spłodzić potomka.  Starania samoczynnie przedłużały się, ku uciesze męża ;)