O tym , jak młoda olała maminego cyca ;)

                    Jestem ! Udało się ;) Mam wreszcie chwilkę… W poprzednim poście , jakieś dwa tygodnie temu ( Boże , jak ten czas szybko leci … ), obiecałam że coś Wam opowiem. Korzystając z chwili „luzu” postanowiłam dotrzymać słowa…  Więc , posłuchajcie :

                    Planowałam karmić piersią. Stwierdziłam , że rok będzie optymalny… Założenie moje zrealizowałam, choć nie do końca… Miął rok…. Odstawienie poszło w niepamięć. Czasem, tylko przebąkiwałam do męża ” Pasuje ją zacząć odstawiać .Już na tyle dużo je, że spokojnie można spróbować „. Tak , tak ;) Takie moje gadanie … Jedyne co zrobiłam, a w zasadzie samo się zrobiło, to pozostawienie karmień nocnych. Natomiast w dzień, córa rozkoszowała się zawartością lodówki ;) I tak pozostało… Minęło jeszcze pół roku, nic się nie zmieniło. Jak mówiłam o zakończeniu karmienia, tak mówiłam nadal… I oprócz mojego paplania, nie podejmowałam żadnych działań . Prawdę mówiąc , było mi dobrze tak jak jest. Córcia spała z nami , kiedy się przebudziła dostała cyca i robiła swoje. Ja natomiast mogłam spać dalej :)

             Wreszcie przyszedł czas na zmiany… Choć sama chciałam podjąć tą decyzję, nie ja o nich zadecydowałam. Był to dla mnie szok… Nie bardzo wiedziałam co się dzieje… Kruszyna skończyła 19 miesięcy i z dnia na dzień, jej zachowanie w stosunku do maminego cyca, zmieniło się nie do poznania. Zawsze gdy kładłyśmy się spać, mała piła mleczko. Kiedy brzuszek był już pełny, przytulała się do mnie i zasypiała…. Nastąpił ten moment, i nasz rytuał poszedł w odstawkę. Zdurniałam całkowicie :) Gdy próbowałam córce podać pierś , wbijała w nią zęby … Pokąsana , tłumaczyłam jej że mnie to boli .. i żeby tak nie robiła.. Po krótkiej rozmowie , podjęłam jeszcze kilka prób.. Każdorazowo kończyło się to odciśniętymi zębami… Wrrr… Jak sobie przypomnę , ciarki mnie przechodzą.. Byłam rozbita, niezbyt wiedziałam co się stało. Gdyż do tej pory mała ssała z chęcią. Pomyślałam : Przeczekam.. być może coś zjadłam , co zmieniło smak pokarmu… Nie wpadłam nawet na to, że może już nie chcieć. Sytuacja , powtórzyła się jeszcze przez kolejne dwa wieczory. Zdezorientowana tym wszystkim, doszłam do wniosku, że nie będę jej wciskać cyca na siłę. Zaczęłam podawać kruszynie przed snem wodę, ciągle wypatrując sygnału… Sygnału się nie doczekałam..

                Nasze bez-cycowe usypianie, wydłużyło się. Córcia grzecznie leżała ze mną , piła wodę, słuchała bajeczek lub kołysanek i powolutku zapadała w sen… Cieszyłam się , że zostało chociaż karmienie w środku nocy.. Nie trwało to jednak długo.. Po kolejnych dwóch nocach, historia powtórzyła się . Gdy, zaspana, ledwo kontaktująca, po raz kolejny poczułam zęby na piersi, doznałam olśnienia. Podałam małej kubeczek z wodą, napiła się i w mig zasnęła… Następnej nocy , nie obudziła się wcale… I tak przez kilka kolejnych .

               Nie wiedziałam , czy się śmiać , czy płakać…Zastanawiałam się, czy coś jej nie dolega… Nie do końca dopuszczałam do siebie myśl że, się sama odstawiła… Czytałam sporo opinii doradców laktacyjnych o samo-odstawieniu, lecz wszędzie podawano informacje, że następuje to zazwyczaj u starszych dzieci.  Piersi mi pękały, a mała miała gdzieś… Myślałam, że może jeszcze zechce.. Naczytałam się różnych historii. Np: Matka nie karmiła dziecka dwa tygodnie , zwyczajnie nie chciało, po dwóch tygodniach syn się upomniał i wrócili do karmienia. Lecz takie zdarzenie nie miało u nas miejsca. Zasięgnęłam więc opinii jednego z doradców laktacyjnych, opisałam cała sytuację. Wspomniałam też , że próbowałam podać córce w kubeczku, ściągnięte mleczko. Lecz, gdy mała poczuła jego smak  , wylewała na podłogę. Po rozmowie z fachowcem, nie pozostało mi nic innego jak pić szałwie , nie dopuścić do zastojów, a przede wszystkim uszanować decyzję dziecka ;)

              Karmiłyśmy się dziewiętnaście miesięcy. Piękne dziewiętnaście miesięcy. <3

Jak to ojciec z matką wystrzelili dziecko w kosmos ;)

Nie tak dawno temu, gdy córka już zasnęła, ojciec z matką również się wyłożyli. Z racji tego że śpią z dzieckiem, leżeli sobie w trójkę na dużej wersalce. Kruszynka jak zawsze pod ściana . Wylegują się i rozmawiają. To o tym . To o tamtym . Żartują, śmieją się, wygłupiają…

Po chwili, obydwoje wpadają na świetny pomysł . Łaskotki ! Tak to jest to – myślą.

No i zaczęło się .. Tuż obok grzecznie śpiącego dziecka rozbrykani rodzice. Zaciskali usta, by nie narobić hałasu. Łaskotki przerodziły się w walkę …

Nie będziesz mnie tak trzymał ! Spadaj ! – mówi mama.

Spróbuj się uwolnić – śmieje się tata.

Więc mama walcząc o dominację, w tej jakże odpowiedniej do wieku zabawie , próbowała szczęścia. W ten oto sposób, niewinne łaskotki przerodziły się w przepychanki. W niedługim czasie…

Mama zyskała przewagę. Postanowiła, zepchnąć ojca z łóżka.

Zaraz spadniesz – mówiła – nie będziesz ze mną zadzierał !

No i udało się … Zepchnęła ojca… Ale … Ale ten pociągnął ją za sobą. Niby nic takiego. Przepychali się to spadli… Nie przewidzieli jednak jednego…

W momencie zsuwania   się z wersalki, ta się przeważyła . Strona, na której beztrosko spała Kruszynka, gwałtownie się podniosła… Eh .. Wyglądało to tragicznie …Maleństwo wystrzelone z procy…

Na szczęście rodzice, w tej wciągającej zabawie, zachowali resztki świadomości…Rzucili się w kierunku maleństwa… W odpowiednim momencie, złapali dziecko. Po czym odłożyli (o dziwo śpiącą córę ) w miejsce w którym zasnęła. Zszokowani tym niespodziewanym zajściem, szybko wskoczyli pod kołdrę. Natychmiast zapomnieli o dalszych figlach ;)

Swięto mamy dziś wszystkie mamy!

W ostatnim czasie nie mam chwili by spokojnie zasiąść do pisania. A chciała bym Wam tyle napisać. Jestem też trochę ograniczona z powodu problemu z internetem… pisanie postów z telefonu nie jest najlepszym pomysłem… Więc chwilowo musiałam odpuścić. Lecz dziś jest dzień wyjątkowy. Dzień w którym my mamy świętujemy, a jeśli nie, to powinniśmy. Z okazji  dnia matki, chciałam złożyć wszystkim zaglądającym tu mamą, tym obecnym i tym oczekującym życzenia. A więc : Niech każda z Was, czerpie z pełnienia tej ważnej roli radość. Niech każda z Was , czuje się ważną, wyjątkową. Bo takie jesteście.  Abyście miały w sobie siłę , wytrwałość i cierpliwość. By , kiedy pociechy dorosną, mogłyście powiedzieć: „Spisałam się ” .  Tego wszystkiego oraz zdrowych , szczęśliwych dzieci życzy Ma-ma .       

Ps. Wkrótce nadrobię zaległości. Czekajcie cierpliwie ;-)

Misja – Macierzyństwo.

Dziś nadszedł czas na refleksje. Wstałam z łóżka, z tysiącem pytań do siebie samej. Czy jestem dobrą mamą ? Co, w ogóle oznacza dobra mama ? Czy to ta, która pozwala na wszystko ? Czy może ta, która wychowuje według ściśle określonych zasad ? Co jeszcze przyjdzie mi przeżywać ? Czy sprostam nowym wyzwaniom, jakie postawi przede mną moje dziecko ? Czy będę z siebie, jako matki, dumna ? Co przyniesie mi dalsze macierzyństwo i jak sobie z tym poradzę ? Takich pytań mam pełno w głowie…. A odpowiedź na nie wszystkie jest krótka… Nie wiem …

Po tych chwilach zadumy dochodzę do wniosku. Do macierzyństwa nie da się przygotować ! W żaden ale to żaden sposób. Nie da się tego zaplanować. Czytanie książek, poradników, nic tu nie daje. Macierzyństwo jest rzeczą trudną. Nieprzewidywalną. Jakimi będziemy matkami. Jaka będzie nasza postawa wobec dziecka. Jakie będą nasze reakcje w zaskakujących sytuacjach oraz  jaki przykład damy nowemu pokoleniu, jest ogromną zagadką.  Duża wiedza teoretyczna, w praktyce, często ma się nijak do naszej matczynej postawy. Świadomie lub nie. Niejednokrotnie powielamy wpojone nam wzorce. Pozytywne, ale także i te złe , niechciane. Jedno jest pewne. Każde dziecko jest inne… Każda matka jest inna.. Wszystkie z nas, muszą wypracować sobie swój sposób, własne metody wychowawcze. To co wpoimy dziecku, jakie przekażemy wartości zaowocuje w przyszłości. Tylko jak ? Całą naszą pracę, cały wysiłek włożony w wychowanie pociechy zweryfikuje czas.  On jest najlepszym sędzią . To on nam pokaże, jak wywiązałyśmy się z misji. Z misji – Macierzyństwo.

Chętnych zapraszam do przeczytania, mojego, własnego wiersza o macierzyństwie. EGZAMIN

czas-zegar

Dziecko nie jest krową !

Kiedyś pisałam post, w którym mowa była o szanowaniu dziecięcej prywatności. Dla chętnych link -> TUTAJ . Natomiast dziś, pragnę wyrazić swoje zdanie w podobnym temacie. Mianowicie w temacie kolczyków i przekłuwania dzieciom uszu. Ilu rodziców tyle opinii. Moja, dla niektórych, może wydawać się trochę dziwna. Zapewne ktoś z Was, stwierdzi że przesadzam i robię z tego „wielkie halo „. Więc przeczytajcie i oceńcie sami.

Zauważyłam że, kolczyki u niemowląt stały się dość popularne, można by stwierdzić że stało się to modne. Dziecko nie zdąży jeszcze wypowiedzieć pierwszego „ma-ma” , a już owa mama leci z córką do kosmetyczki. W celu upiększenia jej delikatnych uszek małymi złotymi kulkami.  Jestem temu przeciwna. Oj bardzo przeciwna !  Moja rodzina, już o tym wie. Jako pierwsza, dowiedziała się teściowa, która zaczęła przewijać ten temat, zaraz po tym jak mała skończyła miesiąc. Nie było jej w smak. Trudno… Nie będę kolczykować dziecka, tylko dlatego że, to „ładnie wygląda” . Tym bardziej dlatego, że podoba się to babci. Nie muszę podążać za modą ! Moda jest od tego by ją do siebie dostosowywać , wybierać z niej to co nam pasuje. Nie po to by ślepo za nią iść !

Dużo rodziców, robi kolczyki pociechom bez zastanowienia. Nie pomyślą o dziecku, o tym co ono będzie czuć… Itd.  Najważniejsze , by ładnie wyglądało, lub by nikt więcej nie wziął ich córki za chłopca. Zasłaniając swoją decyzje tym że to nie boli, że teraz robi sie to pistoletem. Trwa to tak szybko, że maluch się nawet nie zorientuje. Bzdura ! Nawet malutkie dziecko, nie jest głupie… Doskonale wie że coś mu się robi.. Przekłuwanie uszu pistoletem, mimo że trwa szybko, jest gorsze od igły. Kto się orientował w tym temacie, ten wie. Pistolet w trackie zabiegu (w zasadzie to kolczyk) rozrywa ciało. Powstaje tzw. rana szarpana, która bardzo często źle się goi. Próbując w ten sposób upiększyć dziecko, narażamy je na :

  • Powstanie stanu zapalnego. Ropiejące, bolące małżowiny.
  • Niewygodę. Drogie mamy. Same wiecie jak „przyjemnie ” śpi się w tzw. wkrętkach. Należy pamiętać, że maluch przez długi czas będzie odczuwał spory dyskomfort.

Jestem ciekawa, ile osób bierze to pod uwagę przy podejmowaniu decyzji.  Mówi się. Im wcześniej tym lepiej. Ciekawe, dlaczego ? Pewnie dlatego, że niemowlę nie powie nam NIE ! Mamo NIE chcę ! Robienie dzieciom kolczyki w tak młodym wieku, uważam za czysty egoizm, oraz traktowanie dziecka przedmiotowo.. Dziecko to nie zabawka. To nie lalka z którą możemy robić co nam się żywnie podoba. Podsumowując , kolczykowanie małych dzieci to :

  • Traktowanie ich jak bydło. Tak ! Krowa również nie protestuje, gdy przyczepiają jej numerek na ucho.
  • Nieposzanowanie ich małego, bezbronnego ciała.
  • Odbieranie możliwości samodzielnego zadecydowania.

Oprócz tego co napisałam, napiszę coś jeszcze. Gdybym poszła z córką i zrobiła jej, w wieku 17-stu miesięcy, kolczyk w brwi lub pępku, została bym zlinczowana i osądzona o znęcanie się nad dzieckiem. A prawda jest taka. Kolczyk to kolczyk. Niezależnie czy zrobiony jest w brwi czy uchu, jest to nic innego, jak ingerencja w dziecięce ciało. Być może, wielu ludzi nie zobaczy w tym nic wspólnego, bo przebijanie uszu niemowlętom stało się niemal czymś normalnym. Dla mnie jednak, jest to zupełnie to samo.  kolczyk-w-pepku

Zapraszam do komentowania.

Co dzień inne odkrycia. To takie pasjonujące !

Dzieci, to mali odkrywcy. Interesuje je dosłownie wszystko. Chcą, poznać świat najlepiej jak tylko się da. Sprawdzają zastosowanie wszystkiego co je otacza. Poznają możliwości własnego ciała. Z dnia na dzień stając się sprytniejsze i zwinniejsze, co pozwala im na ciekawsze odkrycia. Kiedy już chodzą, mija zaledwie kilka chwil i nasze pociechy zaczynają się wspinać, by sięgnąć tam gdzie do tej pory nie miały dostępu. Czy to regał  z książkami, schody czy też łóżko… To wszystko jest takie pasjonujące ! One nie boją się nowości , one wręcz jej pragną. Nie zastanawiając się co by było gdyby… Codziennie szukają nowych doznań.  Przez tą odważną, nieprzemyślaną ciekawość świata macierzyństwo bywa niezmiernie trudne. Jako matki, żony i gospodynie musimy zadbać o potrzeby każdego domownika. Ugotować, poprać, posprzątać ….. Jednocześnie, pozwalając najmłodszemu domownikowi  na swobodne poznawanie świata…Bezpieczne poznawanie świata.  Bywa to nie lada  wyzwaniem. Czasem wystarczy się obrócić a pociecha już stoi na krawędzi łóżka, ciesząc się z własnych dokonań. Bądź, maleństwo próbuje wcisnąć coś do kontaktu… Przyznam….. Czasem można dostać palpitacji serca… Mimo to jestem zwolenniczką, wtórowania dziecku. Mądrego wtórowania. Uważam, że należy pozwalać potomkowi na sprawdzanie swoich możliwości. Córce pozwalam wchodzić gdzie chce. Chce wychodzić po schodach, wychodzi ( najpierw na czworaka, teraz już trzymając się poręczy). Usiłuje wygrzebać się do domku na placu zabaw, stoję za nią , a ona śmiało próbuje. Umyśli sobie chodzenie po krawężniku, to idzie. Przecież to cudowne doświadczenie, i pomaga ćwiczyć równowagę. W każdej nowej czynności, jestem przy niej. Wspieram, i tłumaczę. Natomiast gdy zajdzie potrzeba minimalizuje siłę upadku. Kiedy jednak wiem, że upadek wielkiej krzywdy jej nie zrobi… Pozwalam na niego… Tzw. upadek kontrolowany… Dziecko próbuje swoich możliwości, ale czasem musi stłuc pupę, by poznało jakie czekają na nie zagrożenia.  Rozumiem, że matki boją się o swoje pociechy, również się boję. Jestem również w stanie pojąć, dlaczego nie pozwalają na niektóre czynności. To my rodzice, jesteśmy odpowiedzialni za swoje dzieci… Myślę, że strach rodzica przed odpowiedzialnością, nie powinien być dla dziecka ograniczeniem. Zwłaszcza na etapie poznawania  świata i własnych możliwości. Zabranianie dziecku nowych czynności oraz wpajanie, że coś jest niebezpieczne, jest głupie. „Tego nie wolno bo się przewrócisz , Tamtego nie wolno bo spadniesz”. Jak dla mnie to zabijanie w dziecku ciekawości a także chęci poznawania. Małe dzieci, poznają świat zmysłami… To normalne że wszystkiego chcą dotknąć, wszystko chcą zobaczyć. Ciekawość dziecka nie ogranicza się tylko do tych „niebezpiecznych” czynności. Dzieci uwielbiają poznawać zapachy, smaki… Wielu rodziców o tym zapomina. To idealni towarzysze, podczas codziennego gotowania. Jeśli im to umożliwimy, chętnie zamieszają zupę. Czy wrzucą do niej kilka składników. Kochają  taż eksperymentować, próbować nowych smaków, konsystencji…. Matki maja w zwyczaju, nie dawać dziecku tego, czego same nie lubią. ” To jest niedobre. Nie będzie Ci smakować”. A ja zapytam… Skąd to dziecię ma wiedzieć czy rzeczywiście takie to niesmaczne ? Jeśli samo nie spróbuje, nie dowie się… Próbowanie nowych produktów, potraw, to fajna zabawa. Zabawa która przynosi dużo dobrego. Dziecko zna większą gamę smaków, dzięki temu łatwiej wyrobić mu własny gust kulinarny. Gust który nie jest bardzo okrojony. Maluch nie ma uprzedzeń, nie boi się smakować… Im wcześniej pozna nowości tym lepiej. Ma większą szansę że nie zostanie tzw niejadkiem. Tutaj opowiem co nie co o mojej córeczce. Mała, kiedyś miała straszne opory przed jedzeniem, pisałam o tym kiedyś TUTAJ  Kiedy jednak zaczęła jeść jak należy, pozwalałam jej na odkrywanie smaków. Kiedyś poszliśmy z rodzinką do sushi baru. Byłam pewna, że córcia nie tknie sushi więc zamówiliśmy jej nieduży zestawik z kurczakiem. Natomiast dla nas półmiski pełne tych smakołyków.  Kiedy kelnerka przyniosła piękne kolorowe zawijań-ce mała tylko krzyczała „am , am ” Wręcz wyrywając się z dziecięcego krzesełka, na swoją porcję nawet nie patrząc. No i dostała kawałek (bez surowych ryb, i paluszków krabowych) Wcinała aż jej się uszy trzęsły… Ledwo zjadła jeden kawałek, już sięgała po drugi… To nie wszystko. Do naszego zestawu, były sałatki z glonów z ogórkiem.. Dostała z niej ogórka. Nie wystarczył jej. Gwizdnęła tacie z miseczki garść glonów. Miałam oczy jak pięć złotych… Moja kruszynka zjadła sałatkę męża, i moją. Takich zaskakujących sytuacji jest wiele. To pokazuje mi, że mam rację. Dzieci lubią próbować, dzieci lubią poznawać. Ostatnio … Również byłam zaskoczona. Gdy kroiłam cebulę mała ciągnęła mnie za spodnie krzycząc „am” więc dałam jej… I wiecie co ? Myślałam że nie zje, że będzie pluć. Owszem, wypluła po czym władowała do buzi z powrotem. Od tamtej pory, moje dziecię je surową  cebulę. Na zdrowie !  Dziś natomiast, eksperyment roku. Na drugie śniadanko podałam jej jogurt… Jadła z apetytem,po chwili zaczęła kombinować.. Dorwała kabanosa i zaczęła moczyć go w jogurcie. Po czym i jedno i drugie trafiało do buzi. Mnie też dała spróbować. Obawiałam się. Teraz śmiało mogę powiedzieć: Kabanos z jogurtem gruszkowym smakuje świetnie !  Wniosek ? To my rodzice, jesteśmy największym ograniczeniem dla własnych dzieci. Z obawy o ich dobro, niejednokrotnie pozbawiamy je wielu pozytywnych doznań.

Moje dziecko , się nie zagłodzi :)

Niedawno wróciłyśmy ze spaceru… Jak to na spacerze bywa, pobiegałam za córką trochę,  regularnie wyciągając kamienie z jej buzi. Zrywałyśmy i wąchałyśmy kwiatki.. Łapałyśmy swoje cienie, oraz goniłyśmy gołębie. Znaczy się , mała goniła. Koniecznie chciała je nakarmić, kamieniami oczywiście ;) Ptaki miały nas, rzecz jasna, głęboko w nosie. Mojego dziecka, to nie zniechęcało. Gdy którykolwiek z nich usiadł na ziemi, Kruszynka w te pędy pognała w jego kierunku z garścią kamieni. Z rozkazem w głosie, krzyczała ” Am , am „. Kiedy miałyśmy już dość . Czytaj ; kto miał dość to miał dość ;). Wróciłyśmy do domu. Po drodze zaliczając wspinaczkę na piętro. Tak , tak.. Córka koniecznie musi sama wdrapywać się po schodach. W innym przypadku … „Matka zapomnij, że mnie tak spokojnie wniesiesz do mieszkania. Zrobię Ci taki koncert, że uszy zwiędną ” :).  Więc, gdy już te krótkie nóżki, dotarły na górę. Otworzyłam drzwi, mówiąc do małej ; „Córuniu poczekaj, mama Cię rozbierze „. Yhy…. Gadaj se matka… Dziecko, nawet się nie odwróciło. Podarła prosto do kuchni. Ja za nią… Otworzyła lodówkę, dorwała  kabanosa. Po czym, z szerokim uśmiechem i dumą na twarzy, chwaliła się mówiąc ” Am , am ” Następnie, w butach i kurtce poleciała do pokoju w celu konsumpcji :) No cud, miód, malina. Nie dość, że Kruszynka próbuje się sama ubierać , to jeszcze potrafi sama się nakarmić :) Niedługo , w ogóle nie będę jej potrzebna :)

Na mamę mogę liczyć ! Ona zawsze potrafi pocieszyć ;)

Dziś będzie krótka anegdotka, dotycząca wyglądu dziecka ;) Jak większość matek , chciałam, wręcz marzyłam o tym, by moja córka była do mnie podobna. Choć trochę podobna. Kiedy się urodziła, wszyscy, jak jeden mąż mówili, że jest podobna do taty. Ciągle słyszałam ” Cały tata ” , ” Córa wdała Ci się w ojca „, ” To w ogóle Twoje dziecko ?”. Tak w kółko. Nawet neonatolog kilkakrotnie powtórzyła ” Kropka w kropkę jak tata „.   Czasem, robiło mi się przykro… Najgorsze, że sama też to widziałam. Zero podobieństwa. No zero !  Chciałam, by choć trochę, miała ze mnie … Dziewięć miesięcy noszenia. Cztery miesiące wymiotów, a ona podobna do tatusia ;) No gdzie ta sprawiedliwość.. Pewnego dnia, ręce mi opadły. Mała, miała może miesiąc , może półtora. Odwiedziła nas moja mama. Babcia jak to babcia , zachwycała się swoją wnuczką. ” uciu puciu ” , ” a ti ti maluszku ” , ” a kto się do babci uśmiecha ?  ” i takie tam. Wszystko fajnie. Biorę mała na przewijak. Najwyższa pora zmienić pieluszkę. Rozbieram dziecko. Odpinam pampersa…. Wtedy… Z ust mojej mamy padają słowa : ” Widzisz ?. Ona, tylko tu, jest do Ciebie podobna .” :) Tego to się nie spodziewałam ! :)

Ps. Doczekałam się ! :)

Prawdziwy skarb, czyli samosia – gosposia !

Zupę będę jeść sama ! – Mama daj łyżeczkę , nie chcę być karmiona ! Skarpety , czapkę , buty założę sobie, nie potrzebuje Twojej pomocy ! Kremować buzię też chcę sama !  Przecież umiem ;) Pościelę łóżko , dam sobie radę ! Psa na spacerze poprowadzę , nie musisz trzymać smyczy … Eh i długo by tak wymieniać :) To że moja córcia wykazuje cechy typowej „Zosi samosi” wiedziałam już od dawna. Przyzwyczaiłam się nawet ;) Czasem mam dobry ubaw. Kiedy widzę jak moja  14 miesięczna pociecha, od dziesięciu minut próbuje założyć, lewego buta na prawą nogę. To jednak nie wszystko. Teraz przyszedł czas na samosie – gosposie :)  Moja córa postanowiła pomagać  mi na każdym kroku. Tak, tak. Pomaga jak umie ;) Kochanie dziecko ! Nie chce, by mama się zaharowała ;) Kiedy odkurzam , mała podchodzi, chwyta rurę i próbuje odkurzać. Czasem bawi się w operatora, regulując moc ssania, lub pcha odkurzacz. Gdy sprzątam łazienkę, zawsze znajdzie coś, w czym mogła by mi pomóc ;) A to rozsypie proszek. A  to weźmie szczotkę do toalety i zacznie moczyć w kibelku, rozchlapując wszędzie wodę.  Myjąc podłogę , również się nie przemęczam. Dziecko mam tak pomocne, że potrzyma mi mopa. Ja w jedną ona w drugą. Szarpiąc się ze mną, zmyjemy każdy brudek. Bo co cztery ręce, to nie dwie ;) Kiedy dorwie zmiotkę i szufelkę, rozmiecie brud po całej kuchni. Ta dziecięca pomoc jest nieoceniona :) Nie raz bardzo mnie denerwuje , bo dezorganizuje mi robotę.  Widzę jak dziecko się stara , jak mnie naśladuje, i jestem w stanie przymknąć na co nie co oko. Sprzątam uzbrojona w duża dawkę cierpliwości. Bo jak inaczej ? Chyba się nie da , mając w domu małą gosposie ;) Dziś jednak przebiła samą siebie. Wspólnie myłyśmy podłogę. Tym razem, córcia była bardziej zaabsorbowana moczeniem rąk w wodzie, i pomaganiem w wyciskaniu mopa. Natomiast ja mogłam spokojnie przetrzeć zabrudzenia. W pewnym momencie. Odwracam się w kierunku córki, by wypłukać mopa. Patrzę. A moja pomocnica stoi w wiaderku pełnym wody … Ręce mi opadły. Jak myślicie ? Chciała mnie wyręczyć i postanowiła się sama wykąpać ? Ja myślę, że tak  ;) W wiadrze też się da !

Dziecko, nie tuczna świnka … A wina, zawsze leży po stronie matki !!!

„Mamy mają tendencję do wciskania w dziecko więcej niż zjeść może ” Oj tak ! Często słyszałam te słowa. Parę razy zdarzało się, że były też kierowane bezpośrednio do mnie, kiedy to opowiadałam o naszych problemach z jedzeniem. Mówiąc najbliższym w rodzinie, że mała nie chce jeść, że nie je, tylko dziubie. Ciągle słyszałam : ” Wydziwiasz, przecież je. Dobrze wygląda. Ty byś chciała żeby ciągle żarła i wyglądała jak tuczna świnka. ” 2-swinka   Nie czułam się rozumiana w najbliższym otoczeniu. Nie pasłam dziecka, nie wciskałam na siłę, nie zmuszałam do jedzenia… Wychodziłam z założenia że zdrowe dziecko się nie zagłodzi. Do czasu… Kiedy zdałam sobie sprawę ze coś jest nie tak, że powinna jeść zdecydowanie więcej.  Wszyscy, łącznie z moim małżonkiem uważali że, nie ma się czym przejmować.. Ja natomiast widziałam duży problem. Martwiłam się, gdy kręciła głową przy posiłku. Martwiłam się gdy zrobiła dwa kęsy chleba,  itd….Pomyślałam, że skoro nikt nie widzi problemu, to może rzeczywiście mają rację.  Chodziłam na pomiary masy ciała, długości i obwodu głowy. Nikt nie miał żadnych zastrzeżeń, mimo że waga córki, raz stała w miejscu, raz podskoczyła o 10 dkg a innym razem spadła… Wzrost również miał wiele do życzenia. Nikt z „wykwalifikowanych ” nie powiedział słowa, że cokolwiek może być nie tak.  Pewnego dnia, gdy już miałam serdecznie dość zamartwiania się, usiadłam z książeczką zdrowia dziecka. Zaczęłam analizować wszystkie zapisywane parametry… Zbladłam…. Do 6 miesiąca życia córka rosła jak na drożdżach. Wszystko wzorowo. Natomiast po 6 miesiącu coś się podziało. Dziecko znacznie przyhamowało… a później stanęło w miejscu. Przez 3 miesiące pomiary wagi były podobne. Natomiast wzrost i obwód głowy  nie drgnął … Zaświeciła mi się czerwona lampka : ” Kobieto nie słuchaj innych ! Co oni mogą wiedzieć, nie znają dobrze sytuacji. Idź z córką do lekarza, bo tak być nie może ! Zaufaj swojej intuicji … ” Akurat zbliżało się szczepienie, więc przy okazji szczepienia ,skonsultowałam z panią doktor moje wątpliwości. ( Do szczepienia i w razie choroby jeździmy do naszej zaufanej pani doktor do miasta. Natomiast kontrolne pomiary robimy w okolicznym ośrodku zdrowia. ) Wątpliwości , przerodziły się w problem. Słusznie się martwiłam. Lekarz stwierdził , że córka najprawdopodobniej jest niedożywiona…  I przyczyną może być jakość, lub ilość jedzenia… Dostałam dokładne wytyczne, jak przyrządzać córce posiłki, i ile powinna zjeść jednorazowo…Jeszcze w gabinecie dotarło do mnie, że moje posiłki trochę odbiegają od tych przedstawionych przez lekarza…  Po powrocie do domu , zaczęłam ściśle trzymać się zaleceń pani doktor. Obiadki gotowałam, zdecydowanie bardziej konkretne. Było w nich dosłownie wszystko. Co z tego… Córcia nadal jeść nie chciała… jadła jak dotychczas. Zaczęłam dokładnie odmierzać ile pochłonęła  w ciągu dnia… Kiedy, po odmierzeniu zupki, ujrzałam niecałe 40 ml, załamałam się…  Ni jak miało się to 40 ml do 170 ml jakie zalecił lekarz.. Mąż szybko zmienił zdanie, i również się przejął. Uświadomiliśmy sobie że musimy jakoś sobie poradzić z tym problemem…  Było ciężko. Córkę nudziło, i nadal nudzi jedzenie.. Ale nie poddawaliśmy się… Ja szukałam coraz to nowszych smaków, robiąc zupę warzywną na tysiące sposobów. Mąż pilnował, by w trakcie czytania książeczek, mała zjadła choć ćwiartkę jabłka.. itd. Od wyjścia z gabinetu, ciągle pilnowaliśmy by posiłki córki były bardzo regularne i urozmaicone. Nasza walka trwała ok półtorej  tygodnia, aż córka zaczęła zjadać większe ilości.. Tym to sposobem, prawie zbliżyliśmy się do ilości jakie powinno zjadać dziecię w wieku córki… A co najważniejsze. Mała szybko przybrała na wadze, i podrosła kilka centymetrów… Teraz posiłki, nie są już tak stresujące, ani dla dziecka ani dla nas. Dziecię je ze smakiem.. ciągle powtarzając „mniam”, „mniam”  i rośnie jak powinno. Nie wiem… Nie mam pojęcia, jak doszło do takiego zaniedbania ?…Inaczej się tego nazwać nie da. Mimo że zawsze miała co jeść, po prostu tego nie robiła, ja nie wciskałam jej na siłę, widziałam że przynosi to odwrotny skutek… Pewnie zrobiłam jakiś błąd przy rozszerzaniu diety. Być może metoda BLW w przypadku mojej córki się nie sprawdza, choć miałam wrażenie że zjadała więcej niż gdy ją karmiłam… Odpowiedzi pewnie już nie znajdę. Ale czy muszę ? Chyba już nie… Dziecko mam zdrowe, je ładnie, i to z apetytem :) I rośnie ! Przede wszystkim rośnie :) To co najgorsze w temacie żywienia mamy już chyba za sobą :) Szkoda tylko , że nikt z otoczenia nie wierzył że naprawdę mamy z tym problem . Przylepiono mi metkę z napisem ” Matka która pasie swoje dziecko „. Do tej pory mało kto wieży że w naszym przypadku tak nie było. Za to wszyscy jak jeden mąż mówią : „ale ona fajnie teraz wygląda. A jak urosła !” ;)