Nareszcie o wszystkim opowiem ! Będzie długo !

W połowie marca pisałam, że nie mam czasu na bloga. Tak też było… W marcowy weekend, pojechaliśmy do rodziny męża. Córcia bawiła się dobrze, my również. Natomiast powrót, nie był już taki fajny. Przejechaliśmy zaledwie kilka kilometrów, a mała zaczęła wymiotować … Wymiotowała jak kot… Przystawaliśmy co chwilę. W pewnym momencie chciałam nawet zawrócić. Mieliśmy do przejechania jeszcze jakieś 60 km. Bałam się, że nie dojedziemy. A przede wszystkim że dziecko mi się wykończy, zanim dotrzemy do domu. Na szczęście, niedługo później zasnęła. Spała już do samego końca. Miałam nadzieję, że kruszynka tylko się czymś podtruła i ze niedługo przejdzie. Niestety wymiotowała całą noc… Następnego dnia również, chociaż było już o wiele lepiej. Nawadniałam ją tak dużo, jak się dało.  Kolejną noc przespała bez żadnych rewolucji. Cieszyłam się że mamy już wszystko za sobą. Przede wszystkim, że obędzie się bez szpitala. Byłyśmy już raz na kroplówkach. Myślę że nie potrzebnie. Spanikowałam wtedy, gdyż córka miała zaledwie 7 miesięcy i dość często zwracała treści pokarmowe. Stwierdziłam, tym razem poradzimy sobie bez hospitalizacji.  Niestety myliłam się. Kiedy myślałam, że już wszystko pod kontrolą, że opanowałam wymioty. Córka zrobiła kilka luźniejszych kup…. Niby nie tragedia… Natomiast przestała przyjmować płyny…. Nie mówiąc już o jedzeniu… Ostatni raz jadła w niedzielę. Kiedy na nią patrzyłam… Widziałam zupełnie inne dziecko. Nie była sobą… Moja wesoła, pełna energii córcia, zmieniła się w smutne, nieruchliwe dziecko… Widząc ją w takim stanie. Władowaliśmy się do auta i długa do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Kraków – Prokocim. Po poprzednim pobycie z dzieckiem, miałam bardzo dobre zdanie o tym szpitalu. Dlatego postanowiłam że pojedziemy właśnie tam. Mimo że po drodze były inne, również dobre. Kiedy Dotarliśmy na miejsce, szybko zmieniłam zdanie. Fakt, dziecko wyszło do domu po kilku dniach. Bez żadnych niepokojących objawów, można by powiedzieć że zdrowe. Cieszyłam się z naszego wyjścia. Moja radość, nie wynikała tylko, z poprawy stanu zdrowia kruszynki. Po prostu cieszyłam się, że nie musimy dłużej tam siedzieć. W szpitalu, który tak bardzo mnie rozczarował… Zastanawiacie się dlaczego ? Przecież to najlepszy szpital dziecięcy. Tak dużo się o nim słyszy… Kraków – Prokocim. Ludzie wożą tam dzieci. Ufając że będą mieć najlepszą opiekę specjalistów. Tak i owszem. Specjalistów maja tam od groma. Lekarzy na potęgę. Każdy od czegoś innego. Mimo to … Jestem bardzo rozczarowana. Bo szpital, to nie tylko lekarze. To opieka pielęgniarek, położnych itd.. A także organizacja. Przede wszystkim organizacja !

Teraz zacznę narzekać. Po pierwsze. Córka miała założoną kroplówkę w dniu przyjazdu. Dostawała płyny około dwie doby… Natomiast opatrunku przy wenflonie, nie miała zmienionego do dnia wyjazdu…. Jak to możliwe ? Sama nie wiem… Pierwszy raz spotkałam się z sytuacją, by nie miał kto zmienić opatrunku… Wyglądało to tak… dzień przed wypisem (opatrunek był już bardzo brudny) ok godziny 14 poprosiłam pielęgniarkę by ta założyła nowy bandaż. Usłyszałam: ” Za chwileczkę przyjdę „. Po czym kobiety ani widu ani słychu… Zaczepiłam ją za parę godzin: ” Tak, wiem. Wiem , pamiętam „. Dalej nikt nie przychodzi. Kiedy przyjechał mój mąż, również dwa razy poszedł z tą samą prośbą. Usłyszał:  ” Za chwilę ktoś to zrobi. ” I tak do wieczora… Przed tym jak uśpiłam dziecko,  na sali pojawiła się jedna z pielęgniarek. Odwiedziła naszą salę, w celu odpięcia chłopca, leżącego obok , od kroplówki. Grzecznie spytałam, czy mogła by wymienić opatrunek. Odparła : ” Wie Pani co ? Nie teraz. Jak będzie w nocy pielęgniarka robić dzieciom zastrzyki. Proszę ją złapać, to Pani zmieni. Ja teraz nie mam czasu .”  Nosz kur…. Pomyślałam. To przechodzi ludzkie pojęcie ! Żebym czatowała w nocy, na jakąś pigwę, tylko po to by łaskawie zmieniła opatrunek ? Byłam zła. Bardzo zła… Poszłam spać… Cały pobyt siedziałam sama z córka. Potrzebowałam chociaż trochę się przespać.  Dalej, sprawa z tym paskudnym kawałkiem bandaża wyglądała tak. Przebudziłyśmy się z małą w czasie , kiedy na innych salach robione były zastrzyki. Skoro byłam już na nogach, zaczepiłam kobietę, i po raz enty zadałam pytanie : ” Czy mogła by Pani zmienić córce opatrunek ? ” Baba na mnie z gębą.. ” Czy pani zwariowała ? Teraz? O tej porze ? Mam dwa przyjęcia , nie mam czasu. ” Poszłam więc spać … Gdybym miała kawałek bandaża zrobiła bym to sama.  Nie miałam wyjścia… Musiałam czekać aż ktoś w końcu znajdzie czas na taką głupotę… Doczekałam się dnia następnego w południe… :/ Kolejną przykrą sytuacją było to, że zapomniano o nas. Drugiego dnia pobytu, kiedy córce pozwolono już jeść ( tj. tylko szpitalne kleiki ). Dostawała w ciągu dnia co parę godzin ok 50- 70 ml kleiku.  Każde dziecko z problemami żołądkowymi, miało rozpisywaną ilość i częstotliwość posiłku przez panią dietetyk. Chłopiec leżący obok, dostawał to samo i tyle samo, również tak samo często. Z jednym małym wyjątkiem… On dostał butle o 20- stej my nie .Skoro nie ma dla nas butelki, skoro sposób żywienia rozpisuje pani dietetyk. Pomyślałam tak ma być. Położyłam więc córkę spać. Szybko jednak przekonałam się że o nas zapomniano… Jak po każdym posiłku, przyszła jedna z pigw by zapisać ile dziecko zjadło, i czy nie wymiotowało. Kiedy pielęgniarka usłyszała, że mała nic przed snem nie zjadła. Ze ostatni raz jadła o 17-stej. Wyjechała na mnie z jadaczką :  ” Dlaczego nie zjadła ? , Co ja mam teraz zapisać ?  Nie zjadła, bo co ? ”  I tu padło moje : ” Bo nie dostała ” Wtedy zmieniła ton rozmowy… Ale jedzenia jak nie było tak się nie pojawiło… Córka spała więc głodna. W okolicy 24- tej przyszedł posiłek… Niestety, dla nas znów nie było. Przyleciała w/w pielęgniarka i nie wiedziała co ma zrobić . Szczęście w nieszczęściu, że chłopiec dla którego był posiłek, nie miał najmniejszej ochoty go jeść. Pigwa, w porozumieniu z matką chłopca , oddały nam posiłek. Takim oto sposobem, moje dziecko dopiero o północy, zjadło nie swoją kolację. W dniu wypisu byłam bardzo szczęśliwa, ale i okropnie zniesmaczona. Dlaczego ? Już wyjaśniam. Córka z racji iż przyjęta została z wymiotami i biegunką, miała mieć przebadany kał. Cały pobyt w szpitalu męczyli nas o tą nieszczęsną kupę. Ciągle słyszałam że muszą kupkę przebadać. A przede wszystkim muszą zobaczyć czy jest „zdrowa” czy nadal biegunkowa. Mówiłam lekarzom, mówiłam pielęgniarka, mówiłam wszystkim. „Córka ostatnio jadła konkretnie w niedziele… Cały organizm zapewne ma wyczyszczony przez biegunkę i wymioty. Jestem pewna że jeszcze nie ma z czego kupki zrobić, to może jeszcze chwilkę potrwać.” Męczyli nas i męczyli. A kupy nadal nie było. Kiedy przyszedł dzień wypisu. Przyszła Pani doktor, zbadała małą. „Dziecko zdrowe. Kupa była ? ” Nadal utrzymywałam, że jeszcze za wcześnie. Doktor stwierdziła ” Damy czopek. Bo wie Pani. Zaparcia po biegunce to też nie za dobrze.” Po czopku nic się nie podziało. Wypisano nas, bez zbadania kału, o który było takie zamieszanie. Przyjechałyśmy do domu.  I co ?  Córka walnęła wielką, aż po rękawki kupkę biegunkową.  Po jakimś czasie powtórka i druga rzadka. Na szczęście , na tym się skończyło. Wiecie co ? Byłam wściekła… Gdyby tą kupę zrobiła w szpitalu… Zostały byśmy jeszcze dzień lub dwa… Wypisali nas bez zrobienia wszystkich badań. Wypisali niedoleczone dziecko.    Sytuacji takich bądź podobnych w szpitalu było bardzo dużo. Rozmawiając z innymi mamami w pokoiku socjalnym, dowiedziałam się rzeczy których usłyszeć nie chciałam. Między innymi to:

  • Nie tylko my nie dostałyśmy jedzenia. Przypadki takie zdarzały się nagminnie w kilku salach.
  • Lekarz opieprzał kobietę, że karmi roczne dziecko piersią. Twierdząc że jest za duże. Mnie również nie pozwolono karmić córki własnym pokarmem. Ponieważ obciążę małej układ trawienny.
  • Wypraszano rodziców z sal, gdy chodził profesor wraz ze studentami, by omawiać poszczególne przypadki.
  • Pielęgniarki nie przekazywały sobie informacji o nowych pacjentach. Niestety były na salach takie dzieci, z którymi rodzice nie zostawali…. Biedne leżały same na sali… Nikt do nich nie zaglądał. Pewna kobieta opowiadała mi jak to biegała do sali obok bo 2 miesięczna kruszynka leżała sama, osrana po szyje… I jeszcze dostawała za to ochrzan.  Natomiast personel twierdził nie wiedział, bądź udawał że nie wie, że posiadają w tej sali pacjenta.

Podczas naszego pobytu działo się wiele, niestety zapamiętałam głownie te złe rzeczy. Tak bardzo nieprzyjemne i wręcz rażące … Nie czułam się ani trochę bezpiecznie. Skoro ja się nie czułam bezpiecznie, to moje dziecko tym bardziej .

Po powrocie ze szpitala nie miałam ani trochę lżej… Córka bardzo przeżywała te kilka dni. Budziła się często w nocy. W dzień nie odstępowała mnie na krok, ciągle chciała być na rękach. Kiedy mąż próbował mnie odciążyć, biorąc małą w ramiona. Mała w ryk. Trwało to ok tydzień. Gdy wróciło wszystko do normy… Córcia zaczęła gorączkować … Gorączkowała 3 dni … Z początku myślałam.” Idą kolejne zęby, normalne. Nie ma się czym przejmować. ” Ale nie … To nie zęby. Mimo podawania środków przeciwgorączkowych gorączka wiele nie spadała.. Nie byłam jej w stanie zbić poniżej 37,5… Było to dla mnie bardzo dziwne… Nie kaszlała, nie smarkała, nawet nie kichała… Wysypki też nie było… Zaobserwowałam trzeciego dnia że spadł jej apetyt… Z racji, że u nas po południu pediatry już nie ma… A w tym czasie p. doktor i tak była na urlopie. Pojechaliśmy do miasta… Tam z wielką łaską nas przyjęto… Córka miała, w tym czasie, dość wysoką temperaturę , więc nie mogli nas odesłać. Po zbadaniu okazało się, że ma konkretne zapalenie gardła…. Tydzień antybiotyku, tydzień siedzenia w domu. Znowu zaczęło się klejenie do mamy… Bez mamy ani rusz.  Na szczęście , święta spędzać mogłyśmy już mając chorobę za sobą. Te dwa, trzy tygodnie, były dla nas ciężkie. Mam nadzieje, że w najbliższym czasie już nic mnie nie zaskoczy.

Dziecko, nie tuczna świnka … A wina, zawsze leży po stronie matki !!!

„Mamy mają tendencję do wciskania w dziecko więcej niż zjeść może ” Oj tak ! Często słyszałam te słowa. Parę razy zdarzało się, że były też kierowane bezpośrednio do mnie, kiedy to opowiadałam o naszych problemach z jedzeniem. Mówiąc najbliższym w rodzinie, że mała nie chce jeść, że nie je, tylko dziubie. Ciągle słyszałam : ” Wydziwiasz, przecież je. Dobrze wygląda. Ty byś chciała żeby ciągle żarła i wyglądała jak tuczna świnka. ” 2-swinka   Nie czułam się rozumiana w najbliższym otoczeniu. Nie pasłam dziecka, nie wciskałam na siłę, nie zmuszałam do jedzenia… Wychodziłam z założenia że zdrowe dziecko się nie zagłodzi. Do czasu… Kiedy zdałam sobie sprawę ze coś jest nie tak, że powinna jeść zdecydowanie więcej.  Wszyscy, łącznie z moim małżonkiem uważali że, nie ma się czym przejmować.. Ja natomiast widziałam duży problem. Martwiłam się, gdy kręciła głową przy posiłku. Martwiłam się gdy zrobiła dwa kęsy chleba,  itd….Pomyślałam, że skoro nikt nie widzi problemu, to może rzeczywiście mają rację.  Chodziłam na pomiary masy ciała, długości i obwodu głowy. Nikt nie miał żadnych zastrzeżeń, mimo że waga córki, raz stała w miejscu, raz podskoczyła o 10 dkg a innym razem spadła… Wzrost również miał wiele do życzenia. Nikt z „wykwalifikowanych ” nie powiedział słowa, że cokolwiek może być nie tak.  Pewnego dnia, gdy już miałam serdecznie dość zamartwiania się, usiadłam z książeczką zdrowia dziecka. Zaczęłam analizować wszystkie zapisywane parametry… Zbladłam…. Do 6 miesiąca życia córka rosła jak na drożdżach. Wszystko wzorowo. Natomiast po 6 miesiącu coś się podziało. Dziecko znacznie przyhamowało… a później stanęło w miejscu. Przez 3 miesiące pomiary wagi były podobne. Natomiast wzrost i obwód głowy  nie drgnął … Zaświeciła mi się czerwona lampka : ” Kobieto nie słuchaj innych ! Co oni mogą wiedzieć, nie znają dobrze sytuacji. Idź z córką do lekarza, bo tak być nie może ! Zaufaj swojej intuicji … ” Akurat zbliżało się szczepienie, więc przy okazji szczepienia ,skonsultowałam z panią doktor moje wątpliwości. ( Do szczepienia i w razie choroby jeździmy do naszej zaufanej pani doktor do miasta. Natomiast kontrolne pomiary robimy w okolicznym ośrodku zdrowia. ) Wątpliwości , przerodziły się w problem. Słusznie się martwiłam. Lekarz stwierdził , że córka najprawdopodobniej jest niedożywiona…  I przyczyną może być jakość, lub ilość jedzenia… Dostałam dokładne wytyczne, jak przyrządzać córce posiłki, i ile powinna zjeść jednorazowo…Jeszcze w gabinecie dotarło do mnie, że moje posiłki trochę odbiegają od tych przedstawionych przez lekarza…  Po powrocie do domu , zaczęłam ściśle trzymać się zaleceń pani doktor. Obiadki gotowałam, zdecydowanie bardziej konkretne. Było w nich dosłownie wszystko. Co z tego… Córcia nadal jeść nie chciała… jadła jak dotychczas. Zaczęłam dokładnie odmierzać ile pochłonęła  w ciągu dnia… Kiedy, po odmierzeniu zupki, ujrzałam niecałe 40 ml, załamałam się…  Ni jak miało się to 40 ml do 170 ml jakie zalecił lekarz.. Mąż szybko zmienił zdanie, i również się przejął. Uświadomiliśmy sobie że musimy jakoś sobie poradzić z tym problemem…  Było ciężko. Córkę nudziło, i nadal nudzi jedzenie.. Ale nie poddawaliśmy się… Ja szukałam coraz to nowszych smaków, robiąc zupę warzywną na tysiące sposobów. Mąż pilnował, by w trakcie czytania książeczek, mała zjadła choć ćwiartkę jabłka.. itd. Od wyjścia z gabinetu, ciągle pilnowaliśmy by posiłki córki były bardzo regularne i urozmaicone. Nasza walka trwała ok półtorej  tygodnia, aż córka zaczęła zjadać większe ilości.. Tym to sposobem, prawie zbliżyliśmy się do ilości jakie powinno zjadać dziecię w wieku córki… A co najważniejsze. Mała szybko przybrała na wadze, i podrosła kilka centymetrów… Teraz posiłki, nie są już tak stresujące, ani dla dziecka ani dla nas. Dziecię je ze smakiem.. ciągle powtarzając „mniam”, „mniam”  i rośnie jak powinno. Nie wiem… Nie mam pojęcia, jak doszło do takiego zaniedbania ?…Inaczej się tego nazwać nie da. Mimo że zawsze miała co jeść, po prostu tego nie robiła, ja nie wciskałam jej na siłę, widziałam że przynosi to odwrotny skutek… Pewnie zrobiłam jakiś błąd przy rozszerzaniu diety. Być może metoda BLW w przypadku mojej córki się nie sprawdza, choć miałam wrażenie że zjadała więcej niż gdy ją karmiłam… Odpowiedzi pewnie już nie znajdę. Ale czy muszę ? Chyba już nie… Dziecko mam zdrowe, je ładnie, i to z apetytem :) I rośnie ! Przede wszystkim rośnie :) To co najgorsze w temacie żywienia mamy już chyba za sobą :) Szkoda tylko , że nikt z otoczenia nie wierzył że naprawdę mamy z tym problem . Przylepiono mi metkę z napisem ” Matka która pasie swoje dziecko „. Do tej pory mało kto wieży że w naszym przypadku tak nie było. Za to wszyscy jak jeden mąż mówią : „ale ona fajnie teraz wygląda. A jak urosła !” ;)

Autodestrukcja…

Życie przynosi różne niespodzianki. Czasem bywają przyjemne, innym razem nie dają najmniejszego powodu do radości. Zdarza się również że dowiadujemy się o czymś przykrym, a chwilę później wszystko znów nabiera kolorów. Gorzej jeżeli bieg zdarzeń przybiera inna kolejność i  naszą radość w kilka chwil niszczy jakaś zła wiadomość. Pewnie nie jednej z Was się coś takiego przytrafiło. Mnie również. Dlatego postanowiłam o tym napisać.  Były to dla mnie, dwie dużo w moim życiu zmieniające niespodzianki. Pierwsza , wyczekiwana z niecierpliwością. Jaka ? Ciąża. Staraliśmy się z mężem dość długo, bo około pół roku. Miewałam chwilę zwątpienia, czasem wręcz nie wierzyłam że będę kiedyś mamą. Kiedy, w końcu, test ciążowy pokazał dwie kreski, skakałam z radości. Ale nie długo …. Kilka dni później odebrałam wyniki badań. Skarżyłam się na częste, i uciążliwe bóle w klatce piersiowej, nasilające się przy wysiłku. Poszłam z tym problemem do lekarza. Pani doktor zleciła wykonanie EKG i TSH … I co ? EKG wyszło dobrze. Natomiast TSH ? Eh … Dostając wynik do ręki, dowiedziałam się że mam niedoczynność tarczycy … test-i-wynik Ręce mi opadły … Pomyślałam : ” Dlaczego ja ? Dlaczego teraz ? ” Wiedziałam, że niedostateczna ilość hormonów w tak ważnym momencie życia, może zagrażać ciąży… Udałam się czym prędzej, na konsultację z endokrynologiem.  Pani doktor wypisała mi hormony i kazała czekać na koleją wizytę. Przy okazji dowiedziałam się co nie co o tej przypadłości, resztę doczytałam w domu… Kiedy zwiększyłam swoją wiedzę, zaczęłam mieć ogromne wyrzuty sumienia. Cieszyłam się że będę mamą, ale strach że dziecko, nie otrzyma ode mnie odpowiedniej dawki hormonu, bardzo tłumił mą radość. Czułam się winna…”Ty głupia babo”… Myślałam.” Dlaczego, nie zrobiłaś sobie dokładnych badań przed zajściem w ciążę?  Dlaczego ? Czemu byłaś taka nieodpowiedzialna ? ”  Z jednej strony się obwiniałam, z drugiej próbowałam bronić : ” Skąd mogłam wiedzieć ? Nie przeszło mi to przez głowę, że może mnie to dotyczyć „. No bo z kąt ? Nic mi się przecież nie działo… Czułam się ogólnie dobrze. Czasem tylko dopadała mnie ogromna senność , miewałam bóle w klatce piersiowej, ciągle odczuwałam chłód,  marzły mi stopy i dłonie. Nic szczególnego. A jednak! Choruję na Hashimoto ( Mój organizm wdrożył plan Autodestrukcji, produkując przeciwciała przeciwko własnej tarczycy ) Pogodziłam się z faktem. Nie miałam wyjścia, czasu cofnąć się nie dało. Łykałam hormony, robiłam badania, chodziłam na wizyty… I modliłam się, by dziecko było zdrowe. Na każde badanie USG, czekałam z niecierpliwością. Jak każda ciężarna, chciałam zobaczyć swoje dziecko. Tak bardzo jak wyczekiwałam badania, tak bardzo bałam się, że usłyszę coś czego żadna matka nie chciała by usłyszeć. Na szczęście, lekarz wykonujący USG nie znalazł nic niepokojącego, w żadnym badaniu. Jednak całą ciążę, towarzyszył mi stres związany z chorobą. Pomimo dobrych informacji, byłam zła że nie wiedząc o swoim schorzeniu, naraziłam córkę między innymi na przedwczesny poród czy nieprawidłowy rozwój mózgu. Córka urodziła się zdrowa. Ja hormony łykam nadal, zapewne łykać będę całe życie… Ale to nie istotne… Piszę na ten temat, bo wiem jak ważny jest prawidłowy poziom hormonów tarczycy w ciąży. Apeluję, do wszystkich kobiet myślących o założeniu rodziny, zbadajcie się w kierunku zaburzeń pracy tarczycy. Unikniecie tym sposobem, niepotrzebnego stresu oraz ograniczycie ilość zagrożeń dla rozwijającego się dziecka. Tutaj znajdziecie więcej informacji na temat mojej choroby Niedoczynność tarczycy – Hashimoto

Aaaa… Wizytę u endokrynologa, odbyłam prywatnie ok 9 tygodnia ciąży. Wolny termin na NFZ był na 27 listopada… Urodziłam w grudniu. Gdybym nie wzięła spraw w swoje ręce, dostała bym hormony dopiero z końcem listopada… Nie chcę myśleć nawet co było by z córka.

Widzę czarne, tam gdzie białe !

Dziś postanowiłam napisać, co nieco o sobie jako matce. Pewnie niejedna z was, po przeczytaniu powie: ” Mam tak samo „. Dobrze ! Świadczyć to będzie, że nie jestem wyjątkiem. A w kupie raźniej ;) Po dzisiejszej wizycie u lekarza, po raz enty stwierdziłam, że jestem przewrażliwiona i szukam dziury w całym. Wybraliśmy się, po południu na osłuchanie. Wizyta była nie planowana, ponieważ córka miała się dobrze. Dręczył ją jedynie lekki katar. Rano natomiast wstała z okropnym kaszlem… Słychać było, że nie może odkrztusić wydzieliny. Gdy tak kaszlała, w głowie miałam już zapalenie oskrzeli i inne choroby dróg oddechowych. przychodnia Więc spakowaliśmy się do auta i długa do lekarza… Na miejscu okazało się, że małej nic nie jest … A kaszel spowodowany spływającymi gilami. Przy okazji, pokazałam lekarzowi moje ostatnie zmartwienie. Skórę na rączkach, nóżkach, policzkach córci…Była strasznie brzydka, tak jakby sucha, z dziwną wysypką, popękana miejscami. Z każdym dniem coraz gorsza…Wyglądało to dla mnie jak AZS… Lub jakieś uczulenie…I co ? I  nic poważnego. Wyszło na to, że matka nie potrafi dbać o skórę własnego dziecka… No cóż, zbłaźniłam się troszkę. Następnym razem będę mądrzejsza :) Nie pozostaje mi nic innego, tylko zmienić dziecku kosmetyki do kąpieli i pielęgnacji… Dzisiejsza wizyta nie należy do wyjątków, Przez te czternaście miesięcy miałam przeróżne zmartwienia. Jedne słuszne inne z niewiedzy lub przewrażliwienia. Kiedyś jednak pobiłam samą siebie… Gdy mała miała ok 6 tygodni, w jej buzi pokazała się pleśniawka. Walczyłam z nią bardzo długo. Zdzieranie grzyba, przemywanie, płukanie buzi nie pomagało. Nawet nystatyna nie dawała sobie rady… Wciąż to paskudztwo nawracało… Po zużyciu trzeciej nystatyny, córka dostała wreszcie coś innego . Daktarin oral gel. Pediatra kazał smarować małej języczek, odrobiną żelu. Po kilku dniach miała nastąpić poprawa. Jednak dla mnie poprawa była słaba. Smarowałam dziecku język dwa tygodnie, i ciągle widziałam biały nalot. Tak się tym martwiłam, że pewnego dnia wybuchłam płaczem, mówiąc do męża : ” Jestem beznadziejną matką ! Nie potrafię pozbyć się tej pieprz…. pleśniawki… Mała  przeze mnie płacze, bo tylko gmeram jej w buzi i nic z tego nie ma… ” Pojechaliśmy następnego dnia do lekarza. Niestety naszej pani doktor nie było. Zrozpaczona lamentowałam w rejestracji : ” Ktoś nas musi przyjąć ! Córka ma okropnego grzyba w buzi, leczymy się już dwa miesiące, żadne leki nie pomagają.  Musimy dostać się do któregoś lekarza…” Po chwili kobieta zlitowała się nad nami. Załatwiła nam nawet wejście bez kolejki… Pani doktor oglądnęła dziecko. Po chwili : ” Gdzie ma pani tą pleśniawkę ? ” Na moje:” Tam głęboko. To białe. ” Popatrzyła na mnie z politowaniem i powiedziała : ” Proszę natychmiast odstawić leki. To nie jest żaden grzyb, tylko zwykła śluzówka, która nie jest już w najlepszym stanie. ”   Nigdy nie czułam się tak głupio. Nie dość ze narobiłam zamieszania, to jeszcze leczyłam coś czego nie było… Niszcząc przy tym małej śluzówkę. Wygłupiłam się konkretnie, mimo tego czułam się lepiej. Byłam o wiele spokojniejsza i cieszyłam się że córci nic nie dolega.  Zdaje sobie sprawę, że bycie przewrażliwioną nie jest dobre. Lecz wolę taką być, i zbłaźnić się sto razy, niż coś zignorować i później żałować.

Zdurniałam … O ja niedokształcona !

Gorączkowanie , ślinienie się , rozdrażnienie, spuchnięte i obolałe dziąsła oraz  gryzienie wszystkiego co pod ręką. Jest to dla mnie oczywiste. Dziecko ząbkuje więc nie ma się co dziwić .. W końcu wyrzynanie się zębów nie należy do przyjemnych. Miałam już okazję wspierać córę w tych niemiłych okolicznościach. Nie zdziwiła mnie wysoka temperatura, nie zdziwiły mnie jej humorki, ani gryzienie wszystkiego. Nawet kąsanie mnie po cycach, mimo że nie jest miłe, było dla mnie zrozumiałe. Swędzą dziąsła to, czasem trzeba coś przygryźć, nie ważne że mamę może zaboleć ;) Wydawało mi się że, o ząbkowaniu wiem wszystko… Dziś jednak zderzyłam się z okrutną rzeczywistością, która uświadomiła mi, że jednak tak nie jest. Mała od jakiegoś czasu była trochę nerwowa, złościła się w kółko, wyżywała na sobie… Gryzła mnie jak wściekła żmija. Źle sypiała a także gorączkowała… Pokazał się katar… Byłam pewna że może przechodzić skok rozwojowy i dlatego takie zachowanie. Niepokoiło mnie jej gorączkowanie i ten katar… Kiedy gorączkowała wybraliśmy się do lekarza .. Lecz ten, nic ciekawego nie znalazł. Powiedział jedynie że może być to trzydniówka. Od tamtego czasu ,minęło ok 2 tygodni gorączka zniknęła i nie przyniosła ze sobą żadnego choróbska. Od trzech dni mi smarka, nic poza tym się nie dzieje…  Znów zaczęłam martwić się że złapała jakiegoś wirusa. Dzisiaj w trakcie łaskotek, gdy mała śmiała się do rozpuku, zdurniałam. Gdy rozdziawiła paszcze błysnęło mi coś białego. Z niedowierzaniem  gilgotałam ją dalej… O rzesz kurka ! No niemożliwe ! Ja się patrzę, a tam, już całkiem spora górna czwórka :D patrzę na drugą stronę, a tam mega spuchnięte dziąsło…  Jakim cudem ? A gdzie trójki? Ja się pytam. Teraz się z tego śmieję ale wtedy byłam przerażona.  Co z trójkami, gdzie one się podziały ? A jak jej nie wyjdą ? itd. Spanikowałam trochę. Gdy mała zasnęła, a mi przeszła już ekscytacja dokonanym odkryciem ;) Spytałam wujka Google jak to jest w końcu z tymi zębami… I już wiem :) O ja niedokształcona ! Cały czas wydawało mi się że po dwójkach idą trójki i dopiero trzonowe.. A to niespodzianka ! No cóż, teraz będę już mądrzejsza. Wtedy też olśniło mnie… To gorączkowanie zapewne spowodowane było wyżynającą się czwórka. Te jej ciągłe humory, zwiastują kolejną. Ufff … Uspokoiłam się trochę. A już się bałam że w córkę wstąpił diabeł ;)  a to tylko ząbki. Dla ciekawskich, bądź niedokształconych jak ja ;)  zabkowanie