O tym , jak młoda olała maminego cyca ;)

                    Jestem ! Udało się ;) Mam wreszcie chwilkę… W poprzednim poście , jakieś dwa tygodnie temu ( Boże , jak ten czas szybko leci … ), obiecałam że coś Wam opowiem. Korzystając z chwili „luzu” postanowiłam dotrzymać słowa…  Więc , posłuchajcie :

                    Planowałam karmić piersią. Stwierdziłam , że rok będzie optymalny… Założenie moje zrealizowałam, choć nie do końca… Miął rok…. Odstawienie poszło w niepamięć. Czasem, tylko przebąkiwałam do męża ” Pasuje ją zacząć odstawiać .Już na tyle dużo je, że spokojnie można spróbować „. Tak , tak ;) Takie moje gadanie … Jedyne co zrobiłam, a w zasadzie samo się zrobiło, to pozostawienie karmień nocnych. Natomiast w dzień, córa rozkoszowała się zawartością lodówki ;) I tak pozostało… Minęło jeszcze pół roku, nic się nie zmieniło. Jak mówiłam o zakończeniu karmienia, tak mówiłam nadal… I oprócz mojego paplania, nie podejmowałam żadnych działań . Prawdę mówiąc , było mi dobrze tak jak jest. Córcia spała z nami , kiedy się przebudziła dostała cyca i robiła swoje. Ja natomiast mogłam spać dalej :)

             Wreszcie przyszedł czas na zmiany… Choć sama chciałam podjąć tą decyzję, nie ja o nich zadecydowałam. Był to dla mnie szok… Nie bardzo wiedziałam co się dzieje… Kruszyna skończyła 19 miesięcy i z dnia na dzień, jej zachowanie w stosunku do maminego cyca, zmieniło się nie do poznania. Zawsze gdy kładłyśmy się spać, mała piła mleczko. Kiedy brzuszek był już pełny, przytulała się do mnie i zasypiała…. Nastąpił ten moment, i nasz rytuał poszedł w odstawkę. Zdurniałam całkowicie :) Gdy próbowałam córce podać pierś , wbijała w nią zęby … Pokąsana , tłumaczyłam jej że mnie to boli .. i żeby tak nie robiła.. Po krótkiej rozmowie , podjęłam jeszcze kilka prób.. Każdorazowo kończyło się to odciśniętymi zębami… Wrrr… Jak sobie przypomnę , ciarki mnie przechodzą.. Byłam rozbita, niezbyt wiedziałam co się stało. Gdyż do tej pory mała ssała z chęcią. Pomyślałam : Przeczekam.. być może coś zjadłam , co zmieniło smak pokarmu… Nie wpadłam nawet na to, że może już nie chcieć. Sytuacja , powtórzyła się jeszcze przez kolejne dwa wieczory. Zdezorientowana tym wszystkim, doszłam do wniosku, że nie będę jej wciskać cyca na siłę. Zaczęłam podawać kruszynie przed snem wodę, ciągle wypatrując sygnału… Sygnału się nie doczekałam..

                Nasze bez-cycowe usypianie, wydłużyło się. Córcia grzecznie leżała ze mną , piła wodę, słuchała bajeczek lub kołysanek i powolutku zapadała w sen… Cieszyłam się , że zostało chociaż karmienie w środku nocy.. Nie trwało to jednak długo.. Po kolejnych dwóch nocach, historia powtórzyła się . Gdy, zaspana, ledwo kontaktująca, po raz kolejny poczułam zęby na piersi, doznałam olśnienia. Podałam małej kubeczek z wodą, napiła się i w mig zasnęła… Następnej nocy , nie obudziła się wcale… I tak przez kilka kolejnych .

               Nie wiedziałam , czy się śmiać , czy płakać…Zastanawiałam się, czy coś jej nie dolega… Nie do końca dopuszczałam do siebie myśl że, się sama odstawiła… Czytałam sporo opinii doradców laktacyjnych o samo-odstawieniu, lecz wszędzie podawano informacje, że następuje to zazwyczaj u starszych dzieci.  Piersi mi pękały, a mała miała gdzieś… Myślałam, że może jeszcze zechce.. Naczytałam się różnych historii. Np: Matka nie karmiła dziecka dwa tygodnie , zwyczajnie nie chciało, po dwóch tygodniach syn się upomniał i wrócili do karmienia. Lecz takie zdarzenie nie miało u nas miejsca. Zasięgnęłam więc opinii jednego z doradców laktacyjnych, opisałam cała sytuację. Wspomniałam też , że próbowałam podać córce w kubeczku, ściągnięte mleczko. Lecz, gdy mała poczuła jego smak  , wylewała na podłogę. Po rozmowie z fachowcem, nie pozostało mi nic innego jak pić szałwie , nie dopuścić do zastojów, a przede wszystkim uszanować decyzję dziecka ;)

              Karmiłyśmy się dziewiętnaście miesięcy. Piękne dziewiętnaście miesięcy. <3

Ach … to życie …

           Cześć ! Pamiętacie mnie jeszcze ? Ktoś tu w ogóle zagląda ? Ktoś za mną zatęsknił ? Dałam ciała po całości … Niechętnie się przyznam ale, mimo moich zamiarów , mimo moich planów, odstawiłam bloga . Zupełnie go olałam …. Wstyd ! Wstyd , jak cholera, bo przecież jak się na coś zawezmę  to się tego trzymam… Chyba powinnam napisać : „trzymałam „.  Tak było jak nie miałam dziecka . Teraz , to życie i niespodzianki jakie ze sobą niesie weryfikują moje plany.

         Nie zaglądałam tu od lipca.  Działo się , działo !    W tym czasie doszło między innymi  do:

  • Samo-odstawienia córci od piersi – (temat na kolejna moją notkę)
  • Podjęcia decyzji, o posłaniu kruszyny do żłobka.
  • Wielu żłobkowych „efektów ubocznych”
  • Ciągle nawracających przeziębień i innych niepożądanych infekcji …
  • Postawienia ścian nośnych naszego wymarzonego domku
  • Dużego, bardzo satysfakcjonującego postępu w rozwoju dziecka.
  • Narodzin, nowego członka rodziny . Tak ! Kruszynka ma nowego kuzyna ;)

           Tak wiele się wydarzyło… Tak wiele, chciałabym Wam opowiedzieć… Mam nadzieję że za kilka dni , pojawi się kolejna notka.  Trzymajcie kciuki by się to udało. Bo życie , zwłaszcza młodych rodziców , zaskakuje i toczy się własną ścieżką. Niejednokrotnie krzyżując i uniemożliwiając realizację planów.

Jak to ojciec z matką wystrzelili dziecko w kosmos ;)

Nie tak dawno temu, gdy córka już zasnęła, ojciec z matką również się wyłożyli. Z racji tego że śpią z dzieckiem, leżeli sobie w trójkę na dużej wersalce. Kruszynka jak zawsze pod ściana . Wylegują się i rozmawiają. To o tym . To o tamtym . Żartują, śmieją się, wygłupiają…

Po chwili, obydwoje wpadają na świetny pomysł . Łaskotki ! Tak to jest to – myślą.

No i zaczęło się .. Tuż obok grzecznie śpiącego dziecka rozbrykani rodzice. Zaciskali usta, by nie narobić hałasu. Łaskotki przerodziły się w walkę …

Nie będziesz mnie tak trzymał ! Spadaj ! – mówi mama.

Spróbuj się uwolnić – śmieje się tata.

Więc mama walcząc o dominację, w tej jakże odpowiedniej do wieku zabawie , próbowała szczęścia. W ten oto sposób, niewinne łaskotki przerodziły się w przepychanki. W niedługim czasie…

Mama zyskała przewagę. Postanowiła, zepchnąć ojca z łóżka.

Zaraz spadniesz – mówiła – nie będziesz ze mną zadzierał !

No i udało się … Zepchnęła ojca… Ale … Ale ten pociągnął ją za sobą. Niby nic takiego. Przepychali się to spadli… Nie przewidzieli jednak jednego…

W momencie zsuwania   się z wersalki, ta się przeważyła . Strona, na której beztrosko spała Kruszynka, gwałtownie się podniosła… Eh .. Wyglądało to tragicznie …Maleństwo wystrzelone z procy…

Na szczęście rodzice, w tej wciągającej zabawie, zachowali resztki świadomości…Rzucili się w kierunku maleństwa… W odpowiednim momencie, złapali dziecko. Po czym odłożyli (o dziwo śpiącą córę ) w miejsce w którym zasnęła. Zszokowani tym niespodziewanym zajściem, szybko wskoczyli pod kołdrę. Natychmiast zapomnieli o dalszych figlach ;)

Chcę byś miała co wspominać …

Dzisiejszy wpis, ma zupełnie inny charakter niż poprzednie. Jest wyjątkowy… Jest kierowany bezpośrednio do Ciebie.. Do Ciebie moja Kruszynko !

Masz 1,5 roku. Jesteś bystra, wesoła, wszędobylska. Mnie Twoją mamę rozpiera duma, że mam tak bardzo ciekawą świata córcie. Widząc Twoja radość, z poznawania nowości, przypominam sobie własne dzieciństwo. Jednocześnie umacniam się w swoich przekonaniach…. A przede wszystkim w jednym : ” Dziecko musi wszystkiego dotknąć, spróbować. Dziecko musi się wybrudzić. „

Dziś pisząc do Ciebie… Chcę Ci powiedzieć : Córeczko , tak trzymaj !

  • Baw się kamieniami
  • Grzeb ręką w ziemi
  • Jedz owoce prosto z krzewu
  • Chodź na bosaka
  • Babraj się w błocie
  • Baw się w kałuży
  • Próbuj wszystkiego na co masz ochotę… Choćbyś miała się upaprać po uszy :) Rób to !

Żadna babcia , ciocia, czy obca osoba nie powie: „Zostaw patyk. Patyk jest be. ” A jeśli powie ? To wiesz co zrobię ? Dam Ci ! Dostaniesz go ode mnie . Ba ! Pokażę Ci też, jak fajnie lepi się z mokrej ziemi. Zobaczysz … Zobaczysz, że nie tylko z plasteliny da się ulepić ludzika . Nie zabronię Ci. Nie będę ograniczać Twojej ciekawości. Nie będę … Bo sama :

  • Przesiadywałam w kałużach
  • Smarowałam się błotem – twierdząc że to zabieg pielęgnacyjny
  • Chodziłam na czworaka po trawniku, wcinając trawę… Chciałam dawać mleko jak krowa ;)
  • Jadłam pomidory, ogórki, owoce sezonowe prosto z krzaka
  • Poznałam smak ziemi
  • Wiem, jak chrzęści piasek pod zębami :)
  • Biegałam po ściernisku
  • Jeździłam na pełnej robactwa przyczepie ze zbożem
  • Wysmarowałam w domu ścianę, własną kupą ! :)
  • Zbierałam dżdżownice
  • Turlałam się z górki
  • Chodziłam na boso : po trawie, kamieniach, piachu, ziemi, błocie, nagrzanym asfalcie
  • Ciapałam się w zbiorniku z brudną śmierdzącą wodą, pełną larw komarów
  • Jadłam mokrą i suchą karmę , psia i kocią :)

Chodziłam brudna… Ale szczęśliwa ! A słowa : „Nie wolno, bo się pobrudzisz ” były mi zupełnie obce :) Ach …  Gdybym mogła wrócić do tych beztroskich lat…. Nie zastanawiała bym się ani chwili ! Dlatego, Córeczko … Korzystaj z dzieciństwa. Baw się ! Brudź się ! Bo kiedy ? Jak nie teraz ? Od tego jest dzieciństwo… Chcę, byś przeżyła je najlepiej jak to możliwe. Byś miała co wspominać :)

Nie pragnę, byś miała górę topowych zabawek. Nie są nic warte, w porównaniu z frajdą, jaką możesz mieć korzystając z własnej kreatywności….  Niezależny mi , byś chodziła nieskazitelnie czysta, ubrana jak mała księżniczka… Nie jesteś na pokaz ! Chce byś czuła że żyjesz :) Byś była szczęśliwa ! Bo nic nie daje tyle szczęścia co beztroska zabawa. A ja, będę czuwać – by była bezpieczna… Baw się , póki jesteś dzieckiem !

Twoja Mama

Melodia pełna jęku …

Zakładając tego bloga postanowiłam , że będę pisać regularnie. Dziś już wiem. Będąc mamą, nie jestem w stanie tego realizować. To już drugi raz, jak w mojej „blogowej karierze” wystąpiła dłuższa przerwa. Mimo szczerych chęci, mimo planów… Życie wszystko weryfikuje… A plany możemy sobie wsadzić głęboko w d… ;) Nie ! Nie jest to pożegnanie ! Chce pisać nadal. Bloga prowadzić będę, lecz zapewne nie z taką częstotliwością jak zamierzałam. Szkoda… Polubiłam to, bardzo…

Nie było mnie dość długo. Głupio mi… Nie znalazłam nawet chwili, by przeczytać co u Was ciekawego. Nie mam zielonego pojęcia, jak wygląda sprawa z placem zabaw dla Basi i Ignasia. Nie wiem co nowego stworzyła Matka Prawie Wariatka. Jak toczą się losy naszej Emigrantki , a także, jakie smakołyki przewinęły się przez kuchnię W moim Kacperkowie. Zaniedbałam Was wszystkie. Was które piszecie, i które czytacie . Ciebie też !

Moja nieobecność, była spowodowana przede wszystkim kryzysem. Dopadł on mnie , dziecko… Dopadł wszystkich. Nie dawałam sobie rady z niczym. Totalny brak organizacji, do tego kupa nerwów i poczucia winy… Poczucia że jako matka nie potrafię poradzić sobie z własną córką… Kruszynka , jest moim pierwszym dzieckiem. Przy niej się wszystkiego uczę, poznaje samą siebie. To Ona, pokazuje mi moje słabe strony. Całe to macierzyństwo, jest dla mnie nowością… Niejednokrotnie, bywa bardzo zaskakujące. Niestety także negatywnie. Z dnia na dzień , blog poszedł w odstawkę. Córcia , z wesołej dziewczynki, stała się okropnie nieznośnym dzieckiem… Ma 18-ście miesięcy. Niektóre z Was, chciały by mi pewnie powiedzieć : „18-ście ? To normalne. Dzieci w tym wieku tak mają. Trzeba to przeżyć. ” Zanim się to zaczęło, czytałam. Byłam świadoma , że czeka mnie tzw. „powrót do mamy ” . Oraz, że może być trochę ciężej…. Szczerze mówiąc… Nie spodziewałam się, że tak będzie to wyglądało. W mgnieniu oka, dziecko zmieniło się nie do poznania… Nie byłam na to przygotowana… Ledwo otworzyła oczy, już stęki i marudzenie. Krok w krok za mną, z pełna jęku melodią na ustach … Napady wściekłości, z gryzieniem wszystkiego co popadnie, łącznie z własnymi rączkami. Płacz przy zabawie, płacz na rękach. Jedzenie ? Hm.. Też nie pasowało… Strajk ! Totalny strajk ! Mam cierpliwość. Przynajmniej zawsze tak uważałam…  To wszystko mnie przerosło. To klejenie się do mnie, nie dawało mi żyć. A jej płacz… Doprowadzał mnie do szewskiej pasji….  pomocy-zbzikuje

Po dwóch dniach, miałam dość. Chodziłam cała w nerwach … A niestety , każdy kolejny dzień, wyglądał podobnie. Marzyłam,  by uciec stąd jak najdalej.  Jedynie , chwilę wytchnienia miałam na spacerze. ( Do tej pory nie rozumiem… Gdy wychodziłyśmy na zewnątrz, córka znów była niczym aniołek. Jak gdyby nigdy nic … ) Spędzając czas na świeżym powietrzu, było mi tak dobrze… Aż bałam się wracać … Ciągłe krzyki i płacz, dezorganizowały mnie całkowicie… Na podłodze bałagan. Wśród porozwalanych zabawek, resztki jedzenia. W kuchni sterta garów… A w łazience ? Prania a prania … Mieszkanie, aż prosiło się o zainteresowanie !  Natomiast cała moja uwaga, musiała być skupiona na dziecku… Robiłam wszystko. Stawałam na głowie by już więcej nie słyszeć jak marudzi. Eh… Z trudem, udawało mi się zrobić jakiś sensowny obiad…

Był to bardzo nerwowy okres. Dla nas wszystkich…Mała , która nie radziła sobie z wejściem w kolejny etap życia… ( To był chyba najgorszy skok rozwojowy, z jakim przyszło nam się zmierzyć) Ja, będąca z tym wszystkim sama, zła jak osa. Mąż, po 12 h pracy. Zmęczony , mażący tylko o wygodnym łóżku….Do tego, bałagan nie z tej ziemi, a także nieprzespane noce… Tak ! Noce też miały wiele do życzenia . Przez jakieś dwa tygodnie, córcia budziła się często z płaczem. Wszystko to , owocowało kutniami i rzucaniem się do gardeł… Żarliśmy się , jak nigdy dotąd… A na dobitkę… Kruszynkę dorwało jakieś przeziębienie. Dostaliśmy zakaz wychodzenia na pole. To było jak gwóźdź do trumny….

Gdy nastał dzień kulminacyjny skoku rozwojowego. Słysząc po raz en-ty płacz o zabawkę , którą sobie sama wyrzuciła…. Nie wytrzymałam ! Zostawiłam własne dziecko… Uryczane, czerwone z wysiłku… Wyszłam. Wyszłam do łazienki. Zamknęłam się i zatkałam uszy… To była chwila w której musiałam coś zrobić… Musiałam wybrać mniejsze zło i wyjść ! Inaczej, nie wiem co by się stało… Tyle złości , negatywnych emocji we mnie jeszcze nie było… Nie wiem ile tam siedziałam . Pięć… Może dziesięć minut. Ona cały czas płakała… Gdy ochłonęłam, wróciłam do gry. Pełna nadziei ze będzie lepiej. Wzięłam małą w ramiona. Przytuliłam, i wyjątkowo ( jak na tamten okres ) spokojnym głosem zaczęłam z nią rozmawiać. Uspokoiła się… Ja też … Później było już lepiej.  Obie byłyśmy zdecydowanie spokojniejsze … A ja cieszyłam się, że nie dałam się ponieść złym emocjom …

Jak pisałam, dostałyśmy zakaz na wyjście z domu… Przyznam, że go po prostu olałam. Nie wytrzymałybyśmy, nie przeżyłybyśmy tego okresu, zamknięte w czterech ścianach. Córce te spacery dobrze robiły. Ba ! Obydwie wracałyśmy w lepszych nastrojach. Z siłą do walki z tym okropnym skokiem rozwojowym… Aaa ! I bardzo szybko pozbyłyśmy się przeziębienia. :)

Było ciężko ! Przeżyłyśmy !

Tu link do wierszyka pisanego pod wpływem podobnych emocji. -> Frustracja 

Co dzień inne odkrycia. To takie pasjonujące !

Dzieci, to mali odkrywcy. Interesuje je dosłownie wszystko. Chcą, poznać świat najlepiej jak tylko się da. Sprawdzają zastosowanie wszystkiego co je otacza. Poznają możliwości własnego ciała. Z dnia na dzień stając się sprytniejsze i zwinniejsze, co pozwala im na ciekawsze odkrycia. Kiedy już chodzą, mija zaledwie kilka chwil i nasze pociechy zaczynają się wspinać, by sięgnąć tam gdzie do tej pory nie miały dostępu. Czy to regał  z książkami, schody czy też łóżko… To wszystko jest takie pasjonujące ! One nie boją się nowości , one wręcz jej pragną. Nie zastanawiając się co by było gdyby… Codziennie szukają nowych doznań.  Przez tą odważną, nieprzemyślaną ciekawość świata macierzyństwo bywa niezmiernie trudne. Jako matki, żony i gospodynie musimy zadbać o potrzeby każdego domownika. Ugotować, poprać, posprzątać ….. Jednocześnie, pozwalając najmłodszemu domownikowi  na swobodne poznawanie świata…Bezpieczne poznawanie świata.  Bywa to nie lada  wyzwaniem. Czasem wystarczy się obrócić a pociecha już stoi na krawędzi łóżka, ciesząc się z własnych dokonań. Bądź, maleństwo próbuje wcisnąć coś do kontaktu… Przyznam….. Czasem można dostać palpitacji serca… Mimo to jestem zwolenniczką, wtórowania dziecku. Mądrego wtórowania. Uważam, że należy pozwalać potomkowi na sprawdzanie swoich możliwości. Córce pozwalam wchodzić gdzie chce. Chce wychodzić po schodach, wychodzi ( najpierw na czworaka, teraz już trzymając się poręczy). Usiłuje wygrzebać się do domku na placu zabaw, stoję za nią , a ona śmiało próbuje. Umyśli sobie chodzenie po krawężniku, to idzie. Przecież to cudowne doświadczenie, i pomaga ćwiczyć równowagę. W każdej nowej czynności, jestem przy niej. Wspieram, i tłumaczę. Natomiast gdy zajdzie potrzeba minimalizuje siłę upadku. Kiedy jednak wiem, że upadek wielkiej krzywdy jej nie zrobi… Pozwalam na niego… Tzw. upadek kontrolowany… Dziecko próbuje swoich możliwości, ale czasem musi stłuc pupę, by poznało jakie czekają na nie zagrożenia.  Rozumiem, że matki boją się o swoje pociechy, również się boję. Jestem również w stanie pojąć, dlaczego nie pozwalają na niektóre czynności. To my rodzice, jesteśmy odpowiedzialni za swoje dzieci… Myślę, że strach rodzica przed odpowiedzialnością, nie powinien być dla dziecka ograniczeniem. Zwłaszcza na etapie poznawania  świata i własnych możliwości. Zabranianie dziecku nowych czynności oraz wpajanie, że coś jest niebezpieczne, jest głupie. „Tego nie wolno bo się przewrócisz , Tamtego nie wolno bo spadniesz”. Jak dla mnie to zabijanie w dziecku ciekawości a także chęci poznawania. Małe dzieci, poznają świat zmysłami… To normalne że wszystkiego chcą dotknąć, wszystko chcą zobaczyć. Ciekawość dziecka nie ogranicza się tylko do tych „niebezpiecznych” czynności. Dzieci uwielbiają poznawać zapachy, smaki… Wielu rodziców o tym zapomina. To idealni towarzysze, podczas codziennego gotowania. Jeśli im to umożliwimy, chętnie zamieszają zupę. Czy wrzucą do niej kilka składników. Kochają  taż eksperymentować, próbować nowych smaków, konsystencji…. Matki maja w zwyczaju, nie dawać dziecku tego, czego same nie lubią. ” To jest niedobre. Nie będzie Ci smakować”. A ja zapytam… Skąd to dziecię ma wiedzieć czy rzeczywiście takie to niesmaczne ? Jeśli samo nie spróbuje, nie dowie się… Próbowanie nowych produktów, potraw, to fajna zabawa. Zabawa która przynosi dużo dobrego. Dziecko zna większą gamę smaków, dzięki temu łatwiej wyrobić mu własny gust kulinarny. Gust który nie jest bardzo okrojony. Maluch nie ma uprzedzeń, nie boi się smakować… Im wcześniej pozna nowości tym lepiej. Ma większą szansę że nie zostanie tzw niejadkiem. Tutaj opowiem co nie co o mojej córeczce. Mała, kiedyś miała straszne opory przed jedzeniem, pisałam o tym kiedyś TUTAJ  Kiedy jednak zaczęła jeść jak należy, pozwalałam jej na odkrywanie smaków. Kiedyś poszliśmy z rodzinką do sushi baru. Byłam pewna, że córcia nie tknie sushi więc zamówiliśmy jej nieduży zestawik z kurczakiem. Natomiast dla nas półmiski pełne tych smakołyków.  Kiedy kelnerka przyniosła piękne kolorowe zawijań-ce mała tylko krzyczała „am , am ” Wręcz wyrywając się z dziecięcego krzesełka, na swoją porcję nawet nie patrząc. No i dostała kawałek (bez surowych ryb, i paluszków krabowych) Wcinała aż jej się uszy trzęsły… Ledwo zjadła jeden kawałek, już sięgała po drugi… To nie wszystko. Do naszego zestawu, były sałatki z glonów z ogórkiem.. Dostała z niej ogórka. Nie wystarczył jej. Gwizdnęła tacie z miseczki garść glonów. Miałam oczy jak pięć złotych… Moja kruszynka zjadła sałatkę męża, i moją. Takich zaskakujących sytuacji jest wiele. To pokazuje mi, że mam rację. Dzieci lubią próbować, dzieci lubią poznawać. Ostatnio … Również byłam zaskoczona. Gdy kroiłam cebulę mała ciągnęła mnie za spodnie krzycząc „am” więc dałam jej… I wiecie co ? Myślałam że nie zje, że będzie pluć. Owszem, wypluła po czym władowała do buzi z powrotem. Od tamtej pory, moje dziecię je surową  cebulę. Na zdrowie !  Dziś natomiast, eksperyment roku. Na drugie śniadanko podałam jej jogurt… Jadła z apetytem,po chwili zaczęła kombinować.. Dorwała kabanosa i zaczęła moczyć go w jogurcie. Po czym i jedno i drugie trafiało do buzi. Mnie też dała spróbować. Obawiałam się. Teraz śmiało mogę powiedzieć: Kabanos z jogurtem gruszkowym smakuje świetnie !  Wniosek ? To my rodzice, jesteśmy największym ograniczeniem dla własnych dzieci. Z obawy o ich dobro, niejednokrotnie pozbawiamy je wielu pozytywnych doznań.

Moje dziecko , się nie zagłodzi :)

Niedawno wróciłyśmy ze spaceru… Jak to na spacerze bywa, pobiegałam za córką trochę,  regularnie wyciągając kamienie z jej buzi. Zrywałyśmy i wąchałyśmy kwiatki.. Łapałyśmy swoje cienie, oraz goniłyśmy gołębie. Znaczy się , mała goniła. Koniecznie chciała je nakarmić, kamieniami oczywiście ;) Ptaki miały nas, rzecz jasna, głęboko w nosie. Mojego dziecka, to nie zniechęcało. Gdy którykolwiek z nich usiadł na ziemi, Kruszynka w te pędy pognała w jego kierunku z garścią kamieni. Z rozkazem w głosie, krzyczała ” Am , am „. Kiedy miałyśmy już dość . Czytaj ; kto miał dość to miał dość ;). Wróciłyśmy do domu. Po drodze zaliczając wspinaczkę na piętro. Tak , tak.. Córka koniecznie musi sama wdrapywać się po schodach. W innym przypadku … „Matka zapomnij, że mnie tak spokojnie wniesiesz do mieszkania. Zrobię Ci taki koncert, że uszy zwiędną ” :).  Więc, gdy już te krótkie nóżki, dotarły na górę. Otworzyłam drzwi, mówiąc do małej ; „Córuniu poczekaj, mama Cię rozbierze „. Yhy…. Gadaj se matka… Dziecko, nawet się nie odwróciło. Podarła prosto do kuchni. Ja za nią… Otworzyła lodówkę, dorwała  kabanosa. Po czym, z szerokim uśmiechem i dumą na twarzy, chwaliła się mówiąc ” Am , am ” Następnie, w butach i kurtce poleciała do pokoju w celu konsumpcji :) No cud, miód, malina. Nie dość, że Kruszynka próbuje się sama ubierać , to jeszcze potrafi sama się nakarmić :) Niedługo , w ogóle nie będę jej potrzebna :)

Nareszcie o wszystkim opowiem ! Będzie długo !

W połowie marca pisałam, że nie mam czasu na bloga. Tak też było… W marcowy weekend, pojechaliśmy do rodziny męża. Córcia bawiła się dobrze, my również. Natomiast powrót, nie był już taki fajny. Przejechaliśmy zaledwie kilka kilometrów, a mała zaczęła wymiotować … Wymiotowała jak kot… Przystawaliśmy co chwilę. W pewnym momencie chciałam nawet zawrócić. Mieliśmy do przejechania jeszcze jakieś 60 km. Bałam się, że nie dojedziemy. A przede wszystkim że dziecko mi się wykończy, zanim dotrzemy do domu. Na szczęście, niedługo później zasnęła. Spała już do samego końca. Miałam nadzieję, że kruszynka tylko się czymś podtruła i ze niedługo przejdzie. Niestety wymiotowała całą noc… Następnego dnia również, chociaż było już o wiele lepiej. Nawadniałam ją tak dużo, jak się dało.  Kolejną noc przespała bez żadnych rewolucji. Cieszyłam się że mamy już wszystko za sobą. Przede wszystkim, że obędzie się bez szpitala. Byłyśmy już raz na kroplówkach. Myślę że nie potrzebnie. Spanikowałam wtedy, gdyż córka miała zaledwie 7 miesięcy i dość często zwracała treści pokarmowe. Stwierdziłam, tym razem poradzimy sobie bez hospitalizacji.  Niestety myliłam się. Kiedy myślałam, że już wszystko pod kontrolą, że opanowałam wymioty. Córka zrobiła kilka luźniejszych kup…. Niby nie tragedia… Natomiast przestała przyjmować płyny…. Nie mówiąc już o jedzeniu… Ostatni raz jadła w niedzielę. Kiedy na nią patrzyłam… Widziałam zupełnie inne dziecko. Nie była sobą… Moja wesoła, pełna energii córcia, zmieniła się w smutne, nieruchliwe dziecko… Widząc ją w takim stanie. Władowaliśmy się do auta i długa do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Kraków – Prokocim. Po poprzednim pobycie z dzieckiem, miałam bardzo dobre zdanie o tym szpitalu. Dlatego postanowiłam że pojedziemy właśnie tam. Mimo że po drodze były inne, również dobre. Kiedy Dotarliśmy na miejsce, szybko zmieniłam zdanie. Fakt, dziecko wyszło do domu po kilku dniach. Bez żadnych niepokojących objawów, można by powiedzieć że zdrowe. Cieszyłam się z naszego wyjścia. Moja radość, nie wynikała tylko, z poprawy stanu zdrowia kruszynki. Po prostu cieszyłam się, że nie musimy dłużej tam siedzieć. W szpitalu, który tak bardzo mnie rozczarował… Zastanawiacie się dlaczego ? Przecież to najlepszy szpital dziecięcy. Tak dużo się o nim słyszy… Kraków – Prokocim. Ludzie wożą tam dzieci. Ufając że będą mieć najlepszą opiekę specjalistów. Tak i owszem. Specjalistów maja tam od groma. Lekarzy na potęgę. Każdy od czegoś innego. Mimo to … Jestem bardzo rozczarowana. Bo szpital, to nie tylko lekarze. To opieka pielęgniarek, położnych itd.. A także organizacja. Przede wszystkim organizacja !

Teraz zacznę narzekać. Po pierwsze. Córka miała założoną kroplówkę w dniu przyjazdu. Dostawała płyny około dwie doby… Natomiast opatrunku przy wenflonie, nie miała zmienionego do dnia wyjazdu…. Jak to możliwe ? Sama nie wiem… Pierwszy raz spotkałam się z sytuacją, by nie miał kto zmienić opatrunku… Wyglądało to tak… dzień przed wypisem (opatrunek był już bardzo brudny) ok godziny 14 poprosiłam pielęgniarkę by ta założyła nowy bandaż. Usłyszałam: ” Za chwileczkę przyjdę „. Po czym kobiety ani widu ani słychu… Zaczepiłam ją za parę godzin: ” Tak, wiem. Wiem , pamiętam „. Dalej nikt nie przychodzi. Kiedy przyjechał mój mąż, również dwa razy poszedł z tą samą prośbą. Usłyszał:  ” Za chwilę ktoś to zrobi. ” I tak do wieczora… Przed tym jak uśpiłam dziecko,  na sali pojawiła się jedna z pielęgniarek. Odwiedziła naszą salę, w celu odpięcia chłopca, leżącego obok , od kroplówki. Grzecznie spytałam, czy mogła by wymienić opatrunek. Odparła : ” Wie Pani co ? Nie teraz. Jak będzie w nocy pielęgniarka robić dzieciom zastrzyki. Proszę ją złapać, to Pani zmieni. Ja teraz nie mam czasu .”  Nosz kur…. Pomyślałam. To przechodzi ludzkie pojęcie ! Żebym czatowała w nocy, na jakąś pigwę, tylko po to by łaskawie zmieniła opatrunek ? Byłam zła. Bardzo zła… Poszłam spać… Cały pobyt siedziałam sama z córka. Potrzebowałam chociaż trochę się przespać.  Dalej, sprawa z tym paskudnym kawałkiem bandaża wyglądała tak. Przebudziłyśmy się z małą w czasie , kiedy na innych salach robione były zastrzyki. Skoro byłam już na nogach, zaczepiłam kobietę, i po raz enty zadałam pytanie : ” Czy mogła by Pani zmienić córce opatrunek ? ” Baba na mnie z gębą.. ” Czy pani zwariowała ? Teraz? O tej porze ? Mam dwa przyjęcia , nie mam czasu. ” Poszłam więc spać … Gdybym miała kawałek bandaża zrobiła bym to sama.  Nie miałam wyjścia… Musiałam czekać aż ktoś w końcu znajdzie czas na taką głupotę… Doczekałam się dnia następnego w południe… :/ Kolejną przykrą sytuacją było to, że zapomniano o nas. Drugiego dnia pobytu, kiedy córce pozwolono już jeść ( tj. tylko szpitalne kleiki ). Dostawała w ciągu dnia co parę godzin ok 50- 70 ml kleiku.  Każde dziecko z problemami żołądkowymi, miało rozpisywaną ilość i częstotliwość posiłku przez panią dietetyk. Chłopiec leżący obok, dostawał to samo i tyle samo, również tak samo często. Z jednym małym wyjątkiem… On dostał butle o 20- stej my nie .Skoro nie ma dla nas butelki, skoro sposób żywienia rozpisuje pani dietetyk. Pomyślałam tak ma być. Położyłam więc córkę spać. Szybko jednak przekonałam się że o nas zapomniano… Jak po każdym posiłku, przyszła jedna z pigw by zapisać ile dziecko zjadło, i czy nie wymiotowało. Kiedy pielęgniarka usłyszała, że mała nic przed snem nie zjadła. Ze ostatni raz jadła o 17-stej. Wyjechała na mnie z jadaczką :  ” Dlaczego nie zjadła ? , Co ja mam teraz zapisać ?  Nie zjadła, bo co ? ”  I tu padło moje : ” Bo nie dostała ” Wtedy zmieniła ton rozmowy… Ale jedzenia jak nie było tak się nie pojawiło… Córka spała więc głodna. W okolicy 24- tej przyszedł posiłek… Niestety, dla nas znów nie było. Przyleciała w/w pielęgniarka i nie wiedziała co ma zrobić . Szczęście w nieszczęściu, że chłopiec dla którego był posiłek, nie miał najmniejszej ochoty go jeść. Pigwa, w porozumieniu z matką chłopca , oddały nam posiłek. Takim oto sposobem, moje dziecko dopiero o północy, zjadło nie swoją kolację. W dniu wypisu byłam bardzo szczęśliwa, ale i okropnie zniesmaczona. Dlaczego ? Już wyjaśniam. Córka z racji iż przyjęta została z wymiotami i biegunką, miała mieć przebadany kał. Cały pobyt w szpitalu męczyli nas o tą nieszczęsną kupę. Ciągle słyszałam że muszą kupkę przebadać. A przede wszystkim muszą zobaczyć czy jest „zdrowa” czy nadal biegunkowa. Mówiłam lekarzom, mówiłam pielęgniarka, mówiłam wszystkim. „Córka ostatnio jadła konkretnie w niedziele… Cały organizm zapewne ma wyczyszczony przez biegunkę i wymioty. Jestem pewna że jeszcze nie ma z czego kupki zrobić, to może jeszcze chwilkę potrwać.” Męczyli nas i męczyli. A kupy nadal nie było. Kiedy przyszedł dzień wypisu. Przyszła Pani doktor, zbadała małą. „Dziecko zdrowe. Kupa była ? ” Nadal utrzymywałam, że jeszcze za wcześnie. Doktor stwierdziła ” Damy czopek. Bo wie Pani. Zaparcia po biegunce to też nie za dobrze.” Po czopku nic się nie podziało. Wypisano nas, bez zbadania kału, o który było takie zamieszanie. Przyjechałyśmy do domu.  I co ?  Córka walnęła wielką, aż po rękawki kupkę biegunkową.  Po jakimś czasie powtórka i druga rzadka. Na szczęście , na tym się skończyło. Wiecie co ? Byłam wściekła… Gdyby tą kupę zrobiła w szpitalu… Zostały byśmy jeszcze dzień lub dwa… Wypisali nas bez zrobienia wszystkich badań. Wypisali niedoleczone dziecko.    Sytuacji takich bądź podobnych w szpitalu było bardzo dużo. Rozmawiając z innymi mamami w pokoiku socjalnym, dowiedziałam się rzeczy których usłyszeć nie chciałam. Między innymi to:

  • Nie tylko my nie dostałyśmy jedzenia. Przypadki takie zdarzały się nagminnie w kilku salach.
  • Lekarz opieprzał kobietę, że karmi roczne dziecko piersią. Twierdząc że jest za duże. Mnie również nie pozwolono karmić córki własnym pokarmem. Ponieważ obciążę małej układ trawienny.
  • Wypraszano rodziców z sal, gdy chodził profesor wraz ze studentami, by omawiać poszczególne przypadki.
  • Pielęgniarki nie przekazywały sobie informacji o nowych pacjentach. Niestety były na salach takie dzieci, z którymi rodzice nie zostawali…. Biedne leżały same na sali… Nikt do nich nie zaglądał. Pewna kobieta opowiadała mi jak to biegała do sali obok bo 2 miesięczna kruszynka leżała sama, osrana po szyje… I jeszcze dostawała za to ochrzan.  Natomiast personel twierdził nie wiedział, bądź udawał że nie wie, że posiadają w tej sali pacjenta.

Podczas naszego pobytu działo się wiele, niestety zapamiętałam głownie te złe rzeczy. Tak bardzo nieprzyjemne i wręcz rażące … Nie czułam się ani trochę bezpiecznie. Skoro ja się nie czułam bezpiecznie, to moje dziecko tym bardziej .

Po powrocie ze szpitala nie miałam ani trochę lżej… Córka bardzo przeżywała te kilka dni. Budziła się często w nocy. W dzień nie odstępowała mnie na krok, ciągle chciała być na rękach. Kiedy mąż próbował mnie odciążyć, biorąc małą w ramiona. Mała w ryk. Trwało to ok tydzień. Gdy wróciło wszystko do normy… Córcia zaczęła gorączkować … Gorączkowała 3 dni … Z początku myślałam.” Idą kolejne zęby, normalne. Nie ma się czym przejmować. ” Ale nie … To nie zęby. Mimo podawania środków przeciwgorączkowych gorączka wiele nie spadała.. Nie byłam jej w stanie zbić poniżej 37,5… Było to dla mnie bardzo dziwne… Nie kaszlała, nie smarkała, nawet nie kichała… Wysypki też nie było… Zaobserwowałam trzeciego dnia że spadł jej apetyt… Z racji, że u nas po południu pediatry już nie ma… A w tym czasie p. doktor i tak była na urlopie. Pojechaliśmy do miasta… Tam z wielką łaską nas przyjęto… Córka miała, w tym czasie, dość wysoką temperaturę , więc nie mogli nas odesłać. Po zbadaniu okazało się, że ma konkretne zapalenie gardła…. Tydzień antybiotyku, tydzień siedzenia w domu. Znowu zaczęło się klejenie do mamy… Bez mamy ani rusz.  Na szczęście , święta spędzać mogłyśmy już mając chorobę za sobą. Te dwa, trzy tygodnie, były dla nas ciężkie. Mam nadzieje, że w najbliższym czasie już nic mnie nie zaskoczy.