Misja – Macierzyństwo.

Dziś nadszedł czas na refleksje. Wstałam z łóżka, z tysiącem pytań do siebie samej. Czy jestem dobrą mamą ? Co, w ogóle oznacza dobra mama ? Czy to ta, która pozwala na wszystko ? Czy może ta, która wychowuje według ściśle określonych zasad ? Co jeszcze przyjdzie mi przeżywać ? Czy sprostam nowym wyzwaniom, jakie postawi przede mną moje dziecko ? Czy będę z siebie, jako matki, dumna ? Co przyniesie mi dalsze macierzyństwo i jak sobie z tym poradzę ? Takich pytań mam pełno w głowie…. A odpowiedź na nie wszystkie jest krótka… Nie wiem …

Po tych chwilach zadumy dochodzę do wniosku. Do macierzyństwa nie da się przygotować ! W żaden ale to żaden sposób. Nie da się tego zaplanować. Czytanie książek, poradników, nic tu nie daje. Macierzyństwo jest rzeczą trudną. Nieprzewidywalną. Jakimi będziemy matkami. Jaka będzie nasza postawa wobec dziecka. Jakie będą nasze reakcje w zaskakujących sytuacjach oraz  jaki przykład damy nowemu pokoleniu, jest ogromną zagadką.  Duża wiedza teoretyczna, w praktyce, często ma się nijak do naszej matczynej postawy. Świadomie lub nie. Niejednokrotnie powielamy wpojone nam wzorce. Pozytywne, ale także i te złe , niechciane. Jedno jest pewne. Każde dziecko jest inne… Każda matka jest inna.. Wszystkie z nas, muszą wypracować sobie swój sposób, własne metody wychowawcze. To co wpoimy dziecku, jakie przekażemy wartości zaowocuje w przyszłości. Tylko jak ? Całą naszą pracę, cały wysiłek włożony w wychowanie pociechy zweryfikuje czas.  On jest najlepszym sędzią . To on nam pokaże, jak wywiązałyśmy się z misji. Z misji – Macierzyństwo.

Chętnych zapraszam do przeczytania, mojego, własnego wiersza o macierzyństwie. EGZAMIN

czas-zegar

Moje dziecko , się nie zagłodzi :)

Niedawno wróciłyśmy ze spaceru… Jak to na spacerze bywa, pobiegałam za córką trochę,  regularnie wyciągając kamienie z jej buzi. Zrywałyśmy i wąchałyśmy kwiatki.. Łapałyśmy swoje cienie, oraz goniłyśmy gołębie. Znaczy się , mała goniła. Koniecznie chciała je nakarmić, kamieniami oczywiście ;) Ptaki miały nas, rzecz jasna, głęboko w nosie. Mojego dziecka, to nie zniechęcało. Gdy którykolwiek z nich usiadł na ziemi, Kruszynka w te pędy pognała w jego kierunku z garścią kamieni. Z rozkazem w głosie, krzyczała ” Am , am „. Kiedy miałyśmy już dość . Czytaj ; kto miał dość to miał dość ;). Wróciłyśmy do domu. Po drodze zaliczając wspinaczkę na piętro. Tak , tak.. Córka koniecznie musi sama wdrapywać się po schodach. W innym przypadku … „Matka zapomnij, że mnie tak spokojnie wniesiesz do mieszkania. Zrobię Ci taki koncert, że uszy zwiędną ” :).  Więc, gdy już te krótkie nóżki, dotarły na górę. Otworzyłam drzwi, mówiąc do małej ; „Córuniu poczekaj, mama Cię rozbierze „. Yhy…. Gadaj se matka… Dziecko, nawet się nie odwróciło. Podarła prosto do kuchni. Ja za nią… Otworzyła lodówkę, dorwała  kabanosa. Po czym, z szerokim uśmiechem i dumą na twarzy, chwaliła się mówiąc ” Am , am ” Następnie, w butach i kurtce poleciała do pokoju w celu konsumpcji :) No cud, miód, malina. Nie dość, że Kruszynka próbuje się sama ubierać , to jeszcze potrafi sama się nakarmić :) Niedługo , w ogóle nie będę jej potrzebna :)

Moje dziecko, nie będzie tego oglądać !

Empatia. Wśród moich celów wychowawczych, zajmuje ona ważne miejsce. Postanowiłam dawać dobry przykład, i uczyć córcię wrażliwości na krzywdę innych. By w przyszłości, stała się dobrym człowiekiem, i nie przechodziła obojętnie wobec potrzebujących.  Niezależnie, czy to małe dziecko, człowiek dorosły czy byle jaki kundel. Tak kundel. Moje postanowienie dotyczy również zwierząt. One też żyją ! One czują ! Tak jak każdy z nas, mogą być nieszczęśliwe. Wiele stworzonek , bez naszej pomocy może sobie nie poradzić. Niektóre potrzebują domu. Inne potrzebują jedzenia. Są także takie, które cierpią i w tym cierpieniu trzeba im ulżyć. Być może pomyślicie ” Kobieto , sama świata nie zmienisz.” Tak. Macie racje. Sama nie zmienię. Wiem, że córka też tego nie zrobi. Natomiast , czy to ja czy moje dziecię , możemy odmienić życie niektórym istotom. Między innymi, szukając domu dla bezdomnego psiaka. Jeżeli same nie będziemy w stanie go przygarnąć. Kupując karmę dla zwierząt w schronisku. Bądź, zabierając zająca, ze zwichniętą łapką, do weterynarza. Pomoc potrzebującym to jedno. Nie pozwalanie na krzywdę innych, jest również ważne. Myślę, że zbyt często na nią przystajemy, mając okazję zapobiec nieszczęściu. Ludzi ogarnia coraz większa znieczulica. Przechodzimy obok siebie obojętnie. Nie potrafimy, zwrócić uwagi nastolatkowi kopiącemu bezbronnego szczeniaka. Nie mówiąc już o podaniu pomocnej dłoni, drugiemu człowiekowi. Przeraża mnie to. Dlatego, tak bardzo nie chce, by moje dziecko było taką osoba. Chcę być z niej dumna. A skoro chcę , muszę przyłożyć wszystkich starań i już teraz zacząć wdrażać „plan – empatia ” . Bywają takie sytuacje, zdaję sobie z tego sprawę, że nie będę mogła pomóc czy też zapobiec nieszczęściu. Niestety nie zawsze się da. Ale skoro się nie da, to również „da ” się pomóc. Jak ? Nie przyczyniając się do cierpienia. Zastanawiacie się o co mi teraz chodzi … Powiem szczerze. Do napisania tego artykułu, skłoniła mnie  właśnie taka niemożliwość pomocy. Bardzo lubię zwierzęta. Źle się czuję, widząc te nieszczęśliwe. Niedawno zobaczyłam, w Krakowie, 3 słonie uwiązane na niewielkim pasie zieleni, tuż przy ruchliwej drodze. Zrobiło mi się po prostu przykro… Słonie ? Tak słonie. W Krakowie jest teraz cyrk. Mający jako atrakcje : słonie, wielbłądy, żyrafy, lamy, strusie, watussi, kangury, konie… Łącznie 100 zwierząt. Te wszystkie stworzenia. Dzikie ! Potrzebujące przestrzeni ! Stoją uwiązane, w klatkach bądź na malutkich wybiegach w środku miasta, tuż pod centrum handlowym…. cyrk  Ludzie, w każdym wieku, gnają do cyrku. Przychodzą tam , rodziny z dziećmi, młodzież nawet osoby starsze. Uradowani że zobaczą kangura ,bądź żyrafę z bliska. Bo przecież to takie ” Łał ” ! Nie pomyślą , że tak być nie powinno… Jako dziecko również byłam w cyrku… Był on mały. Prawie bez zwierząt. Jeśli dobrze pamiętam, był pokaż z końmi , z „zahipnotyzowanym ” wężem, oraz kilkoma rozszczekanymi pudlami. Tyle ! Teraz w cyrkach jest za dużo zwierząt, a przede wszystkim zwierząt które potrzebują ruchu, przestrzeni… A tym czasem… Całe ich życie, to jazda ciężarówką w ciasnej klatce oraz robienie durnych sztuczek by zadowolić ludzkość. Widząc te matki, ciągnące dziecko za rękę pod cyrkowy namiot… Postanowiłam ” Nie zabiorę dziecka do cyrku „. Dla niektórych może to być dziwne. Choć ja uważam że moja decyzja jest właściwa. Nie da się uczyć wrażliwości, skoro chodzi się…. A w zasadzie płaci za cierpienie zwierząt… To jest sprzeczne ze sobą. Nie zabiorę swojej córci, by oglądała jak jakiś pan strzela batem …. Nie zamierzam się przyczyniać do krzywdy tych istot. Jest tyle innych form rozrywki. Jest w czym wybierać. Natomiast jeśli chcemy zobaczyć dzikie zwierzęta z bliska… To do tego służy Zoo. Tam właśnie pójdziemy. Tam gdzie zwierzęta, mają choć trochę wolności i przestrzeni. Dziecku wystarczy powiedzieć… Dziecko zrozumie.

Ps. Tutaj wierszyk w tej tematyce – >. Felek 

Poczułam się trochę niepotrzebna, ale bardzo dumna !

Dziewczyny! Duma mnie rozpiera. Tak bardzo , że postanowiłam się moją radością z wami podzielić. Moje dziecko, zawsze było sprytne. Zawsze chciała wszystko sama. Pisałam o tym kiedyś ” Prawdziwy skarb, czyli samosia – gosposia „. W związku z tym, nie przeszkadzałam i nie przeszkadzam córce w dążeniu do samodzielności, a towarzyszę jej, służąc  pomocą. Chciała sam  posmarować buzię kremem, smarowała. Chciała umyć sobie ząbki, myła jedną szczoteczką, ja pomagałam druga. Dotyczy to wszystkiego, również jedzenia.  zupka-samodzielnie Gdy siadałyśmy do stołu, córka dostawała talerz pod nos. Do ręki, wręczałam łyżeczkę. Mała się nią bawiła. Czasem próbowała jeść, tzn. trafić sobie nią do buzi. Nie ingerowałam w nic. Wychlapała pół talerza zupy, to wychlapała. Porozrzucała wszystkie warzywa , to porozrzucała.  Natomiast ja, w  tym czasie drugą łyżka, ją karmiłam. Córci szło coraz lepiej. Nie tak dawno, zaczęła sprawnie celować łyżeczką do buzi.( Nigdy nie pomagałam jej w trafianiu do celu. ) Ciągle jednak byłam jej potrzebna.  Lecz dziś, byłam bardzo zaskoczona.  W trakcie obiadu, poczułam się nieco dziwnie. Śmiało mogę powiedzieć, że poczułam się zupełnie zbędna. Dlaczego ? Dlatego, że córka wcale nie chciała mojej pomocy. Jak zwykle, podałam jej talerz. Wręczyłam łyżeczkę i usiadłam obok by ją nakarmić. Nie pozwoliła mi na to…Pięknie nabierała sobie zupkę i z dużą precyzja lokowała ja w buzi. Każdorazowo, kiedy próbowałam ją nakarmić, zaciskała usta. Kręciła głową. Następnie nabierała zupę i jadła. Myślałam… A dobra … Odpuszczę. Ręka jej się zmęczy, to ją „dokarmię „. Tak bardzo chciałam  pomóc jej w obiedzie . I co ? I nie pomogłam… Bo, gdy ręka opadła z sił i już nie była wstanie dźwigać łyżeczki… Dziecię me, rękami, wyjadało z zupki jak leci wszystkie warzywka i mięsko. Moje próby „dokarmienia” kończyły się złością i odpychaniem łyżki. W ten oto sposób, mała samodzielnie zjadła całą porcję. W dodatku, nie robiąc przy tym wielkiego bałaganu. Moja kruszyna, skończyła dziś szesnaście miesięcy i już za pomocą łyżeczki je samodzielnie obiad :) Niesamowicie się cieszę :)  Nie spodziewałam się takiego osiągnięcia, w takim wieku. Jestem dumna ! Tak bardzo dumna !

Czytam i czytać będę !

Jeżeli chodzi o książki, nigdy nie przepadałam za ich czytaniem. Mój brak chęci wynikał, z urazu z dzieciństwa. Może to dziwne, ale tak… zraziłam się do czytania w 3 klasie podstawówki. Kiedy to starsza nauczycielka języka polskiego, wyśmiała mnie przy całej klasie, mówiąc : Jesteś matoł , czytać nie potrafisz… a dzieci śmiały się ze mnie.  Bardzo mnie tym zraniła i jednocześnie zraziła do czytania. Każda kolejna próba czytania na głos, wiązała się z ogromnym stresem. Na szczęście to wszystko mam już dawno za sobą. Wydoroślałam i moje podejście do książek zmieniło się . Teraz robię to codziennie i z przyjemnością. ks Mając świadomość, jak czytanie może wpływać na człowieka, codziennie czytam córce. Postanowiłam, robić to od kiedy mała skończyła 2 tygodnie. Nasza przygoda z książką zaczynała się od jednego , dwóch wierszyków dziennie. Dziś przerabiamy, całą naszą biblioteczkę (ok 40 – stu sztuk ) , nawet i 2 razy dziennie. Na chwile obecna, córka ma 13 miesięcy i niesamowity zapał do książek. Nie ma dnia by nie goniła mnie z jakąś książeczka. Niejednokrotnie ciągnie mnie za rękę w stronę półki z bajeczkami. Gdy już do nich dotrzemy wyciąga rączki w górę mówiąc: ” da” , „da” . No i mama siada z dzieckiem i po raz enty wałkuje to samo. Czasem miewam dość gdy patrzę na tą stertę makulatury, bo ile można czytać w kółko jedno i to samo. Jednak widząc, jak bardzo cieszy to moja córeczkę i jak duże  efekty przynosi, po prostu zasiadam do lektury. Uważam że każda chwila spędzona z dzieckiem na wspólnym czytaniu bardzo dobrze wpływa na jej pamięć koncentracje. Im dłużej czytamy, tym dłużej córeczka jest w stanie słuchać mnie z uwagą. Od około 3 miesięcy, mała  samodzielnie zaczęła wręczać mi kolejną książeczkę, gdy aktualnie czytana zmierzała ku końcowi.  Ze stosu kartonowych bajeczek ,często wybiera ten sam repertuar , dając do zrozumienia które z nich podobają jej się najbardziej. Córka wprawdzie jeszcze dużo nie mówi, ma  na to czas, natomiast zaskakująco dużo rozumie. Pewnego dnia sprawiła iż byłam w szoku, ale jednocześnie bardzo dumna. W trakcie czytania poprosiłam ją mówiąc : Córuniu , wiesz gdzie jest książeczka o Józi ? proszę przynieś mi ją , mama Ci przeczyta . Ku mojemu zdziwieniu, mała zaczęła przewracać kupę książek rozrzuconych po podłodze i po chwili wręczyła mi tą o którą prosiłam.  To było niesamowite , pomyślałam … niemożliwe żeby niespełna roczne  dziecko wiedziało jaką treść ma dana książeczka. Z niedowierzaniem poprosiłam ją o kolejna i zaraz miałam ją w rękach …  Testowałam ją dalej , a moja duma rosła i rosła. Okazało się, że bez większego wysiłku odnalazła wszystkie z najczęściej czytanych książeczek ( ok. 15 – stu sztuk ). Upewniłam się, że moje starania nie idą na marne. Do dalszego rozczytywania się, bardzo zachęca mnie mój bratanek. Chłopiec ma cztery lata a już ładnie czyta.  Śmiem twierdzić ze lepiej niż niejeden siedmiolatek. Rodzice czytali mu dużo. W wieku dwóch lat potrafił nazwać wszystkie literki, jakie wypisane na brzuszku miał jego ulubiony miś. Jest bardzo ciekawym świata dzieckiem , o wszystko czego nie rozumie dopytuje. Czyta reklamy na billboard’ach, napisy na pudełkach od zabawek praktycznie wszystko co złożone z literek. Z własnych obserwacji wiem , ze warto czytać dzieciom. Te 20 minut dziennie nie  stanowi dla nas dużego wysiłku, z kolei dziecku da wiele, miedzy innymi poczucie iż jest dla nas kimś ważnym. Zalet czytania jest bardzo wiele , chcesz się dowiedzieć co może wnieść w życie Twojego maleństwa ? Zapraszam do odwiedzenia działu Dziecko i książka.