Melodia pełna jęku …

Zakładając tego bloga postanowiłam , że będę pisać regularnie. Dziś już wiem. Będąc mamą, nie jestem w stanie tego realizować. To już drugi raz, jak w mojej „blogowej karierze” wystąpiła dłuższa przerwa. Mimo szczerych chęci, mimo planów… Życie wszystko weryfikuje… A plany możemy sobie wsadzić głęboko w d… ;) Nie ! Nie jest to pożegnanie ! Chce pisać nadal. Bloga prowadzić będę, lecz zapewne nie z taką częstotliwością jak zamierzałam. Szkoda… Polubiłam to, bardzo…

Nie było mnie dość długo. Głupio mi… Nie znalazłam nawet chwili, by przeczytać co u Was ciekawego. Nie mam zielonego pojęcia, jak wygląda sprawa z placem zabaw dla Basi i Ignasia. Nie wiem co nowego stworzyła Matka Prawie Wariatka. Jak toczą się losy naszej Emigrantki , a także, jakie smakołyki przewinęły się przez kuchnię W moim Kacperkowie. Zaniedbałam Was wszystkie. Was które piszecie, i które czytacie . Ciebie też !

Moja nieobecność, była spowodowana przede wszystkim kryzysem. Dopadł on mnie , dziecko… Dopadł wszystkich. Nie dawałam sobie rady z niczym. Totalny brak organizacji, do tego kupa nerwów i poczucia winy… Poczucia że jako matka nie potrafię poradzić sobie z własną córką… Kruszynka , jest moim pierwszym dzieckiem. Przy niej się wszystkiego uczę, poznaje samą siebie. To Ona, pokazuje mi moje słabe strony. Całe to macierzyństwo, jest dla mnie nowością… Niejednokrotnie, bywa bardzo zaskakujące. Niestety także negatywnie. Z dnia na dzień , blog poszedł w odstawkę. Córcia , z wesołej dziewczynki, stała się okropnie nieznośnym dzieckiem… Ma 18-ście miesięcy. Niektóre z Was, chciały by mi pewnie powiedzieć : „18-ście ? To normalne. Dzieci w tym wieku tak mają. Trzeba to przeżyć. ” Zanim się to zaczęło, czytałam. Byłam świadoma , że czeka mnie tzw. „powrót do mamy ” . Oraz, że może być trochę ciężej…. Szczerze mówiąc… Nie spodziewałam się, że tak będzie to wyglądało. W mgnieniu oka, dziecko zmieniło się nie do poznania… Nie byłam na to przygotowana… Ledwo otworzyła oczy, już stęki i marudzenie. Krok w krok za mną, z pełna jęku melodią na ustach … Napady wściekłości, z gryzieniem wszystkiego co popadnie, łącznie z własnymi rączkami. Płacz przy zabawie, płacz na rękach. Jedzenie ? Hm.. Też nie pasowało… Strajk ! Totalny strajk ! Mam cierpliwość. Przynajmniej zawsze tak uważałam…  To wszystko mnie przerosło. To klejenie się do mnie, nie dawało mi żyć. A jej płacz… Doprowadzał mnie do szewskiej pasji….  pomocy-zbzikuje

Po dwóch dniach, miałam dość. Chodziłam cała w nerwach … A niestety , każdy kolejny dzień, wyglądał podobnie. Marzyłam,  by uciec stąd jak najdalej.  Jedynie , chwilę wytchnienia miałam na spacerze. ( Do tej pory nie rozumiem… Gdy wychodziłyśmy na zewnątrz, córka znów była niczym aniołek. Jak gdyby nigdy nic … ) Spędzając czas na świeżym powietrzu, było mi tak dobrze… Aż bałam się wracać … Ciągłe krzyki i płacz, dezorganizowały mnie całkowicie… Na podłodze bałagan. Wśród porozwalanych zabawek, resztki jedzenia. W kuchni sterta garów… A w łazience ? Prania a prania … Mieszkanie, aż prosiło się o zainteresowanie !  Natomiast cała moja uwaga, musiała być skupiona na dziecku… Robiłam wszystko. Stawałam na głowie by już więcej nie słyszeć jak marudzi. Eh… Z trudem, udawało mi się zrobić jakiś sensowny obiad…

Był to bardzo nerwowy okres. Dla nas wszystkich…Mała , która nie radziła sobie z wejściem w kolejny etap życia… ( To był chyba najgorszy skok rozwojowy, z jakim przyszło nam się zmierzyć) Ja, będąca z tym wszystkim sama, zła jak osa. Mąż, po 12 h pracy. Zmęczony , mażący tylko o wygodnym łóżku….Do tego, bałagan nie z tej ziemi, a także nieprzespane noce… Tak ! Noce też miały wiele do życzenia . Przez jakieś dwa tygodnie, córcia budziła się często z płaczem. Wszystko to , owocowało kutniami i rzucaniem się do gardeł… Żarliśmy się , jak nigdy dotąd… A na dobitkę… Kruszynkę dorwało jakieś przeziębienie. Dostaliśmy zakaz wychodzenia na pole. To było jak gwóźdź do trumny….

Gdy nastał dzień kulminacyjny skoku rozwojowego. Słysząc po raz en-ty płacz o zabawkę , którą sobie sama wyrzuciła…. Nie wytrzymałam ! Zostawiłam własne dziecko… Uryczane, czerwone z wysiłku… Wyszłam. Wyszłam do łazienki. Zamknęłam się i zatkałam uszy… To była chwila w której musiałam coś zrobić… Musiałam wybrać mniejsze zło i wyjść ! Inaczej, nie wiem co by się stało… Tyle złości , negatywnych emocji we mnie jeszcze nie było… Nie wiem ile tam siedziałam . Pięć… Może dziesięć minut. Ona cały czas płakała… Gdy ochłonęłam, wróciłam do gry. Pełna nadziei ze będzie lepiej. Wzięłam małą w ramiona. Przytuliłam, i wyjątkowo ( jak na tamten okres ) spokojnym głosem zaczęłam z nią rozmawiać. Uspokoiła się… Ja też … Później było już lepiej.  Obie byłyśmy zdecydowanie spokojniejsze … A ja cieszyłam się, że nie dałam się ponieść złym emocjom …

Jak pisałam, dostałyśmy zakaz na wyjście z domu… Przyznam, że go po prostu olałam. Nie wytrzymałybyśmy, nie przeżyłybyśmy tego okresu, zamknięte w czterech ścianach. Córce te spacery dobrze robiły. Ba ! Obydwie wracałyśmy w lepszych nastrojach. Z siłą do walki z tym okropnym skokiem rozwojowym… Aaa ! I bardzo szybko pozbyłyśmy się przeziębienia. :)

Było ciężko ! Przeżyłyśmy !

Tu link do wierszyka pisanego pod wpływem podobnych emocji. -> Frustracja 

Poczułam się trochę niepotrzebna, ale bardzo dumna !

Dziewczyny! Duma mnie rozpiera. Tak bardzo , że postanowiłam się moją radością z wami podzielić. Moje dziecko, zawsze było sprytne. Zawsze chciała wszystko sama. Pisałam o tym kiedyś ” Prawdziwy skarb, czyli samosia – gosposia „. W związku z tym, nie przeszkadzałam i nie przeszkadzam córce w dążeniu do samodzielności, a towarzyszę jej, służąc  pomocą. Chciała sam  posmarować buzię kremem, smarowała. Chciała umyć sobie ząbki, myła jedną szczoteczką, ja pomagałam druga. Dotyczy to wszystkiego, również jedzenia.  zupka-samodzielnie Gdy siadałyśmy do stołu, córka dostawała talerz pod nos. Do ręki, wręczałam łyżeczkę. Mała się nią bawiła. Czasem próbowała jeść, tzn. trafić sobie nią do buzi. Nie ingerowałam w nic. Wychlapała pół talerza zupy, to wychlapała. Porozrzucała wszystkie warzywa , to porozrzucała.  Natomiast ja, w  tym czasie drugą łyżka, ją karmiłam. Córci szło coraz lepiej. Nie tak dawno, zaczęła sprawnie celować łyżeczką do buzi.( Nigdy nie pomagałam jej w trafianiu do celu. ) Ciągle jednak byłam jej potrzebna.  Lecz dziś, byłam bardzo zaskoczona.  W trakcie obiadu, poczułam się nieco dziwnie. Śmiało mogę powiedzieć, że poczułam się zupełnie zbędna. Dlaczego ? Dlatego, że córka wcale nie chciała mojej pomocy. Jak zwykle, podałam jej talerz. Wręczyłam łyżeczkę i usiadłam obok by ją nakarmić. Nie pozwoliła mi na to…Pięknie nabierała sobie zupkę i z dużą precyzja lokowała ja w buzi. Każdorazowo, kiedy próbowałam ją nakarmić, zaciskała usta. Kręciła głową. Następnie nabierała zupę i jadła. Myślałam… A dobra … Odpuszczę. Ręka jej się zmęczy, to ją „dokarmię „. Tak bardzo chciałam  pomóc jej w obiedzie . I co ? I nie pomogłam… Bo, gdy ręka opadła z sił i już nie była wstanie dźwigać łyżeczki… Dziecię me, rękami, wyjadało z zupki jak leci wszystkie warzywka i mięsko. Moje próby „dokarmienia” kończyły się złością i odpychaniem łyżki. W ten oto sposób, mała samodzielnie zjadła całą porcję. W dodatku, nie robiąc przy tym wielkiego bałaganu. Moja kruszyna, skończyła dziś szesnaście miesięcy i już za pomocą łyżeczki je samodzielnie obiad :) Niesamowicie się cieszę :)  Nie spodziewałam się takiego osiągnięcia, w takim wieku. Jestem dumna ! Tak bardzo dumna !