Jak to ojciec z matką wystrzelili dziecko w kosmos ;)

Nie tak dawno temu, gdy córka już zasnęła, ojciec z matką również się wyłożyli. Z racji tego że śpią z dzieckiem, leżeli sobie w trójkę na dużej wersalce. Kruszynka jak zawsze pod ściana . Wylegują się i rozmawiają. To o tym . To o tamtym . Żartują, śmieją się, wygłupiają…

Po chwili, obydwoje wpadają na świetny pomysł . Łaskotki ! Tak to jest to – myślą.

No i zaczęło się .. Tuż obok grzecznie śpiącego dziecka rozbrykani rodzice. Zaciskali usta, by nie narobić hałasu. Łaskotki przerodziły się w walkę …

Nie będziesz mnie tak trzymał ! Spadaj ! – mówi mama.

Spróbuj się uwolnić – śmieje się tata.

Więc mama walcząc o dominację, w tej jakże odpowiedniej do wieku zabawie , próbowała szczęścia. W ten oto sposób, niewinne łaskotki przerodziły się w przepychanki. W niedługim czasie…

Mama zyskała przewagę. Postanowiła, zepchnąć ojca z łóżka.

Zaraz spadniesz – mówiła – nie będziesz ze mną zadzierał !

No i udało się … Zepchnęła ojca… Ale … Ale ten pociągnął ją za sobą. Niby nic takiego. Przepychali się to spadli… Nie przewidzieli jednak jednego…

W momencie zsuwania   się z wersalki, ta się przeważyła . Strona, na której beztrosko spała Kruszynka, gwałtownie się podniosła… Eh .. Wyglądało to tragicznie …Maleństwo wystrzelone z procy…

Na szczęście rodzice, w tej wciągającej zabawie, zachowali resztki świadomości…Rzucili się w kierunku maleństwa… W odpowiednim momencie, złapali dziecko. Po czym odłożyli (o dziwo śpiącą córę ) w miejsce w którym zasnęła. Zszokowani tym niespodziewanym zajściem, szybko wskoczyli pod kołdrę. Natychmiast zapomnieli o dalszych figlach ;)

Misja – Macierzyństwo.

Dziś nadszedł czas na refleksje. Wstałam z łóżka, z tysiącem pytań do siebie samej. Czy jestem dobrą mamą ? Co, w ogóle oznacza dobra mama ? Czy to ta, która pozwala na wszystko ? Czy może ta, która wychowuje według ściśle określonych zasad ? Co jeszcze przyjdzie mi przeżywać ? Czy sprostam nowym wyzwaniom, jakie postawi przede mną moje dziecko ? Czy będę z siebie, jako matki, dumna ? Co przyniesie mi dalsze macierzyństwo i jak sobie z tym poradzę ? Takich pytań mam pełno w głowie…. A odpowiedź na nie wszystkie jest krótka… Nie wiem …

Po tych chwilach zadumy dochodzę do wniosku. Do macierzyństwa nie da się przygotować ! W żaden ale to żaden sposób. Nie da się tego zaplanować. Czytanie książek, poradników, nic tu nie daje. Macierzyństwo jest rzeczą trudną. Nieprzewidywalną. Jakimi będziemy matkami. Jaka będzie nasza postawa wobec dziecka. Jakie będą nasze reakcje w zaskakujących sytuacjach oraz  jaki przykład damy nowemu pokoleniu, jest ogromną zagadką.  Duża wiedza teoretyczna, w praktyce, często ma się nijak do naszej matczynej postawy. Świadomie lub nie. Niejednokrotnie powielamy wpojone nam wzorce. Pozytywne, ale także i te złe , niechciane. Jedno jest pewne. Każde dziecko jest inne… Każda matka jest inna.. Wszystkie z nas, muszą wypracować sobie swój sposób, własne metody wychowawcze. To co wpoimy dziecku, jakie przekażemy wartości zaowocuje w przyszłości. Tylko jak ? Całą naszą pracę, cały wysiłek włożony w wychowanie pociechy zweryfikuje czas.  On jest najlepszym sędzią . To on nam pokaże, jak wywiązałyśmy się z misji. Z misji – Macierzyństwo.

Chętnych zapraszam do przeczytania, mojego, własnego wiersza o macierzyństwie. EGZAMIN

czas-zegar

Dziecko nie jest krową !

Kiedyś pisałam post, w którym mowa była o szanowaniu dziecięcej prywatności. Dla chętnych link -> TUTAJ . Natomiast dziś, pragnę wyrazić swoje zdanie w podobnym temacie. Mianowicie w temacie kolczyków i przekłuwania dzieciom uszu. Ilu rodziców tyle opinii. Moja, dla niektórych, może wydawać się trochę dziwna. Zapewne ktoś z Was, stwierdzi że przesadzam i robię z tego „wielkie halo „. Więc przeczytajcie i oceńcie sami.

Zauważyłam że, kolczyki u niemowląt stały się dość popularne, można by stwierdzić że stało się to modne. Dziecko nie zdąży jeszcze wypowiedzieć pierwszego „ma-ma” , a już owa mama leci z córką do kosmetyczki. W celu upiększenia jej delikatnych uszek małymi złotymi kulkami.  Jestem temu przeciwna. Oj bardzo przeciwna !  Moja rodzina, już o tym wie. Jako pierwsza, dowiedziała się teściowa, która zaczęła przewijać ten temat, zaraz po tym jak mała skończyła miesiąc. Nie było jej w smak. Trudno… Nie będę kolczykować dziecka, tylko dlatego że, to „ładnie wygląda” . Tym bardziej dlatego, że podoba się to babci. Nie muszę podążać za modą ! Moda jest od tego by ją do siebie dostosowywać , wybierać z niej to co nam pasuje. Nie po to by ślepo za nią iść !

Dużo rodziców, robi kolczyki pociechom bez zastanowienia. Nie pomyślą o dziecku, o tym co ono będzie czuć… Itd.  Najważniejsze , by ładnie wyglądało, lub by nikt więcej nie wziął ich córki za chłopca. Zasłaniając swoją decyzje tym że to nie boli, że teraz robi sie to pistoletem. Trwa to tak szybko, że maluch się nawet nie zorientuje. Bzdura ! Nawet malutkie dziecko, nie jest głupie… Doskonale wie że coś mu się robi.. Przekłuwanie uszu pistoletem, mimo że trwa szybko, jest gorsze od igły. Kto się orientował w tym temacie, ten wie. Pistolet w trackie zabiegu (w zasadzie to kolczyk) rozrywa ciało. Powstaje tzw. rana szarpana, która bardzo często źle się goi. Próbując w ten sposób upiększyć dziecko, narażamy je na :

  • Powstanie stanu zapalnego. Ropiejące, bolące małżowiny.
  • Niewygodę. Drogie mamy. Same wiecie jak „przyjemnie ” śpi się w tzw. wkrętkach. Należy pamiętać, że maluch przez długi czas będzie odczuwał spory dyskomfort.

Jestem ciekawa, ile osób bierze to pod uwagę przy podejmowaniu decyzji.  Mówi się. Im wcześniej tym lepiej. Ciekawe, dlaczego ? Pewnie dlatego, że niemowlę nie powie nam NIE ! Mamo NIE chcę ! Robienie dzieciom kolczyki w tak młodym wieku, uważam za czysty egoizm, oraz traktowanie dziecka przedmiotowo.. Dziecko to nie zabawka. To nie lalka z którą możemy robić co nam się żywnie podoba. Podsumowując , kolczykowanie małych dzieci to :

  • Traktowanie ich jak bydło. Tak ! Krowa również nie protestuje, gdy przyczepiają jej numerek na ucho.
  • Nieposzanowanie ich małego, bezbronnego ciała.
  • Odbieranie możliwości samodzielnego zadecydowania.

Oprócz tego co napisałam, napiszę coś jeszcze. Gdybym poszła z córką i zrobiła jej, w wieku 17-stu miesięcy, kolczyk w brwi lub pępku, została bym zlinczowana i osądzona o znęcanie się nad dzieckiem. A prawda jest taka. Kolczyk to kolczyk. Niezależnie czy zrobiony jest w brwi czy uchu, jest to nic innego, jak ingerencja w dziecięce ciało. Być może, wielu ludzi nie zobaczy w tym nic wspólnego, bo przebijanie uszu niemowlętom stało się niemal czymś normalnym. Dla mnie jednak, jest to zupełnie to samo.  kolczyk-w-pepku

Zapraszam do komentowania.

Moje dziecko , się nie zagłodzi :)

Niedawno wróciłyśmy ze spaceru… Jak to na spacerze bywa, pobiegałam za córką trochę,  regularnie wyciągając kamienie z jej buzi. Zrywałyśmy i wąchałyśmy kwiatki.. Łapałyśmy swoje cienie, oraz goniłyśmy gołębie. Znaczy się , mała goniła. Koniecznie chciała je nakarmić, kamieniami oczywiście ;) Ptaki miały nas, rzecz jasna, głęboko w nosie. Mojego dziecka, to nie zniechęcało. Gdy którykolwiek z nich usiadł na ziemi, Kruszynka w te pędy pognała w jego kierunku z garścią kamieni. Z rozkazem w głosie, krzyczała ” Am , am „. Kiedy miałyśmy już dość . Czytaj ; kto miał dość to miał dość ;). Wróciłyśmy do domu. Po drodze zaliczając wspinaczkę na piętro. Tak , tak.. Córka koniecznie musi sama wdrapywać się po schodach. W innym przypadku … „Matka zapomnij, że mnie tak spokojnie wniesiesz do mieszkania. Zrobię Ci taki koncert, że uszy zwiędną ” :).  Więc, gdy już te krótkie nóżki, dotarły na górę. Otworzyłam drzwi, mówiąc do małej ; „Córuniu poczekaj, mama Cię rozbierze „. Yhy…. Gadaj se matka… Dziecko, nawet się nie odwróciło. Podarła prosto do kuchni. Ja za nią… Otworzyła lodówkę, dorwała  kabanosa. Po czym, z szerokim uśmiechem i dumą na twarzy, chwaliła się mówiąc ” Am , am ” Następnie, w butach i kurtce poleciała do pokoju w celu konsumpcji :) No cud, miód, malina. Nie dość, że Kruszynka próbuje się sama ubierać , to jeszcze potrafi sama się nakarmić :) Niedługo , w ogóle nie będę jej potrzebna :)

Mleko z procentami .

Czy karmiąca piersią kobieta, może pić ? Czy alkohol w czasie laktacji zaszkodzi dziecku ? Czy wpłynie negatywnie na pokarm ?  Odpowiedź na te pytania brzmi: Tak, może. Nie, nie zaszkodzi.  Możliwe, że zostanę zlinczowana za to co głoszę. Ale zanim to zrobisz … Przeczytaj do końca. Bardzo często się zdarza , że kobiety nie chcą karmić piersią. Uważają , że wiąże się ono tylko z wyrzeczeniami. Nie wolno jeść tego.. Nie wolno tamtego… Ścisła dieta, zero przyjemności… Nic tylko udręka… W rzeczywistości to nie prawda. Owszem. Istnieje pojęcie „dieta karmiącej mamy”. Nie oznacza ono jednak, rezygnowania z ulubionych potraw. Należy jeść wszystko. Byle zdrowo !  W Polsce jednak , utarło się błędne przekonanie. Nie mam pojęcia, skąd ono się wzięło… Jesteśmy chyba jedynym krajem , w którym kobiety radykalnie ograniczają swój jadłospis. Nierzadko spotykamy mamy, które wręcz się głodzą. Cały tydzień jedząc duszonego fileta z kaszą i marchewką. Byle nie zaszkodzić maluszkowi, a malec jak kolki miewał tak miewa nadal… Tak wygląda sprawa z jedzeniem. Natomiast, jeśli chodzi  picie napojów wyskokowych… Karmienie piersią , nie oznacza całkowitej abstynencji. Kobieta karmiąca, tak jak każda inna, może pić wino, piwo , czy drinka… Może. Nie szkodząc przy tym dziecku. Jednak by mu nie szkodzić, trzeba trzymać się kilku zasad.

  • Przede wszystkim rozsądek ! Karmimy = Nie pijemy dużo. Słaby drink, czy jedno piwko, nie więcej. Należy pamiętać, że pokarm kobiecy tworzy się z krwi. Jeżeli w naszych żyłach będzie płynąć alkohol , w naszym pokarmie również on się znajdzie.
  • Jeśli chcemy się napić, powinnyśmy robić to w czasie najdłuższej przerwy między karmieniami. Np. Dziecko zazwyczaj pije z piersi o godzinie 12-stej , później jada obiadek i kolejny raz ssie około 5 – ciu godzin później. W takim przypadku, możemy wypić piwko, czy lampkę wina  w południe , tuż po karmieniu. Bądź , kiedy dziecko jada już na tyle dużo pokarmów stałych w ciągu dnia , i korzysta z piersi dopiero w nocy . Możemy przez dzień spokojnie napić się drinka. Pamiętając oczywiście o zachowaniu odpowiedniego odstępu czasowego do najbliższego karmienia.
  • Korzystać z takich używek, łatwiej… W zasadzie bezpieczniej mogą kobiety z dłuższym stażem w karmieniu piersią. Im pociecha starsza, tym rzadziej korzysta z matczynego pokarmu, co automatycznie wydłuża czas pomiędzy karmieniami. Nie oznacza to, że matka miesięcznego Antka nie może napić się winka na chrzcinach. Może jak najbardziej. Z racji iż miesięczne dziecko , potrzebuje często ssać cycucha, wystarczy zrobić zapasy. Przed wypiciem lampki, należy odciągnąć pokarm, na jedno lub dwa karmienia, w zależności od tego jak często nasz malec jada. Kiedy zajdzie potrzeba, a matka nie jest pewna czy może przystawić dziecię do piersi. Odciągnięte mleko , będzie jak znalazł by zaspokoić głód.
  • Piwa niskoalkoholowe tj. zawierające ok 0,5 % można pić śmiało. Nie trzeba robić przerw między karmieniami. Nie trzeba odciągać pokarmu. W tego typu napojach, alkoholu jest naprawdę niewiele. Nie ma ona wpływu, na matkę, jej pokarm a tym bardziej na dziecko.  Jego ilość jest porównywalna z ilością jaka zawarta jest w kefirze. Tak ! Kefir przechodzi proces fermentacji, a jego efektem jest powstanie alkoholu.

Nie przestrzeganie wyżej wymienionych zasad,  podawanie piersi dziecku po spożyciu alkoholu to czysta głupota. Tak jak pisałam. Jeżeli w naszej krwi będą procenty, to w trakcie karmienia dziecko otrzyma je z pokarm. Każda, nawet niewielka ilość alkoholu jaką otrzyma niemowlę, może wpłynąć na jego zdrowie oraz rozwój. Karmienie piersią nie wymaga całkowitej abstynencji. Wymaga jednak rozsądku.  Jeśli masz ochotę na browarka, pij. Pij odpowiedzialnie !

Na mamę mogę liczyć ! Ona zawsze potrafi pocieszyć ;)

Dziś będzie krótka anegdotka, dotycząca wyglądu dziecka ;) Jak większość matek , chciałam, wręcz marzyłam o tym, by moja córka była do mnie podobna. Choć trochę podobna. Kiedy się urodziła, wszyscy, jak jeden mąż mówili, że jest podobna do taty. Ciągle słyszałam ” Cały tata ” , ” Córa wdała Ci się w ojca „, ” To w ogóle Twoje dziecko ?”. Tak w kółko. Nawet neonatolog kilkakrotnie powtórzyła ” Kropka w kropkę jak tata „.   Czasem, robiło mi się przykro… Najgorsze, że sama też to widziałam. Zero podobieństwa. No zero !  Chciałam, by choć trochę, miała ze mnie … Dziewięć miesięcy noszenia. Cztery miesiące wymiotów, a ona podobna do tatusia ;) No gdzie ta sprawiedliwość.. Pewnego dnia, ręce mi opadły. Mała, miała może miesiąc , może półtora. Odwiedziła nas moja mama. Babcia jak to babcia , zachwycała się swoją wnuczką. ” uciu puciu ” , ” a ti ti maluszku ” , ” a kto się do babci uśmiecha ?  ” i takie tam. Wszystko fajnie. Biorę mała na przewijak. Najwyższa pora zmienić pieluszkę. Rozbieram dziecko. Odpinam pampersa…. Wtedy… Z ust mojej mamy padają słowa : ” Widzisz ?. Ona, tylko tu, jest do Ciebie podobna .” :) Tego to się nie spodziewałam ! :)

Ps. Doczekałam się ! :)

Do cholery ! Co to ma być ? !

Większość matek, zna jak to jest, kiedy ktoś się wtrąca w wychowanie dziecka, lub  je utrudnia. U mnie również, jest taki jeden element. Mimo że nie jest to dziecko tej osoby, musi, usiłuje postawić na swoim i wszędzie wtrąca swoje pięć groszy.  Miałam o tym nie pisać … Miałam to zostawić dla siebie… Ale pękłam  ! Kurka.. Bo ileż można ! Wczoraj złapałam porządnego nerwa… Mieliśmy gości. W śród nich, właśnie ta osoba. Stwierdziłam … Aaaaa… Dobra, odpuszczę. Nie będę taka  jędza , nie będę się czepiać. W imię poprawienia relacji, dam więcej luzu. Przecież chce się nacieszyć dzieckiem, to niech się nacieszy. A ja, może trochę odpocznę… Na początku, byłam nawet zadowolona. Wszystko było w porządku. Mała dobrze się bawiła, a gość nie zrobił żadnego głupiego ruchu. Pomyślałam nawet, że może ja trochę przesadzam, nie dając wolnej ręki i nie mając zaufania. Zaczęłam nawet mieć nadzieję… Nadzieję, że relacje się poprawią, że będzie jak być powinno. Ale jak to mówią … NADZIEJA JEST MATKĄ GŁUPICH !  Święte słowa ! Jestem głupia, że uwierzyłam … Cały dzień nie wchodziłam w drogę , dałam swobodę. Pozwoliłam jej zajmować się dzieckiem, jak chciała. I co mnie spotkało ? Moja nadzieja legła w gruzach … Bo jak można się tak zachować?  No jak można ? … zakaz-wstepu Wystawiając na stół czipsy powiedziałam, że córce nie wolno dawać. Ona ma swoje chrupki, paluszki , biszkopty i to jej wystarczy. Na co usłyszałam : „Ale ona chce , daj że jej. Daj jej jednego”. Odparłam szybkie i wyraźne „Nie” . Myślałam, że wszystko jasne, że się zrozumieliśmy. Kiedy poszłam do toalety…. Mam małe mieszkanie, chcąc czy nie, słychać wszystko co się mówi w pokoju…. Więc i to usłyszałam … ” Daj jej jednego, niech sobie dziewczyna zje ”  -  oczywiście, były to słowa tej samej osoby. No k…wa ! Ciśnienie mi skoczyło… Na szczęście, inny z gości sprowadził owy element do porządku.  Do cholery ! Co to ma być ?! Jak można, tak knuć za plecami… Czy ja niewyraźnie mówię ? Czy ja mam pięć lat, żeby nie brać poważnie, tego co mówię ? Nawet dziecko, powinno się traktować poważnie !  Bez przesady… Nie będzie mi się roczniak objadać jakimiś czipsami ! Jestem matką … To ja decyduję, co moja córka jeść będzie ! Wrrr… Jak można tak traktować ludzi ? Jak można tak podważać zdanie rodzica ? W imię czego ? Żeby coś udowodnić ? Tylko co ? Miałam nadzieję… Dałam szansę.  Nie miało to sensu… Bo po co ? Chyba tylko po to by upewnić się, że osoba ta ma mnie głęboko w d…e . Że nie liczy się ze mną i moim zdaniem. Coraz częściej, zastanawiam się czy ma to wszystko sens… Po co mam się starać , po co mam próbować poprawić relacje ? Skoro osoba ta mnie nie szanuje… Przykro mi to stwierdzić … Niestety coraz częściej to odczuwam.

Dużo się zmieniło … Ale ja wciąż istnieję !

Jestem nudziarą ! Tak … Właśnie nudziarą… Jestem trzy lata po ślubie, mam małe dziecko. Ciągle siedzę w domu i zajmuje się szeroko rozumianym życiowym dorobkiem. Jestem nudna i niewarta uwagi… Po co, tracić na mnie czas ?  Są przecież ciekawsze osoby, niż jakaś tam matka. O czym z taką rozmawiać ? O pieluchach ? Ząbkowaniu ? Czy zabawkach dziecięcych ? Eh … flaki-z-olejem Nie rozumiem dlaczego, ludzie, znajomi , w ten sposób traktują młode matki. Jestem jedną z nielicznych, a nawet całkiem możliwe że jedyną młodą mamą w otoczeniu znajomych…  Jest mi z tego powodu przykro. Nie dlatego że wkroczyłam w kolejny etap życia, ale dlatego, że im dłużej jestem mamą , tym wyraźniej widzę komu tak naprawdę na mnie zależy… Czas pokazał … Na znajomych, a w zasadzie już byłych znajomych, nie mam co liczyć. Szkoda bo człowiek by posiedział, pogadał przy kawie… Mimo zaproszeń, wszyscy ciągle zajęci. Nie mają czasu się nawet odezwać. No nic. Przypomną sobie o mnie, jak będą mieć interes. Przecież tak to działa. Czy naprawdę, z dzieciatą koleżanką nie ma o czym pogadać ? Czy jedynym tematem są  dzieci ? Matka czy nie matka , kobieta jak każda inna…  Dziwne jest zachowanie ludzi… Spodziewałam się, że znajomi trochę się odsuną, ale nie przypuszczałam że nie zostanie mi prawie nikt… Czego oni się boją ? Dziecka ? Czy tego że się zarażą, i będą po uszy,  siedzieć w zasranych pieluchach ?  Wiem jedno … Na przyjaciółkę liczyć mogę. Nie jest dzieciata, i chyba jeszcze nie prędko jej do macierzyństwa. Mimo że ma sporo spraw na głowie, nasze relacje nie ucierpiały. Cieszę się że ją mam. Co do pozostałych znajomych…. Hm… Wygląda na to że trzeba im pomachać, niech idą gdzie chcą. Ja sobie poradzę, jak zawsze, kiedy muszę. Nie jestem sama. Skoro znajomi uważają mnie za nudną, zrozumie mnie inna nudna mama.

Widzę czarne, tam gdzie białe !

Dziś postanowiłam napisać, co nieco o sobie jako matce. Pewnie niejedna z was, po przeczytaniu powie: ” Mam tak samo „. Dobrze ! Świadczyć to będzie, że nie jestem wyjątkiem. A w kupie raźniej ;) Po dzisiejszej wizycie u lekarza, po raz enty stwierdziłam, że jestem przewrażliwiona i szukam dziury w całym. Wybraliśmy się, po południu na osłuchanie. Wizyta była nie planowana, ponieważ córka miała się dobrze. Dręczył ją jedynie lekki katar. Rano natomiast wstała z okropnym kaszlem… Słychać było, że nie może odkrztusić wydzieliny. Gdy tak kaszlała, w głowie miałam już zapalenie oskrzeli i inne choroby dróg oddechowych. przychodnia Więc spakowaliśmy się do auta i długa do lekarza… Na miejscu okazało się, że małej nic nie jest … A kaszel spowodowany spływającymi gilami. Przy okazji, pokazałam lekarzowi moje ostatnie zmartwienie. Skórę na rączkach, nóżkach, policzkach córci…Była strasznie brzydka, tak jakby sucha, z dziwną wysypką, popękana miejscami. Z każdym dniem coraz gorsza…Wyglądało to dla mnie jak AZS… Lub jakieś uczulenie…I co ? I  nic poważnego. Wyszło na to, że matka nie potrafi dbać o skórę własnego dziecka… No cóż, zbłaźniłam się troszkę. Następnym razem będę mądrzejsza :) Nie pozostaje mi nic innego, tylko zmienić dziecku kosmetyki do kąpieli i pielęgnacji… Dzisiejsza wizyta nie należy do wyjątków, Przez te czternaście miesięcy miałam przeróżne zmartwienia. Jedne słuszne inne z niewiedzy lub przewrażliwienia. Kiedyś jednak pobiłam samą siebie… Gdy mała miała ok 6 tygodni, w jej buzi pokazała się pleśniawka. Walczyłam z nią bardzo długo. Zdzieranie grzyba, przemywanie, płukanie buzi nie pomagało. Nawet nystatyna nie dawała sobie rady… Wciąż to paskudztwo nawracało… Po zużyciu trzeciej nystatyny, córka dostała wreszcie coś innego . Daktarin oral gel. Pediatra kazał smarować małej języczek, odrobiną żelu. Po kilku dniach miała nastąpić poprawa. Jednak dla mnie poprawa była słaba. Smarowałam dziecku język dwa tygodnie, i ciągle widziałam biały nalot. Tak się tym martwiłam, że pewnego dnia wybuchłam płaczem, mówiąc do męża : ” Jestem beznadziejną matką ! Nie potrafię pozbyć się tej pieprz…. pleśniawki… Mała  przeze mnie płacze, bo tylko gmeram jej w buzi i nic z tego nie ma… ” Pojechaliśmy następnego dnia do lekarza. Niestety naszej pani doktor nie było. Zrozpaczona lamentowałam w rejestracji : ” Ktoś nas musi przyjąć ! Córka ma okropnego grzyba w buzi, leczymy się już dwa miesiące, żadne leki nie pomagają.  Musimy dostać się do któregoś lekarza…” Po chwili kobieta zlitowała się nad nami. Załatwiła nam nawet wejście bez kolejki… Pani doktor oglądnęła dziecko. Po chwili : ” Gdzie ma pani tą pleśniawkę ? ” Na moje:” Tam głęboko. To białe. ” Popatrzyła na mnie z politowaniem i powiedziała : ” Proszę natychmiast odstawić leki. To nie jest żaden grzyb, tylko zwykła śluzówka, która nie jest już w najlepszym stanie. ”   Nigdy nie czułam się tak głupio. Nie dość ze narobiłam zamieszania, to jeszcze leczyłam coś czego nie było… Niszcząc przy tym małej śluzówkę. Wygłupiłam się konkretnie, mimo tego czułam się lepiej. Byłam o wiele spokojniejsza i cieszyłam się że córci nic nie dolega.  Zdaje sobie sprawę, że bycie przewrażliwioną nie jest dobre. Lecz wolę taką być, i zbłaźnić się sto razy, niż coś zignorować i później żałować.

Magiczny czas – matczyne refleksje

Córka nie śpieszyła się na świat. Jakaś wyższa siła zadecydowała kiedy się urodzi, i kiedy będziemy świętować, to ważne wydarzenie. Właśnie dziś, minął pierwszy wspólny rok. Ja zamiast się cieszyć, mam mętlik w głowie. Ciągle wracam myślami do porodu, do chwili kiedy przytuliłam ją do serca, po raz pierwszy i w kółko zadaję sobie pytanie: Kiedy to zleciało ? Czy przez ten czas, poświęciłam jej wystarczająco dużo uwagi ? Czy okazywałam tyle miłości i troski ile potrzebowała ? Na wszystkie te pytania mam jedna odpowiedź : nie wiem… Natomiast jestem pewna jednego. Ten rok był dla mnie bardzo ważny, chyba najważniejszy w całym moim życiu. Pełen zmartwień, radości, wzruszeń…Gdy wrócę do tych wspomnień , żałuję że mam to wszystko już za sobą. W sercu mym tkwi ogromna nadzieja, że rolę w którą dane było mi się wcielić, wykonałam najlepiej jak to możliwe. Że jako matka, byłam dla niej odpowiednim wsparciem w poznawaniu otaczającego ją świata. W ciągu roku córka dała mi tak wiele; pierwszy uśmiech, pierwsza gorączka, pierwsza wysypka, pierwsza przewrotka. Gdy jedząc biszkopta podzieliła się ze mną, gdy pierwszy raz sama mnie przytuliła. Długo by tu wymieniać .. Wspólnie przeżyty rok, był dla mnie czasem magicznym, czasem który na zawsze pozostanie w mojej pamięci.