O tym , jak młoda olała maminego cyca ;)

                    Jestem ! Udało się ;) Mam wreszcie chwilkę… W poprzednim poście , jakieś dwa tygodnie temu ( Boże , jak ten czas szybko leci … ), obiecałam że coś Wam opowiem. Korzystając z chwili „luzu” postanowiłam dotrzymać słowa…  Więc , posłuchajcie :

                    Planowałam karmić piersią. Stwierdziłam , że rok będzie optymalny… Założenie moje zrealizowałam, choć nie do końca… Miął rok…. Odstawienie poszło w niepamięć. Czasem, tylko przebąkiwałam do męża ” Pasuje ją zacząć odstawiać .Już na tyle dużo je, że spokojnie można spróbować „. Tak , tak ;) Takie moje gadanie … Jedyne co zrobiłam, a w zasadzie samo się zrobiło, to pozostawienie karmień nocnych. Natomiast w dzień, córa rozkoszowała się zawartością lodówki ;) I tak pozostało… Minęło jeszcze pół roku, nic się nie zmieniło. Jak mówiłam o zakończeniu karmienia, tak mówiłam nadal… I oprócz mojego paplania, nie podejmowałam żadnych działań . Prawdę mówiąc , było mi dobrze tak jak jest. Córcia spała z nami , kiedy się przebudziła dostała cyca i robiła swoje. Ja natomiast mogłam spać dalej :)

             Wreszcie przyszedł czas na zmiany… Choć sama chciałam podjąć tą decyzję, nie ja o nich zadecydowałam. Był to dla mnie szok… Nie bardzo wiedziałam co się dzieje… Kruszyna skończyła 19 miesięcy i z dnia na dzień, jej zachowanie w stosunku do maminego cyca, zmieniło się nie do poznania. Zawsze gdy kładłyśmy się spać, mała piła mleczko. Kiedy brzuszek był już pełny, przytulała się do mnie i zasypiała…. Nastąpił ten moment, i nasz rytuał poszedł w odstawkę. Zdurniałam całkowicie :) Gdy próbowałam córce podać pierś , wbijała w nią zęby … Pokąsana , tłumaczyłam jej że mnie to boli .. i żeby tak nie robiła.. Po krótkiej rozmowie , podjęłam jeszcze kilka prób.. Każdorazowo kończyło się to odciśniętymi zębami… Wrrr… Jak sobie przypomnę , ciarki mnie przechodzą.. Byłam rozbita, niezbyt wiedziałam co się stało. Gdyż do tej pory mała ssała z chęcią. Pomyślałam : Przeczekam.. być może coś zjadłam , co zmieniło smak pokarmu… Nie wpadłam nawet na to, że może już nie chcieć. Sytuacja , powtórzyła się jeszcze przez kolejne dwa wieczory. Zdezorientowana tym wszystkim, doszłam do wniosku, że nie będę jej wciskać cyca na siłę. Zaczęłam podawać kruszynie przed snem wodę, ciągle wypatrując sygnału… Sygnału się nie doczekałam..

                Nasze bez-cycowe usypianie, wydłużyło się. Córcia grzecznie leżała ze mną , piła wodę, słuchała bajeczek lub kołysanek i powolutku zapadała w sen… Cieszyłam się , że zostało chociaż karmienie w środku nocy.. Nie trwało to jednak długo.. Po kolejnych dwóch nocach, historia powtórzyła się . Gdy, zaspana, ledwo kontaktująca, po raz kolejny poczułam zęby na piersi, doznałam olśnienia. Podałam małej kubeczek z wodą, napiła się i w mig zasnęła… Następnej nocy , nie obudziła się wcale… I tak przez kilka kolejnych .

               Nie wiedziałam , czy się śmiać , czy płakać…Zastanawiałam się, czy coś jej nie dolega… Nie do końca dopuszczałam do siebie myśl że, się sama odstawiła… Czytałam sporo opinii doradców laktacyjnych o samo-odstawieniu, lecz wszędzie podawano informacje, że następuje to zazwyczaj u starszych dzieci.  Piersi mi pękały, a mała miała gdzieś… Myślałam, że może jeszcze zechce.. Naczytałam się różnych historii. Np: Matka nie karmiła dziecka dwa tygodnie , zwyczajnie nie chciało, po dwóch tygodniach syn się upomniał i wrócili do karmienia. Lecz takie zdarzenie nie miało u nas miejsca. Zasięgnęłam więc opinii jednego z doradców laktacyjnych, opisałam cała sytuację. Wspomniałam też , że próbowałam podać córce w kubeczku, ściągnięte mleczko. Lecz, gdy mała poczuła jego smak  , wylewała na podłogę. Po rozmowie z fachowcem, nie pozostało mi nic innego jak pić szałwie , nie dopuścić do zastojów, a przede wszystkim uszanować decyzję dziecka ;)

              Karmiłyśmy się dziewiętnaście miesięcy. Piękne dziewiętnaście miesięcy. <3

Melodia pełna jęku …

Zakładając tego bloga postanowiłam , że będę pisać regularnie. Dziś już wiem. Będąc mamą, nie jestem w stanie tego realizować. To już drugi raz, jak w mojej „blogowej karierze” wystąpiła dłuższa przerwa. Mimo szczerych chęci, mimo planów… Życie wszystko weryfikuje… A plany możemy sobie wsadzić głęboko w d… ;) Nie ! Nie jest to pożegnanie ! Chce pisać nadal. Bloga prowadzić będę, lecz zapewne nie z taką częstotliwością jak zamierzałam. Szkoda… Polubiłam to, bardzo…

Nie było mnie dość długo. Głupio mi… Nie znalazłam nawet chwili, by przeczytać co u Was ciekawego. Nie mam zielonego pojęcia, jak wygląda sprawa z placem zabaw dla Basi i Ignasia. Nie wiem co nowego stworzyła Matka Prawie Wariatka. Jak toczą się losy naszej Emigrantki , a także, jakie smakołyki przewinęły się przez kuchnię W moim Kacperkowie. Zaniedbałam Was wszystkie. Was które piszecie, i które czytacie . Ciebie też !

Moja nieobecność, była spowodowana przede wszystkim kryzysem. Dopadł on mnie , dziecko… Dopadł wszystkich. Nie dawałam sobie rady z niczym. Totalny brak organizacji, do tego kupa nerwów i poczucia winy… Poczucia że jako matka nie potrafię poradzić sobie z własną córką… Kruszynka , jest moim pierwszym dzieckiem. Przy niej się wszystkiego uczę, poznaje samą siebie. To Ona, pokazuje mi moje słabe strony. Całe to macierzyństwo, jest dla mnie nowością… Niejednokrotnie, bywa bardzo zaskakujące. Niestety także negatywnie. Z dnia na dzień , blog poszedł w odstawkę. Córcia , z wesołej dziewczynki, stała się okropnie nieznośnym dzieckiem… Ma 18-ście miesięcy. Niektóre z Was, chciały by mi pewnie powiedzieć : „18-ście ? To normalne. Dzieci w tym wieku tak mają. Trzeba to przeżyć. ” Zanim się to zaczęło, czytałam. Byłam świadoma , że czeka mnie tzw. „powrót do mamy ” . Oraz, że może być trochę ciężej…. Szczerze mówiąc… Nie spodziewałam się, że tak będzie to wyglądało. W mgnieniu oka, dziecko zmieniło się nie do poznania… Nie byłam na to przygotowana… Ledwo otworzyła oczy, już stęki i marudzenie. Krok w krok za mną, z pełna jęku melodią na ustach … Napady wściekłości, z gryzieniem wszystkiego co popadnie, łącznie z własnymi rączkami. Płacz przy zabawie, płacz na rękach. Jedzenie ? Hm.. Też nie pasowało… Strajk ! Totalny strajk ! Mam cierpliwość. Przynajmniej zawsze tak uważałam…  To wszystko mnie przerosło. To klejenie się do mnie, nie dawało mi żyć. A jej płacz… Doprowadzał mnie do szewskiej pasji….  pomocy-zbzikuje

Po dwóch dniach, miałam dość. Chodziłam cała w nerwach … A niestety , każdy kolejny dzień, wyglądał podobnie. Marzyłam,  by uciec stąd jak najdalej.  Jedynie , chwilę wytchnienia miałam na spacerze. ( Do tej pory nie rozumiem… Gdy wychodziłyśmy na zewnątrz, córka znów była niczym aniołek. Jak gdyby nigdy nic … ) Spędzając czas na świeżym powietrzu, było mi tak dobrze… Aż bałam się wracać … Ciągłe krzyki i płacz, dezorganizowały mnie całkowicie… Na podłodze bałagan. Wśród porozwalanych zabawek, resztki jedzenia. W kuchni sterta garów… A w łazience ? Prania a prania … Mieszkanie, aż prosiło się o zainteresowanie !  Natomiast cała moja uwaga, musiała być skupiona na dziecku… Robiłam wszystko. Stawałam na głowie by już więcej nie słyszeć jak marudzi. Eh… Z trudem, udawało mi się zrobić jakiś sensowny obiad…

Był to bardzo nerwowy okres. Dla nas wszystkich…Mała , która nie radziła sobie z wejściem w kolejny etap życia… ( To był chyba najgorszy skok rozwojowy, z jakim przyszło nam się zmierzyć) Ja, będąca z tym wszystkim sama, zła jak osa. Mąż, po 12 h pracy. Zmęczony , mażący tylko o wygodnym łóżku….Do tego, bałagan nie z tej ziemi, a także nieprzespane noce… Tak ! Noce też miały wiele do życzenia . Przez jakieś dwa tygodnie, córcia budziła się często z płaczem. Wszystko to , owocowało kutniami i rzucaniem się do gardeł… Żarliśmy się , jak nigdy dotąd… A na dobitkę… Kruszynkę dorwało jakieś przeziębienie. Dostaliśmy zakaz wychodzenia na pole. To było jak gwóźdź do trumny….

Gdy nastał dzień kulminacyjny skoku rozwojowego. Słysząc po raz en-ty płacz o zabawkę , którą sobie sama wyrzuciła…. Nie wytrzymałam ! Zostawiłam własne dziecko… Uryczane, czerwone z wysiłku… Wyszłam. Wyszłam do łazienki. Zamknęłam się i zatkałam uszy… To była chwila w której musiałam coś zrobić… Musiałam wybrać mniejsze zło i wyjść ! Inaczej, nie wiem co by się stało… Tyle złości , negatywnych emocji we mnie jeszcze nie było… Nie wiem ile tam siedziałam . Pięć… Może dziesięć minut. Ona cały czas płakała… Gdy ochłonęłam, wróciłam do gry. Pełna nadziei ze będzie lepiej. Wzięłam małą w ramiona. Przytuliłam, i wyjątkowo ( jak na tamten okres ) spokojnym głosem zaczęłam z nią rozmawiać. Uspokoiła się… Ja też … Później było już lepiej.  Obie byłyśmy zdecydowanie spokojniejsze … A ja cieszyłam się, że nie dałam się ponieść złym emocjom …

Jak pisałam, dostałyśmy zakaz na wyjście z domu… Przyznam, że go po prostu olałam. Nie wytrzymałybyśmy, nie przeżyłybyśmy tego okresu, zamknięte w czterech ścianach. Córce te spacery dobrze robiły. Ba ! Obydwie wracałyśmy w lepszych nastrojach. Z siłą do walki z tym okropnym skokiem rozwojowym… Aaa ! I bardzo szybko pozbyłyśmy się przeziębienia. :)

Było ciężko ! Przeżyłyśmy !

Tu link do wierszyka pisanego pod wpływem podobnych emocji. -> Frustracja 

Co dzień inne odkrycia. To takie pasjonujące !

Dzieci, to mali odkrywcy. Interesuje je dosłownie wszystko. Chcą, poznać świat najlepiej jak tylko się da. Sprawdzają zastosowanie wszystkiego co je otacza. Poznają możliwości własnego ciała. Z dnia na dzień stając się sprytniejsze i zwinniejsze, co pozwala im na ciekawsze odkrycia. Kiedy już chodzą, mija zaledwie kilka chwil i nasze pociechy zaczynają się wspinać, by sięgnąć tam gdzie do tej pory nie miały dostępu. Czy to regał  z książkami, schody czy też łóżko… To wszystko jest takie pasjonujące ! One nie boją się nowości , one wręcz jej pragną. Nie zastanawiając się co by było gdyby… Codziennie szukają nowych doznań.  Przez tą odważną, nieprzemyślaną ciekawość świata macierzyństwo bywa niezmiernie trudne. Jako matki, żony i gospodynie musimy zadbać o potrzeby każdego domownika. Ugotować, poprać, posprzątać ….. Jednocześnie, pozwalając najmłodszemu domownikowi  na swobodne poznawanie świata…Bezpieczne poznawanie świata.  Bywa to nie lada  wyzwaniem. Czasem wystarczy się obrócić a pociecha już stoi na krawędzi łóżka, ciesząc się z własnych dokonań. Bądź, maleństwo próbuje wcisnąć coś do kontaktu… Przyznam….. Czasem można dostać palpitacji serca… Mimo to jestem zwolenniczką, wtórowania dziecku. Mądrego wtórowania. Uważam, że należy pozwalać potomkowi na sprawdzanie swoich możliwości. Córce pozwalam wchodzić gdzie chce. Chce wychodzić po schodach, wychodzi ( najpierw na czworaka, teraz już trzymając się poręczy). Usiłuje wygrzebać się do domku na placu zabaw, stoję za nią , a ona śmiało próbuje. Umyśli sobie chodzenie po krawężniku, to idzie. Przecież to cudowne doświadczenie, i pomaga ćwiczyć równowagę. W każdej nowej czynności, jestem przy niej. Wspieram, i tłumaczę. Natomiast gdy zajdzie potrzeba minimalizuje siłę upadku. Kiedy jednak wiem, że upadek wielkiej krzywdy jej nie zrobi… Pozwalam na niego… Tzw. upadek kontrolowany… Dziecko próbuje swoich możliwości, ale czasem musi stłuc pupę, by poznało jakie czekają na nie zagrożenia.  Rozumiem, że matki boją się o swoje pociechy, również się boję. Jestem również w stanie pojąć, dlaczego nie pozwalają na niektóre czynności. To my rodzice, jesteśmy odpowiedzialni za swoje dzieci… Myślę, że strach rodzica przed odpowiedzialnością, nie powinien być dla dziecka ograniczeniem. Zwłaszcza na etapie poznawania  świata i własnych możliwości. Zabranianie dziecku nowych czynności oraz wpajanie, że coś jest niebezpieczne, jest głupie. „Tego nie wolno bo się przewrócisz , Tamtego nie wolno bo spadniesz”. Jak dla mnie to zabijanie w dziecku ciekawości a także chęci poznawania. Małe dzieci, poznają świat zmysłami… To normalne że wszystkiego chcą dotknąć, wszystko chcą zobaczyć. Ciekawość dziecka nie ogranicza się tylko do tych „niebezpiecznych” czynności. Dzieci uwielbiają poznawać zapachy, smaki… Wielu rodziców o tym zapomina. To idealni towarzysze, podczas codziennego gotowania. Jeśli im to umożliwimy, chętnie zamieszają zupę. Czy wrzucą do niej kilka składników. Kochają  taż eksperymentować, próbować nowych smaków, konsystencji…. Matki maja w zwyczaju, nie dawać dziecku tego, czego same nie lubią. ” To jest niedobre. Nie będzie Ci smakować”. A ja zapytam… Skąd to dziecię ma wiedzieć czy rzeczywiście takie to niesmaczne ? Jeśli samo nie spróbuje, nie dowie się… Próbowanie nowych produktów, potraw, to fajna zabawa. Zabawa która przynosi dużo dobrego. Dziecko zna większą gamę smaków, dzięki temu łatwiej wyrobić mu własny gust kulinarny. Gust który nie jest bardzo okrojony. Maluch nie ma uprzedzeń, nie boi się smakować… Im wcześniej pozna nowości tym lepiej. Ma większą szansę że nie zostanie tzw niejadkiem. Tutaj opowiem co nie co o mojej córeczce. Mała, kiedyś miała straszne opory przed jedzeniem, pisałam o tym kiedyś TUTAJ  Kiedy jednak zaczęła jeść jak należy, pozwalałam jej na odkrywanie smaków. Kiedyś poszliśmy z rodzinką do sushi baru. Byłam pewna, że córcia nie tknie sushi więc zamówiliśmy jej nieduży zestawik z kurczakiem. Natomiast dla nas półmiski pełne tych smakołyków.  Kiedy kelnerka przyniosła piękne kolorowe zawijań-ce mała tylko krzyczała „am , am ” Wręcz wyrywając się z dziecięcego krzesełka, na swoją porcję nawet nie patrząc. No i dostała kawałek (bez surowych ryb, i paluszków krabowych) Wcinała aż jej się uszy trzęsły… Ledwo zjadła jeden kawałek, już sięgała po drugi… To nie wszystko. Do naszego zestawu, były sałatki z glonów z ogórkiem.. Dostała z niej ogórka. Nie wystarczył jej. Gwizdnęła tacie z miseczki garść glonów. Miałam oczy jak pięć złotych… Moja kruszynka zjadła sałatkę męża, i moją. Takich zaskakujących sytuacji jest wiele. To pokazuje mi, że mam rację. Dzieci lubią próbować, dzieci lubią poznawać. Ostatnio … Również byłam zaskoczona. Gdy kroiłam cebulę mała ciągnęła mnie za spodnie krzycząc „am” więc dałam jej… I wiecie co ? Myślałam że nie zje, że będzie pluć. Owszem, wypluła po czym władowała do buzi z powrotem. Od tamtej pory, moje dziecię je surową  cebulę. Na zdrowie !  Dziś natomiast, eksperyment roku. Na drugie śniadanko podałam jej jogurt… Jadła z apetytem,po chwili zaczęła kombinować.. Dorwała kabanosa i zaczęła moczyć go w jogurcie. Po czym i jedno i drugie trafiało do buzi. Mnie też dała spróbować. Obawiałam się. Teraz śmiało mogę powiedzieć: Kabanos z jogurtem gruszkowym smakuje świetnie !  Wniosek ? To my rodzice, jesteśmy największym ograniczeniem dla własnych dzieci. Z obawy o ich dobro, niejednokrotnie pozbawiamy je wielu pozytywnych doznań.

Moje dziecko , się nie zagłodzi :)

Niedawno wróciłyśmy ze spaceru… Jak to na spacerze bywa, pobiegałam za córką trochę,  regularnie wyciągając kamienie z jej buzi. Zrywałyśmy i wąchałyśmy kwiatki.. Łapałyśmy swoje cienie, oraz goniłyśmy gołębie. Znaczy się , mała goniła. Koniecznie chciała je nakarmić, kamieniami oczywiście ;) Ptaki miały nas, rzecz jasna, głęboko w nosie. Mojego dziecka, to nie zniechęcało. Gdy którykolwiek z nich usiadł na ziemi, Kruszynka w te pędy pognała w jego kierunku z garścią kamieni. Z rozkazem w głosie, krzyczała ” Am , am „. Kiedy miałyśmy już dość . Czytaj ; kto miał dość to miał dość ;). Wróciłyśmy do domu. Po drodze zaliczając wspinaczkę na piętro. Tak , tak.. Córka koniecznie musi sama wdrapywać się po schodach. W innym przypadku … „Matka zapomnij, że mnie tak spokojnie wniesiesz do mieszkania. Zrobię Ci taki koncert, że uszy zwiędną ” :).  Więc, gdy już te krótkie nóżki, dotarły na górę. Otworzyłam drzwi, mówiąc do małej ; „Córuniu poczekaj, mama Cię rozbierze „. Yhy…. Gadaj se matka… Dziecko, nawet się nie odwróciło. Podarła prosto do kuchni. Ja za nią… Otworzyła lodówkę, dorwała  kabanosa. Po czym, z szerokim uśmiechem i dumą na twarzy, chwaliła się mówiąc ” Am , am ” Następnie, w butach i kurtce poleciała do pokoju w celu konsumpcji :) No cud, miód, malina. Nie dość, że Kruszynka próbuje się sama ubierać , to jeszcze potrafi sama się nakarmić :) Niedługo , w ogóle nie będę jej potrzebna :)

Żal mi mojego dziecka… Pomóżcie !

Dzisiejszą notkę pisze w nadziei, że ktoś mi pomoże…Kocham swoją córkę nad życie.  Chcę ciągle widzieć uśmiech na jej twarzy. By czuła się bezpiecznie. By rozwijała się jak należy i była zdrowa. Chcę by była szczęśliwa… Staram się robić co w mojej mocy, aby tak było…  Niestety, mimo moich starań, nie jestem w stanie zapewnić jej tego wszystkiego.  Powiecie mi.  ”To normalne, nie możesz ochronić dziecka przed światem. Pomóż mu go poznać ” Doskonale o tym wiem. Wiem również, że każda matka tak ma. Jest to w naszej naturze. Chcemy chronić dziecko, przed tym co złe i przykre. Mimo tej świadomości , jest mi jej żal… Mała, odkąd pamiętam zawsze cieszyła się na widok dzieci… Wręcz do nich lgnęła. Niestety, teraz już tak nie jest… Zrobiła się bardzo ostrożna, nieufna. Wszystko przez hałas … Boi się dzieci.. Boi się dzieci głośnych… Nie mogę tego przeskoczyć. Nie mam pojęcia co zrobić…Nie potrafię jej pomóc. Tak bardzo pragnę by nie unikała kontaktów z rówieśnikami… Obawiam się, że będzie miała uraz do dzieci. Czasem mam wrażenie, że już go ma. Kiedy spodka nowe dziecko , przez dłuższą chwilę nie chce się bawić. Trzyma się na dystans. Obserwuje… Dopiero gdy poczuje się bezpiecznie, wchodzi w relacje. Nadal obserwując towarzysza zabaw. Jeśli jednak natrafi na głośne dziecko, jest krótko mówiąc masakra. Nie chce do niego podejść, trzyma się na dystans. Kiedy usłyszy krzyk czy też piski wybucha płaczem.. W oczach widać przerażenie…. Po czym ciężko jej się uspokoić. Tulę ją, tłumacze że dziecko nie chciało jej wystraszyć… Że nic się nie dzieje.  Nie pomaga… Na każdy kolejny hałas reaguje w ten sam sposób. Nie ważne czy rozdarte dziecko widzi po raz pierwszy, czy zna od dawna… Wycofuje się, z zabawy gdy usłyszy krzyk… Córa ma o rok starszego kuzyna. Wydawało nam się, że kiedy mała zacznie chodzić, będą się ładnie bawić. Niestety nie …  Zrobił się z niego straszny krzykacz… Niezależnie czy jest rozzłoszczony, czy w siódmym niebie swoje emocje wyraża robiąc przy tym niezły harmider. Młody wykazuje dużą chęć do wspólnej zabawy.. Lecz moje dziecko go unika… Kiedy się do niej zbliża sztywnieje,  nie spuszczając z niego wzroku. Odsuwa się, gdy ten próbuje ja dotknąć… Parę razy, kiedy do niej podchodził, krzyczała ” Nie , nie , nie ” … Co mam począć ? Jak jej pomóc ? Już dawno temu zauważyłam, że nie lubi kiedy jest za głośno. Więc gdy mogłam ja uprzedzić, robiłam to… Kiedy maż miał zamiar włączyć wiertarkę  czy inny sprzęt, mówiłam do niej : ” Córuniu . Widzisz tata będzie wiercił. Zaraz będzie głośno. ” Czasem, wspólnie zatykałyśmy sobie uszka.  Dawałyśmy rade… Była przygotowana na nieprzyjemne dźwięki, i dzielnie je znosiła. W przypadku rozkrzyczanych dzieci, nie potrafię jej pomóc. Ciężko mi przewidzieć moment w którym to nastąpi… A co dopiero ostrzec małą…. Jak sobie z tym poradzić ? Czy któraś z Was miała podobny problem ?

Dziwnie się czuję

Chwilę temu przyjechaliśmy na basen. Mała bardzo lubi pluskać się w wodzie. Nie boi się, wiecznie jej mało. Wystarczy że usłyszy „jedziemy na basen”.  Gotowa jest wyjść z domu, natychmiast porzucając każde zajęcie. Ponieważ bardzo to lubi i na sama myśl przebiera nogami, postanowiliśmy jeździć z nią regularnie. Coniedzielny basen stał się naszą tradycją. Odkąd  jeżdżę z córka, jeszcze bardziej go polubiłam. Patrzenie, jaka jest szczęśliwa , sprawia mi ogromną radość. A te piski, okrzyki towarzyszące chlapaniu rączkami, wręcz uwielbiam. Niestety, z powodów zdrowotnych, dziś, nie mogę z nią popływać. Czuję się, z tego powodu bardzo dziwnie. Od pierwszych dni życia jestem z nią, prawie bez przerwy. Towarzyszyłam w poznawaniu nowych doświadczeń. Mniej i bardziej przyjemnych. Czerpiąc z tego dużo dobrego. Dziś siedzę w kawiarni. Przez szybkę patrzę, jak  moje dziecię bawi się z tatą. I wiecie co czuję ? Ciężko mi to określić. Cieszę się, że mała ma radochę. Jestem też okropnie zazdrosna… Jestem zazdrosna o swoje dziecko. Tak bardzo żałuję, że nie mogę być przy niej, wspólnie z nią się cieszyć. Mam wrażenie, że ucieka mi coś ważnego.

Poczułam się trochę niepotrzebna, ale bardzo dumna !

Dziewczyny! Duma mnie rozpiera. Tak bardzo , że postanowiłam się moją radością z wami podzielić. Moje dziecko, zawsze było sprytne. Zawsze chciała wszystko sama. Pisałam o tym kiedyś ” Prawdziwy skarb, czyli samosia – gosposia „. W związku z tym, nie przeszkadzałam i nie przeszkadzam córce w dążeniu do samodzielności, a towarzyszę jej, służąc  pomocą. Chciała sam  posmarować buzię kremem, smarowała. Chciała umyć sobie ząbki, myła jedną szczoteczką, ja pomagałam druga. Dotyczy to wszystkiego, również jedzenia.  zupka-samodzielnie Gdy siadałyśmy do stołu, córka dostawała talerz pod nos. Do ręki, wręczałam łyżeczkę. Mała się nią bawiła. Czasem próbowała jeść, tzn. trafić sobie nią do buzi. Nie ingerowałam w nic. Wychlapała pół talerza zupy, to wychlapała. Porozrzucała wszystkie warzywa , to porozrzucała.  Natomiast ja, w  tym czasie drugą łyżka, ją karmiłam. Córci szło coraz lepiej. Nie tak dawno, zaczęła sprawnie celować łyżeczką do buzi.( Nigdy nie pomagałam jej w trafianiu do celu. ) Ciągle jednak byłam jej potrzebna.  Lecz dziś, byłam bardzo zaskoczona.  W trakcie obiadu, poczułam się nieco dziwnie. Śmiało mogę powiedzieć, że poczułam się zupełnie zbędna. Dlaczego ? Dlatego, że córka wcale nie chciała mojej pomocy. Jak zwykle, podałam jej talerz. Wręczyłam łyżeczkę i usiadłam obok by ją nakarmić. Nie pozwoliła mi na to…Pięknie nabierała sobie zupkę i z dużą precyzja lokowała ja w buzi. Każdorazowo, kiedy próbowałam ją nakarmić, zaciskała usta. Kręciła głową. Następnie nabierała zupę i jadła. Myślałam… A dobra … Odpuszczę. Ręka jej się zmęczy, to ją „dokarmię „. Tak bardzo chciałam  pomóc jej w obiedzie . I co ? I nie pomogłam… Bo, gdy ręka opadła z sił i już nie była wstanie dźwigać łyżeczki… Dziecię me, rękami, wyjadało z zupki jak leci wszystkie warzywka i mięsko. Moje próby „dokarmienia” kończyły się złością i odpychaniem łyżki. W ten oto sposób, mała samodzielnie zjadła całą porcję. W dodatku, nie robiąc przy tym wielkiego bałaganu. Moja kruszyna, skończyła dziś szesnaście miesięcy i już za pomocą łyżeczki je samodzielnie obiad :) Niesamowicie się cieszę :)  Nie spodziewałam się takiego osiągnięcia, w takim wieku. Jestem dumna ! Tak bardzo dumna !

Nareszcie o wszystkim opowiem ! Będzie długo !

W połowie marca pisałam, że nie mam czasu na bloga. Tak też było… W marcowy weekend, pojechaliśmy do rodziny męża. Córcia bawiła się dobrze, my również. Natomiast powrót, nie był już taki fajny. Przejechaliśmy zaledwie kilka kilometrów, a mała zaczęła wymiotować … Wymiotowała jak kot… Przystawaliśmy co chwilę. W pewnym momencie chciałam nawet zawrócić. Mieliśmy do przejechania jeszcze jakieś 60 km. Bałam się, że nie dojedziemy. A przede wszystkim że dziecko mi się wykończy, zanim dotrzemy do domu. Na szczęście, niedługo później zasnęła. Spała już do samego końca. Miałam nadzieję, że kruszynka tylko się czymś podtruła i ze niedługo przejdzie. Niestety wymiotowała całą noc… Następnego dnia również, chociaż było już o wiele lepiej. Nawadniałam ją tak dużo, jak się dało.  Kolejną noc przespała bez żadnych rewolucji. Cieszyłam się że mamy już wszystko za sobą. Przede wszystkim, że obędzie się bez szpitala. Byłyśmy już raz na kroplówkach. Myślę że nie potrzebnie. Spanikowałam wtedy, gdyż córka miała zaledwie 7 miesięcy i dość często zwracała treści pokarmowe. Stwierdziłam, tym razem poradzimy sobie bez hospitalizacji.  Niestety myliłam się. Kiedy myślałam, że już wszystko pod kontrolą, że opanowałam wymioty. Córka zrobiła kilka luźniejszych kup…. Niby nie tragedia… Natomiast przestała przyjmować płyny…. Nie mówiąc już o jedzeniu… Ostatni raz jadła w niedzielę. Kiedy na nią patrzyłam… Widziałam zupełnie inne dziecko. Nie była sobą… Moja wesoła, pełna energii córcia, zmieniła się w smutne, nieruchliwe dziecko… Widząc ją w takim stanie. Władowaliśmy się do auta i długa do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Kraków – Prokocim. Po poprzednim pobycie z dzieckiem, miałam bardzo dobre zdanie o tym szpitalu. Dlatego postanowiłam że pojedziemy właśnie tam. Mimo że po drodze były inne, również dobre. Kiedy Dotarliśmy na miejsce, szybko zmieniłam zdanie. Fakt, dziecko wyszło do domu po kilku dniach. Bez żadnych niepokojących objawów, można by powiedzieć że zdrowe. Cieszyłam się z naszego wyjścia. Moja radość, nie wynikała tylko, z poprawy stanu zdrowia kruszynki. Po prostu cieszyłam się, że nie musimy dłużej tam siedzieć. W szpitalu, który tak bardzo mnie rozczarował… Zastanawiacie się dlaczego ? Przecież to najlepszy szpital dziecięcy. Tak dużo się o nim słyszy… Kraków – Prokocim. Ludzie wożą tam dzieci. Ufając że będą mieć najlepszą opiekę specjalistów. Tak i owszem. Specjalistów maja tam od groma. Lekarzy na potęgę. Każdy od czegoś innego. Mimo to … Jestem bardzo rozczarowana. Bo szpital, to nie tylko lekarze. To opieka pielęgniarek, położnych itd.. A także organizacja. Przede wszystkim organizacja !

Teraz zacznę narzekać. Po pierwsze. Córka miała założoną kroplówkę w dniu przyjazdu. Dostawała płyny około dwie doby… Natomiast opatrunku przy wenflonie, nie miała zmienionego do dnia wyjazdu…. Jak to możliwe ? Sama nie wiem… Pierwszy raz spotkałam się z sytuacją, by nie miał kto zmienić opatrunku… Wyglądało to tak… dzień przed wypisem (opatrunek był już bardzo brudny) ok godziny 14 poprosiłam pielęgniarkę by ta założyła nowy bandaż. Usłyszałam: ” Za chwileczkę przyjdę „. Po czym kobiety ani widu ani słychu… Zaczepiłam ją za parę godzin: ” Tak, wiem. Wiem , pamiętam „. Dalej nikt nie przychodzi. Kiedy przyjechał mój mąż, również dwa razy poszedł z tą samą prośbą. Usłyszał:  ” Za chwilę ktoś to zrobi. ” I tak do wieczora… Przed tym jak uśpiłam dziecko,  na sali pojawiła się jedna z pielęgniarek. Odwiedziła naszą salę, w celu odpięcia chłopca, leżącego obok , od kroplówki. Grzecznie spytałam, czy mogła by wymienić opatrunek. Odparła : ” Wie Pani co ? Nie teraz. Jak będzie w nocy pielęgniarka robić dzieciom zastrzyki. Proszę ją złapać, to Pani zmieni. Ja teraz nie mam czasu .”  Nosz kur…. Pomyślałam. To przechodzi ludzkie pojęcie ! Żebym czatowała w nocy, na jakąś pigwę, tylko po to by łaskawie zmieniła opatrunek ? Byłam zła. Bardzo zła… Poszłam spać… Cały pobyt siedziałam sama z córka. Potrzebowałam chociaż trochę się przespać.  Dalej, sprawa z tym paskudnym kawałkiem bandaża wyglądała tak. Przebudziłyśmy się z małą w czasie , kiedy na innych salach robione były zastrzyki. Skoro byłam już na nogach, zaczepiłam kobietę, i po raz enty zadałam pytanie : ” Czy mogła by Pani zmienić córce opatrunek ? ” Baba na mnie z gębą.. ” Czy pani zwariowała ? Teraz? O tej porze ? Mam dwa przyjęcia , nie mam czasu. ” Poszłam więc spać … Gdybym miała kawałek bandaża zrobiła bym to sama.  Nie miałam wyjścia… Musiałam czekać aż ktoś w końcu znajdzie czas na taką głupotę… Doczekałam się dnia następnego w południe… :/ Kolejną przykrą sytuacją było to, że zapomniano o nas. Drugiego dnia pobytu, kiedy córce pozwolono już jeść ( tj. tylko szpitalne kleiki ). Dostawała w ciągu dnia co parę godzin ok 50- 70 ml kleiku.  Każde dziecko z problemami żołądkowymi, miało rozpisywaną ilość i częstotliwość posiłku przez panią dietetyk. Chłopiec leżący obok, dostawał to samo i tyle samo, również tak samo często. Z jednym małym wyjątkiem… On dostał butle o 20- stej my nie .Skoro nie ma dla nas butelki, skoro sposób żywienia rozpisuje pani dietetyk. Pomyślałam tak ma być. Położyłam więc córkę spać. Szybko jednak przekonałam się że o nas zapomniano… Jak po każdym posiłku, przyszła jedna z pigw by zapisać ile dziecko zjadło, i czy nie wymiotowało. Kiedy pielęgniarka usłyszała, że mała nic przed snem nie zjadła. Ze ostatni raz jadła o 17-stej. Wyjechała na mnie z jadaczką :  ” Dlaczego nie zjadła ? , Co ja mam teraz zapisać ?  Nie zjadła, bo co ? ”  I tu padło moje : ” Bo nie dostała ” Wtedy zmieniła ton rozmowy… Ale jedzenia jak nie było tak się nie pojawiło… Córka spała więc głodna. W okolicy 24- tej przyszedł posiłek… Niestety, dla nas znów nie było. Przyleciała w/w pielęgniarka i nie wiedziała co ma zrobić . Szczęście w nieszczęściu, że chłopiec dla którego był posiłek, nie miał najmniejszej ochoty go jeść. Pigwa, w porozumieniu z matką chłopca , oddały nam posiłek. Takim oto sposobem, moje dziecko dopiero o północy, zjadło nie swoją kolację. W dniu wypisu byłam bardzo szczęśliwa, ale i okropnie zniesmaczona. Dlaczego ? Już wyjaśniam. Córka z racji iż przyjęta została z wymiotami i biegunką, miała mieć przebadany kał. Cały pobyt w szpitalu męczyli nas o tą nieszczęsną kupę. Ciągle słyszałam że muszą kupkę przebadać. A przede wszystkim muszą zobaczyć czy jest „zdrowa” czy nadal biegunkowa. Mówiłam lekarzom, mówiłam pielęgniarka, mówiłam wszystkim. „Córka ostatnio jadła konkretnie w niedziele… Cały organizm zapewne ma wyczyszczony przez biegunkę i wymioty. Jestem pewna że jeszcze nie ma z czego kupki zrobić, to może jeszcze chwilkę potrwać.” Męczyli nas i męczyli. A kupy nadal nie było. Kiedy przyszedł dzień wypisu. Przyszła Pani doktor, zbadała małą. „Dziecko zdrowe. Kupa była ? ” Nadal utrzymywałam, że jeszcze za wcześnie. Doktor stwierdziła ” Damy czopek. Bo wie Pani. Zaparcia po biegunce to też nie za dobrze.” Po czopku nic się nie podziało. Wypisano nas, bez zbadania kału, o który było takie zamieszanie. Przyjechałyśmy do domu.  I co ?  Córka walnęła wielką, aż po rękawki kupkę biegunkową.  Po jakimś czasie powtórka i druga rzadka. Na szczęście , na tym się skończyło. Wiecie co ? Byłam wściekła… Gdyby tą kupę zrobiła w szpitalu… Zostały byśmy jeszcze dzień lub dwa… Wypisali nas bez zrobienia wszystkich badań. Wypisali niedoleczone dziecko.    Sytuacji takich bądź podobnych w szpitalu było bardzo dużo. Rozmawiając z innymi mamami w pokoiku socjalnym, dowiedziałam się rzeczy których usłyszeć nie chciałam. Między innymi to:

  • Nie tylko my nie dostałyśmy jedzenia. Przypadki takie zdarzały się nagminnie w kilku salach.
  • Lekarz opieprzał kobietę, że karmi roczne dziecko piersią. Twierdząc że jest za duże. Mnie również nie pozwolono karmić córki własnym pokarmem. Ponieważ obciążę małej układ trawienny.
  • Wypraszano rodziców z sal, gdy chodził profesor wraz ze studentami, by omawiać poszczególne przypadki.
  • Pielęgniarki nie przekazywały sobie informacji o nowych pacjentach. Niestety były na salach takie dzieci, z którymi rodzice nie zostawali…. Biedne leżały same na sali… Nikt do nich nie zaglądał. Pewna kobieta opowiadała mi jak to biegała do sali obok bo 2 miesięczna kruszynka leżała sama, osrana po szyje… I jeszcze dostawała za to ochrzan.  Natomiast personel twierdził nie wiedział, bądź udawał że nie wie, że posiadają w tej sali pacjenta.

Podczas naszego pobytu działo się wiele, niestety zapamiętałam głownie te złe rzeczy. Tak bardzo nieprzyjemne i wręcz rażące … Nie czułam się ani trochę bezpiecznie. Skoro ja się nie czułam bezpiecznie, to moje dziecko tym bardziej .

Po powrocie ze szpitala nie miałam ani trochę lżej… Córka bardzo przeżywała te kilka dni. Budziła się często w nocy. W dzień nie odstępowała mnie na krok, ciągle chciała być na rękach. Kiedy mąż próbował mnie odciążyć, biorąc małą w ramiona. Mała w ryk. Trwało to ok tydzień. Gdy wróciło wszystko do normy… Córcia zaczęła gorączkować … Gorączkowała 3 dni … Z początku myślałam.” Idą kolejne zęby, normalne. Nie ma się czym przejmować. ” Ale nie … To nie zęby. Mimo podawania środków przeciwgorączkowych gorączka wiele nie spadała.. Nie byłam jej w stanie zbić poniżej 37,5… Było to dla mnie bardzo dziwne… Nie kaszlała, nie smarkała, nawet nie kichała… Wysypki też nie było… Zaobserwowałam trzeciego dnia że spadł jej apetyt… Z racji, że u nas po południu pediatry już nie ma… A w tym czasie p. doktor i tak była na urlopie. Pojechaliśmy do miasta… Tam z wielką łaską nas przyjęto… Córka miała, w tym czasie, dość wysoką temperaturę , więc nie mogli nas odesłać. Po zbadaniu okazało się, że ma konkretne zapalenie gardła…. Tydzień antybiotyku, tydzień siedzenia w domu. Znowu zaczęło się klejenie do mamy… Bez mamy ani rusz.  Na szczęście , święta spędzać mogłyśmy już mając chorobę za sobą. Te dwa, trzy tygodnie, były dla nas ciężkie. Mam nadzieje, że w najbliższym czasie już nic mnie nie zaskoczy.

Ró.. ró.. ró.. różowy ! Śni mi się po nocach…

Niezależnie czy chłopięce, czy dziewczęce. Ubranka dziecięce są urocze.  Uwielbiam je oglądać, czy to w sklepie czy w internecie. Jeszcze bardziej lubię kupować. Zawsze wtedy, wyobrażam sobie jak cudnie moja córcia będzie w nich wyglądać. Dużą radość sprawia mi również obserwowanie, ślicznie poubieranych maluszków. Natomiast kiedy widzę dziewczynki często zdarza mi się pomyśleć:  ” A fuj ! … Ble ! .. Łeeee! ”   I nie wiem co jeszcze …. Robi mi się słabo, gdy mijam kruszynę, ubraną od stup do głów w ró.. ró … różowy. Dla mnie to takie puste. Nie wiem, skąd się wzięła ta  paskudna „moda”. Albo ja jestem jakaś dziwna, albo te kobiety nie widzą co robią ze swoich dzieci… Takie dziecko wygląda strasznie…To że, urodziła się dziewczynka, nie znaczy że musi być skazana na ró.. ró.. różowy. Nie rozumiem, co widzą w tym kolorze. Nie dostrzegają innych?   Już przed ciążą obiecywałam sobie, że będę unikać tej ” ślicznej, i słodkiej ” barwy. I zawsze , odkąd pamiętam toczyłam ze wszystkimi fankami różu bój … I nadal to robię. Staram się też robić wszystko, by moja córcia nie wyglądała jak „różowa landryna” … Bądź, jak mój mąż mówi ” mała świnka „. Osobiście nie kupiłam jej żadnego ró.. ró.. różowego łaszka. I poprosiłam o to samo rodzinę… Powiedziałam im że koloru tego nie trawie. Ze nie zamierzam ubierać córki „na cukierka ” ani na „słodką księżniczkę” czy to się komuś podoba czy nie. I żeby wzięli to pod uwagę przy kupnie ewentualnych łaszków. W większości przypadków podziałało. Ale tak jak piszę w większości… Są takie elementy które twierdzą że; ” W sklepach nie ma innego koloru ubranek dla dziewczynek ”  I uparcie zasypują nas, moim szczególnie ulubionym kolorem… Denerwuje mnie takie zachowanie. Mówić, prosić ich to jak grochem o ścianę. Przeszliśmy z mężem na sposób. Większość podarunków w tym kolorze trafia do najgłębszej szuflady. No chyba że coś jest wyjątkowo ładne to zerwę metkę i raz czy dwa córcia założy. Wciskanie mi że nie ma innych kolorów … To jak robienie ze mnie idiotki. Chodzę po sklepach. Mam oczy! Widzę ! Widzę dużą przewagę ró.. ró.. różu, ale są również ubranka w innych kolorach. W ładnych kolorach. Żółty, czerwony, zielony, niebieski, beżowy.. itd  ubranka Śmiem twierdzić, że to uszczęśliwianie wynika z lenistwa. Najłatwiej pójść do sklepu i kupić ró.. ró.. różowe ubranko. Bo przecież to dla dziewczynki. Po co się wysilać, po co się rozglądać za inną barwą ? Jak można szybko kupić byle ró.. ró.. różowego ciuszka. I mieć z głowy.  Jest tyle ślicznych ubranek, w różnych kolorach. Dziewczynkę można bardzo ładnie ubrać, korzystając z dostępnych zabarwieniach. Moja córcia przepięknie wygląda w niebieskim. Tak ładnie podkreśla jej kolor oczu. A jak do twarzy jej  w żółci ! :) Aż się uśmiech na twarzy pojawia, tak radośnie wygląda. Dziecko powinno mieć nie tylko kolorowe zabawki, pościel w łóżeczku ale również ciuszki ! Niech widzi się w różnych barwach, odcieniach. Niech wyrabia sobie własne zdanie i upodobania kolorystyczne.

Ps. Dowodem na to że się da. Jest moja sąsiadka( starsza kobieta, ma dwóch  wnuków). Przyszła do nas kilka razy z „drobiazgiem dla małej „. I wiecie co ? Mała dostała kilka łaszków, i żadne z nich nie było ró.. ró.. różowe. Zamiast tego, śliczna biel , błękit , granat, czerwień. Da się ? Da się tylko trzeba chcieć, a nie iść na łatwiznę

Prawdziwy skarb, czyli samosia – gosposia !

Zupę będę jeść sama ! – Mama daj łyżeczkę , nie chcę być karmiona ! Skarpety , czapkę , buty założę sobie, nie potrzebuje Twojej pomocy ! Kremować buzię też chcę sama !  Przecież umiem ;) Pościelę łóżko , dam sobie radę ! Psa na spacerze poprowadzę , nie musisz trzymać smyczy … Eh i długo by tak wymieniać :) To że moja córcia wykazuje cechy typowej „Zosi samosi” wiedziałam już od dawna. Przyzwyczaiłam się nawet ;) Czasem mam dobry ubaw. Kiedy widzę jak moja  14 miesięczna pociecha, od dziesięciu minut próbuje założyć, lewego buta na prawą nogę. To jednak nie wszystko. Teraz przyszedł czas na samosie – gosposie :)  Moja córa postanowiła pomagać  mi na każdym kroku. Tak, tak. Pomaga jak umie ;) Kochanie dziecko ! Nie chce, by mama się zaharowała ;) Kiedy odkurzam , mała podchodzi, chwyta rurę i próbuje odkurzać. Czasem bawi się w operatora, regulując moc ssania, lub pcha odkurzacz. Gdy sprzątam łazienkę, zawsze znajdzie coś, w czym mogła by mi pomóc ;) A to rozsypie proszek. A  to weźmie szczotkę do toalety i zacznie moczyć w kibelku, rozchlapując wszędzie wodę.  Myjąc podłogę , również się nie przemęczam. Dziecko mam tak pomocne, że potrzyma mi mopa. Ja w jedną ona w drugą. Szarpiąc się ze mną, zmyjemy każdy brudek. Bo co cztery ręce, to nie dwie ;) Kiedy dorwie zmiotkę i szufelkę, rozmiecie brud po całej kuchni. Ta dziecięca pomoc jest nieoceniona :) Nie raz bardzo mnie denerwuje , bo dezorganizuje mi robotę.  Widzę jak dziecko się stara , jak mnie naśladuje, i jestem w stanie przymknąć na co nie co oko. Sprzątam uzbrojona w duża dawkę cierpliwości. Bo jak inaczej ? Chyba się nie da , mając w domu małą gosposie ;) Dziś jednak przebiła samą siebie. Wspólnie myłyśmy podłogę. Tym razem, córcia była bardziej zaabsorbowana moczeniem rąk w wodzie, i pomaganiem w wyciskaniu mopa. Natomiast ja mogłam spokojnie przetrzeć zabrudzenia. W pewnym momencie. Odwracam się w kierunku córki, by wypłukać mopa. Patrzę. A moja pomocnica stoi w wiaderku pełnym wody … Ręce mi opadły. Jak myślicie ? Chciała mnie wyręczyć i postanowiła się sama wykąpać ? Ja myślę, że tak  ;) W wiadrze też się da !