Moje dziecko , się nie zagłodzi :)

Niedawno wróciłyśmy ze spaceru… Jak to na spacerze bywa, pobiegałam za córką trochę,  regularnie wyciągając kamienie z jej buzi. Zrywałyśmy i wąchałyśmy kwiatki.. Łapałyśmy swoje cienie, oraz goniłyśmy gołębie. Znaczy się , mała goniła. Koniecznie chciała je nakarmić, kamieniami oczywiście ;) Ptaki miały nas, rzecz jasna, głęboko w nosie. Mojego dziecka, to nie zniechęcało. Gdy którykolwiek z nich usiadł na ziemi, Kruszynka w te pędy pognała w jego kierunku z garścią kamieni. Z rozkazem w głosie, krzyczała ” Am , am „. Kiedy miałyśmy już dość . Czytaj ; kto miał dość to miał dość ;). Wróciłyśmy do domu. Po drodze zaliczając wspinaczkę na piętro. Tak , tak.. Córka koniecznie musi sama wdrapywać się po schodach. W innym przypadku … „Matka zapomnij, że mnie tak spokojnie wniesiesz do mieszkania. Zrobię Ci taki koncert, że uszy zwiędną ” :).  Więc, gdy już te krótkie nóżki, dotarły na górę. Otworzyłam drzwi, mówiąc do małej ; „Córuniu poczekaj, mama Cię rozbierze „. Yhy…. Gadaj se matka… Dziecko, nawet się nie odwróciło. Podarła prosto do kuchni. Ja za nią… Otworzyła lodówkę, dorwała  kabanosa. Po czym, z szerokim uśmiechem i dumą na twarzy, chwaliła się mówiąc ” Am , am ” Następnie, w butach i kurtce poleciała do pokoju w celu konsumpcji :) No cud, miód, malina. Nie dość, że Kruszynka próbuje się sama ubierać , to jeszcze potrafi sama się nakarmić :) Niedługo , w ogóle nie będę jej potrzebna :)

Dziecko, nie tuczna świnka … A wina, zawsze leży po stronie matki !!!

„Mamy mają tendencję do wciskania w dziecko więcej niż zjeść może ” Oj tak ! Często słyszałam te słowa. Parę razy zdarzało się, że były też kierowane bezpośrednio do mnie, kiedy to opowiadałam o naszych problemach z jedzeniem. Mówiąc najbliższym w rodzinie, że mała nie chce jeść, że nie je, tylko dziubie. Ciągle słyszałam : ” Wydziwiasz, przecież je. Dobrze wygląda. Ty byś chciała żeby ciągle żarła i wyglądała jak tuczna świnka. ” 2-swinka   Nie czułam się rozumiana w najbliższym otoczeniu. Nie pasłam dziecka, nie wciskałam na siłę, nie zmuszałam do jedzenia… Wychodziłam z założenia że zdrowe dziecko się nie zagłodzi. Do czasu… Kiedy zdałam sobie sprawę ze coś jest nie tak, że powinna jeść zdecydowanie więcej.  Wszyscy, łącznie z moim małżonkiem uważali że, nie ma się czym przejmować.. Ja natomiast widziałam duży problem. Martwiłam się, gdy kręciła głową przy posiłku. Martwiłam się gdy zrobiła dwa kęsy chleba,  itd….Pomyślałam, że skoro nikt nie widzi problemu, to może rzeczywiście mają rację.  Chodziłam na pomiary masy ciała, długości i obwodu głowy. Nikt nie miał żadnych zastrzeżeń, mimo że waga córki, raz stała w miejscu, raz podskoczyła o 10 dkg a innym razem spadła… Wzrost również miał wiele do życzenia. Nikt z „wykwalifikowanych ” nie powiedział słowa, że cokolwiek może być nie tak.  Pewnego dnia, gdy już miałam serdecznie dość zamartwiania się, usiadłam z książeczką zdrowia dziecka. Zaczęłam analizować wszystkie zapisywane parametry… Zbladłam…. Do 6 miesiąca życia córka rosła jak na drożdżach. Wszystko wzorowo. Natomiast po 6 miesiącu coś się podziało. Dziecko znacznie przyhamowało… a później stanęło w miejscu. Przez 3 miesiące pomiary wagi były podobne. Natomiast wzrost i obwód głowy  nie drgnął … Zaświeciła mi się czerwona lampka : ” Kobieto nie słuchaj innych ! Co oni mogą wiedzieć, nie znają dobrze sytuacji. Idź z córką do lekarza, bo tak być nie może ! Zaufaj swojej intuicji … ” Akurat zbliżało się szczepienie, więc przy okazji szczepienia ,skonsultowałam z panią doktor moje wątpliwości. ( Do szczepienia i w razie choroby jeździmy do naszej zaufanej pani doktor do miasta. Natomiast kontrolne pomiary robimy w okolicznym ośrodku zdrowia. ) Wątpliwości , przerodziły się w problem. Słusznie się martwiłam. Lekarz stwierdził , że córka najprawdopodobniej jest niedożywiona…  I przyczyną może być jakość, lub ilość jedzenia… Dostałam dokładne wytyczne, jak przyrządzać córce posiłki, i ile powinna zjeść jednorazowo…Jeszcze w gabinecie dotarło do mnie, że moje posiłki trochę odbiegają od tych przedstawionych przez lekarza…  Po powrocie do domu , zaczęłam ściśle trzymać się zaleceń pani doktor. Obiadki gotowałam, zdecydowanie bardziej konkretne. Było w nich dosłownie wszystko. Co z tego… Córcia nadal jeść nie chciała… jadła jak dotychczas. Zaczęłam dokładnie odmierzać ile pochłonęła  w ciągu dnia… Kiedy, po odmierzeniu zupki, ujrzałam niecałe 40 ml, załamałam się…  Ni jak miało się to 40 ml do 170 ml jakie zalecił lekarz.. Mąż szybko zmienił zdanie, i również się przejął. Uświadomiliśmy sobie że musimy jakoś sobie poradzić z tym problemem…  Było ciężko. Córkę nudziło, i nadal nudzi jedzenie.. Ale nie poddawaliśmy się… Ja szukałam coraz to nowszych smaków, robiąc zupę warzywną na tysiące sposobów. Mąż pilnował, by w trakcie czytania książeczek, mała zjadła choć ćwiartkę jabłka.. itd. Od wyjścia z gabinetu, ciągle pilnowaliśmy by posiłki córki były bardzo regularne i urozmaicone. Nasza walka trwała ok półtorej  tygodnia, aż córka zaczęła zjadać większe ilości.. Tym to sposobem, prawie zbliżyliśmy się do ilości jakie powinno zjadać dziecię w wieku córki… A co najważniejsze. Mała szybko przybrała na wadze, i podrosła kilka centymetrów… Teraz posiłki, nie są już tak stresujące, ani dla dziecka ani dla nas. Dziecię je ze smakiem.. ciągle powtarzając „mniam”, „mniam”  i rośnie jak powinno. Nie wiem… Nie mam pojęcia, jak doszło do takiego zaniedbania ?…Inaczej się tego nazwać nie da. Mimo że zawsze miała co jeść, po prostu tego nie robiła, ja nie wciskałam jej na siłę, widziałam że przynosi to odwrotny skutek… Pewnie zrobiłam jakiś błąd przy rozszerzaniu diety. Być może metoda BLW w przypadku mojej córki się nie sprawdza, choć miałam wrażenie że zjadała więcej niż gdy ją karmiłam… Odpowiedzi pewnie już nie znajdę. Ale czy muszę ? Chyba już nie… Dziecko mam zdrowe, je ładnie, i to z apetytem :) I rośnie ! Przede wszystkim rośnie :) To co najgorsze w temacie żywienia mamy już chyba za sobą :) Szkoda tylko , że nikt z otoczenia nie wierzył że naprawdę mamy z tym problem . Przylepiono mi metkę z napisem ” Matka która pasie swoje dziecko „. Do tej pory mało kto wieży że w naszym przypadku tak nie było. Za to wszyscy jak jeden mąż mówią : „ale ona fajnie teraz wygląda. A jak urosła !” ;)

Mała dostaje pypcia :)

Jestem ciekawa, czy wasze dzieci również mają pypcia na jakimś punkcie ? W takim stopniu, że jak to coś zobaczą odbiera im umysł ?  Moja córka ma. Zastanawiacie  się pewnie, o co chodzi :) Szybko więc wyjaśniam. Córka uwielbia koty. Pomyślicie że przecież to normalne, dzieci lubią zwierzęta, ciekawią je.  wiem… Małą interesują pieski, rybki, chomiki, ptaszki łącznie z pra-dziadkowymi kurami :) Natomiast kot ją nie ciekawi… Ona ma po-prostu kota na punkcie kota ! Zaczęło się niewinnie, córa od kiedy skończyła pół roku na widok kota zaczęła piszczeć. Pomyślałam, normalna reakcja, podoba jej się. Ale im starsza tym zafascynowanie rosło i rosło i rosło… Aktualnie sprawa wygląda tak: Widząc na spacerze jakiegoś dachowca , chce wyskoczyć z wózka. Jak jest na własnych nogach, człapie w jego kierunku. Kiedy jesteśmy u babci ( mojej mamy), która posiada takowe zwierzę, małej nie da się wybudzić z transu. Dopóki kotek gdzieś się włóczy, bądź śpi schowany jest dobrze. Córka bawi się ładnie. Kiedy czworonóg wejdzie w jej pole widzenia…. Eh… Nie ma życia. Nie ma życia ani on, ani ja :) Mała zachowuje się jak zahipnotyzowana. Puszcza się w pogoń. Łazi za nim krok w krok, piszcząc i miaucząc. Robi wszystko by dorwać się do kota i go pogłaskać. ( czytaj: pogłaskać, wytargać za ogon i łapy, wsadzić palce do uszu i oczu, pociągnąć za sierść). Nawet, kiedy je, nie da mu spokoju. Wykorzystuje moment i próbuje go tłamsić… Oczywiście staram się ją odciągać od kota. Tłumaczę że kotek chce iść spać, czy że teraz je i potrzebuje spokoju itd…  Żadne moje argumenty do małej nie docierają. Tylko ślepo do tego zwierza. Parę razy już dostała ostrzeżenie, kocim pazurem. Myślałam że choć troszkę się zrazi… Myliłam się. Oj grubo się myliłam. Jak grubo, przekonałam się kiedy dostała kociego sierpowego w lewy policzek. Nawet nie zareagowała…  Będąc u mamy robimy wszystko by córa jednak posiedziała z babcią a nie latała za kotem…  Możemy sobie gadać do niej. Przepędzać kota w inny kąt. Nic nie działa… Ona i tak ciągnie za nim, a kot zaraz przyjdzie z powrotem i położy się np w dziecięcych zabawkach. Dopóki mruczek w domu, dziecko ma klapki na oczach. Więc po chwili zabawy, zwierzak ląduje znów na zewnątrz lub w innej części domu. kot-na-punkcie-kota To nie wszystko, co wyraźnie mówi mi że dziecko ma pypcia. Jak złapie fazę, potrafi miauczeć dobre kilka minut. Wypatrzy kotka wszędzie. Nawet ja nie jestem tak spostrzegawcza. Czy to kubek ciotki, czy to jakieś opakowanie na półce sklepowej itd… Wszędzie kota znajdzie. Kiedy czytamy książeczki, wybiera te w których jest napisane o kotku, bądź takie z kocim obrazkiem. Czapkę ma z kotem… Dzięki ciotka ! Bez tej czapki, nie dało się dziecka ubrać na spacer. Teraz w trakcie ubierania, z zadowoleniem patrzy w lustro i miauczy :) Ma dwie bluzeczki z kotkiem, jak zobaczy je gdzieś na wierzchu, zaraz podwędzi i tuli. Pluszowego mruczka dostała pod choinkę. Jak wpadnie w jej ręce to go wyściska, całuje, głaszcze, karmi … Potrafi nawet całować, tulić ilustrację. Mała zna dużo zwierzątek, umie większość z nich wskazać i naśladować… Wszystko fajnie… Pokaże krowę, pokaże pieska, biedronkę, węża, pająka itd. W momencie kiedy na stronie w śród zwierzątek pojawi się kotek, nie pokaże nic. Nic, prócz kota oczywiście. Wskazuje go dumnie, z uśmiechem i jej słodkim ” aałłłł „. Zapytana jak robi kura? Odpowiada ślicznie ko – ko, zapytana jak robi wąż? Ładnie syczy. Mogę ją wypytywać a ona naśladuje. Do momentu, popełnienia błędu… Jakiego ? Oczywiście że do momentu zapytania: Jak robi kotek ? Wtedy już po zabawie… Odpowie rzecz jasna ” aałłłł ” ale na tym się kończy. W sumie to nie kończy bo to ” aałłł ” i ” aałłłł ” słychać długo. Na każde moje pytanie odpowiada swoje miauczące ” aałłł ” :D  Cieszę się że lubi zwierzęta, i że upodobała sobie jedno konkretne. Będąc dzieckiem, miałam bzika na punkcie psa. Ale nie w takim wieku ! Rozumiem ją trochę. Mimo tego obawiam się o nią. Jeszcze chwila i jej nie upilnuję. Nie dam rady ochronić przed pazurami…Jeśli jej fascynacja nie przejdzie, i wda się we mnie, to za parę lat będę miała kociarnię w domu :) Ciocia Kiki z pewnością się ucieszy :) Ja jakoś to przeżyję. Mężowi będzie zdecydowanie trudniej… Drogie mamy. Czy któraś z was przeżywa to samo, bądź coś podobnego ? ,

Uwięzione …

Trochę mało rozrywki mamy, w naszym wspólnym życiu. Zmieniło się wiele, odkąd jestem mamą. To moje matkowanie, wiąże się z ciągłym siedzeniem w domu. Pisząc „ciągłym” mam na myśli to, że bardzo rzadko się gdzieś ruszamy. Nie chodzi mi tu o spacery , wyjścia do sklepu , czy odwiedziny jednej lub drugiej babci.  Te atrakcje zaliczam do matczynej codzienności. Nasz areszt, nie jest spowodowany córka, ani tym że karmię piersią. Bo ani ona, ani sposób karmienia nie jest tu problemem.  Stanowi go fakt, że mieszkamy na wsi. Wieś ta, nie należy do tych zabitych dechami… Leży w pobliżu miasta i jest dość dobrze zurbanizowania.  Zawsze dobrze mi się tu żyło… Lecz teraz dopiero, dostrzegam jej duży minus. Oprócz placu zabaw , nie mamy nic z czego można było by skorzystać, wraz z małym dzieckiem. Im dłużej jestem mamą , tym bardziej to mi przeszkadza. Bycie z córka codziennie prawie 24/h na dobę, stało się moim stylem życia. I jak na razie nie wyobrażam sobie bym „odcięła tę pępowinę” i pojechała sama gdzieś na dłużej. Dlatego tak bardzo, przeszkadza mi fakt, że w miejscu naszego zamieszkania nie ma nawet głupich zajęć, dla mam z niemowlakami. Nasza codzienność jest dość monotonna. Spacery , zakupy , odwiedziny, zabawa w domu …  Czasem bokiem mi to wychodzi. Strasznie mi się marzy by regularnie uczestniczyć, czy to w jodze, czy innej gimnastyce wspólnie z córcią. Teraz pewnie, pojawia się Wam pytanie : ” Skoro ma blisko do miasta , czemu nie pojedzie z dzieckiem na zajęcia ? W mieście jest ich przecież dużo „.  Wiele osób mi to mówi. Dla nich to takie proste…. Dla mnie już nie jest to taki pikuś. Do najbliższego miasta (w pobliżu są trzy) mam zaledwie pół godziny. Nie jest to długo … Niejednokrotnie, myślałam o tym by wziąć małą , wpakować do busa i jechać się rozerwać ! Kończy się głownie na myśleniu … Od tego pomysłu, szybko zniechęcają mnie trudności,  z jakimi będzie się wiązać wspólny wypad. Między innymi : Pół godziny w busie, na moich kolanach mała nie wysiedzi. Busy często zatłoczone.. Jak ja się wepcham do busa ? Ze spacerówką, z rocznym niechodzącym samodzielnie maluchem i torbą z wyprawka dla niego ? To chyba nie realne …  Znajomi słysząc jak czasem sobie marudzę, mówią: ” Przecież macie samochód, nie możesz po prostu zabrać kluczyków i ruszyć w drogę ? ” To wydaję się takie łatwe do zrealizowania… Owszem, mamy samochód, ale jeden, który jest narzędziem pracy mojego małżonka. Maż prowadzi własna firmę. Ma na tyle dużo pracy, że gdy wyjedzie z domu rano, wraca wieczorem… Czasem zdarza mu się luźniejszy dzień, tj 2-3 godzinki i po pracy. W taki dzień teoretycznie, mogłybyśmy wpakować się z córcią, i w tym czasie zaliczyć jakieś ciekawe zajęcia.  Niestety tak jak piszę teoretycznie, w praktyce nie jest tak różowo. Gdyż niejednokrotnie zdarzało się, że nagle wypadła mu jakaś awaria lub ważne zlecenie. Zamiast wrócić zaraz do domu , pojawiał się w nim dopiero wieczorem. Więc zabieranie się z mężem odpada , bo to wielka loteria. Wrócimy do domu tuż po zajęciach, lub będziemy się włóczyć cały dzień po mieście czekając na tatę. Po roku macierzyństwa, zaczęłam czuć się jakby uwięziona. Brak drugiego samochodu i uzależnienie od męża, daje mi się teraz we znaki. Pozostaje, kupić sobie jakieś jeździdło, lub nie patrząc na nic, zabrać się na wyprawę busem. Może obie jakoś to przeżyjemy i nie będziemy miały dość, na najbliższe kilka miesięcy.  W każdym razie muszę coś z tym zrobić. Inaczej zwariuję.

uwiezione