Wszystko tak idealnie … Tylko czemu nie u mnie ?

Dziś, w ramach przedobiedniego spaceru, odwiedziłyśmy z córcią naszych przyszłych sąsiadów. Młodzi i mili ludzie. Również, mają małe dziecko. Nigdy u nich nie byłam. Do dzisiaj. Mimo że przyszłam tam we własnym „interesie” , mimo że ciepło mnie przyjęto, żałowałam że tam trafiłam. Zastanawiacie się dlaczego ? Dlatego że poczułam się jak totalna sierota… Przeszłam przez próg i pomyślałam: Łał ! Ale ładnie ! Normalna reakcja, kiedy wchodzi się do w miarę nowego domu. Czyste ściany, nie zniszczona drewniana podłoga itd… Dom pachniał nowością. Myślę że mój zachwyt był uzasadniony. Natomiast kiedy weszłam dalej i usiadłam we wskazanym mi miejscu. Rozejrzałam się…. Wiecie co zobaczyłam ? Idealny porządek.  Po prostu idealny ! Wszystko ładnie , równo poukładane,  zabawki dziecięce również. Nic nie walało się po podłodze. Wszystko na swoim miejscu…. Oraz chłopca, grzecznie bawiącego się na dywanie.. Byłam. Nadal jestem pełna podziwu…. Jak ona to robi ? Jak ogarnia opiekę nad dzieckiem, i obowiązki domowe?… Dziecko czyste, uśmiechnięte. Ona zadbana, umalowana, a dom wygląda jak aranżacje wnętrz w Ikei… Jak ona to robi ? Kurde… Czego mi brakuje ? Czemu ja tak nie potrafię. Czemu wiecznie potykam się o dziecięce zabawki… Dlaczego panuje u mnie ciągły nieporządek ? Przecież się staram , sprzątam codziennie … Jest o wiele lepiej niż było. Niestety wiele mi jeszcze brakuje…  Chciała bym, by moje mieszkanie lśniło tak jak dom tej kobiety… Nie chcę się wiecznie wstydzić, i mówić ” Sorry za bałagan ” . Do takiego zadbanego domu chce się przychodzić. Poznałam dzisiaj, prawdziwą, perfekcyjną panią domu.  Postanowiłam wziąć sobie ją za wzór. Już nikt mi nie powie, że przy małym dziecku, nie da się mieć wymuskanego domu. Bo się da ! Skoro ona potrafi… To ja też dam rade.

Dużo się zmieniło … Ale ja wciąż istnieję !

Jestem nudziarą ! Tak … Właśnie nudziarą… Jestem trzy lata po ślubie, mam małe dziecko. Ciągle siedzę w domu i zajmuje się szeroko rozumianym życiowym dorobkiem. Jestem nudna i niewarta uwagi… Po co, tracić na mnie czas ?  Są przecież ciekawsze osoby, niż jakaś tam matka. O czym z taką rozmawiać ? O pieluchach ? Ząbkowaniu ? Czy zabawkach dziecięcych ? Eh … flaki-z-olejem Nie rozumiem dlaczego, ludzie, znajomi , w ten sposób traktują młode matki. Jestem jedną z nielicznych, a nawet całkiem możliwe że jedyną młodą mamą w otoczeniu znajomych…  Jest mi z tego powodu przykro. Nie dlatego że wkroczyłam w kolejny etap życia, ale dlatego, że im dłużej jestem mamą , tym wyraźniej widzę komu tak naprawdę na mnie zależy… Czas pokazał … Na znajomych, a w zasadzie już byłych znajomych, nie mam co liczyć. Szkoda bo człowiek by posiedział, pogadał przy kawie… Mimo zaproszeń, wszyscy ciągle zajęci. Nie mają czasu się nawet odezwać. No nic. Przypomną sobie o mnie, jak będą mieć interes. Przecież tak to działa. Czy naprawdę, z dzieciatą koleżanką nie ma o czym pogadać ? Czy jedynym tematem są  dzieci ? Matka czy nie matka , kobieta jak każda inna…  Dziwne jest zachowanie ludzi… Spodziewałam się, że znajomi trochę się odsuną, ale nie przypuszczałam że nie zostanie mi prawie nikt… Czego oni się boją ? Dziecka ? Czy tego że się zarażą, i będą po uszy,  siedzieć w zasranych pieluchach ?  Wiem jedno … Na przyjaciółkę liczyć mogę. Nie jest dzieciata, i chyba jeszcze nie prędko jej do macierzyństwa. Mimo że ma sporo spraw na głowie, nasze relacje nie ucierpiały. Cieszę się że ją mam. Co do pozostałych znajomych…. Hm… Wygląda na to że trzeba im pomachać, niech idą gdzie chcą. Ja sobie poradzę, jak zawsze, kiedy muszę. Nie jestem sama. Skoro znajomi uważają mnie za nudną, zrozumie mnie inna nudna mama.

Słoik przetworów, podbija serca ;)

Jesienią, dopadła mnie nieodparta chęć zrobienia przetworów na zimę. Doszłam do wniosku, że skoro siedzę w domu, fajnie było by poczuć się jak prawdziwa, zaradna gospodyni. Utrzymanie porządku w domu kiepsko mi wychodziło. Chciałam więc zrobić coś, co chociaż chwilę będzie widoczne ;) Nie było to łatwe, ale zaczęłam karierę zaradnej gosposi. Z racji braku czasu, jak to zazwyczaj przy małym dziecku bywa . Brałam się za robotę gdy tylko mała zasnęła. Siedziałam po nocach, myłam słoiki, gotowałam zalewy itd… powolutku, na raty i udało się.  Zrobiłam powidła śliwkowe, selera konserwowego, papryczkę konserwową, pomidorki koktajlowe w zalewie i sałatkę z marchwi i papryki. Spodobało mi się. Jesienne wieczory spędzałam sama, maż w delegacji… Postanowiłam zatem nie nudzić się, a poszperać w necie, i znaleźć jeszcze coś dobrego. Grzebałam i grzebałam… Wszystko wydawało się takie obcykane. Moje uparte szukanie, przyniosło efekty. Znalazłam ciekawy przepis. Zabrałam się do dzieła i…. Tadam ! Ukisiłam marchewkę :) Zastanawiacie się teraz: Jak to marchewkę ?  Co za dziwactwo ? Jakoś nie wyobrażam sobie, kiszonej marchwi … Tak, tak. Nie ogórki, a marchewkę ! Właśnie tak samo zareagowałam, kiedy odkryłam ten wynalazek. Moja ciekawość była na tyle duża, że musiałam spróbować. Jest to proste jak drut, a efekt rewelacyjny. Niepowtarzalny smak, a jaka chrupka ! Mniam…  Wszyscy w domu się zajadaliśmy, łącznie z naszym bobasem. Teraz już się nie zajadamy, tę przyjemność zostawiliśmy córce. Zostały zaledwie dwa słoiczki. Mała rozkoszuje się smakiem, jak by to była najpyszniejsza rzecz na świecie. W tym roku, narobię słoików jak dla armii. Niech córcia je , skoro tak lubi. :)  marchew-kiszona

Dla zainteresowanych:

Potrzebna jest, marchew ok 2 kg (ja miałam malutkie, niewyrośnięte marchewki) ,dwie główki czosnku, koper , liść i korzeń chrzanu, gorczyca, sól.

Marchewki, dobrze wymyć , nie obierać ze skórki. Wcisnąć do słoików wraz z dodatkami. Zalać gorącą, słoną zalewą. Dobrze zakręcić i gotowe. Za trzy dni, marchewka będzie małosolna, po tygodniu kiszona.

Zachęcam do spróbowania :)

Sikam sobie

Miesiąc temu, kupiliśmy nocnik. Zakupu dokonaliśmy, z myślą powolnego przyzwyczajania córki do tego wynalazku. Nie było jednak powolne. Gdy tylko dowieźliśmy go do w domu , po prostu zaczęliśmy ją na nim sadzać. Nasz pośpiech wynikał z ciekawości. Jak będzie się zachowywać, gdy ja posadzimy ? Czy zrobi siku ? Czy w ogóle, zaczai o co w tym chodzi ? itd. Na początku mała wcale nie chciała na nim siadać. Czasem nawet się denerwowała. Zdecydowanie bardziej interesowała ją zabawa nowym przedmiotem. Całkiem nieźle się bawiła, wciskała do niego wszystko co miała, łącznie z własną głową. Z czasem zainteresowanie nocnikiem jako zabawką, zeszło do minimum. Po ok 2 tygodniach prób posadzenia dziecka, udało się ją przekonać. Pewnie wiele z Was pomyśli sobie: „Oszalała, roczne dziecko już na nocnik ? ”  lub „jeszcze sama nie chodzi, a już mordują ją nocnikiem”. Każda ma prawo do swojego zdania.                                           sikam-sobie Osobiście uważam że, na naukę samodzielności nigdy nie jest za wcześnie. Rozpoczęliśmy uczenie córki dość szybko, ale nie czuję by było to coś niewłaściwego. Wręcz przeciwnie od kilku dni dostrzegam drobne efekty. Często zaczyna się interesować nocnikiem, np próbując na niego wchodzić. Po posadzeniu okazuje się że chciała siku. Gdy zapytam ją w ciągu dnia: Chce ci się siku ?, Zrobimy siku do nocniczka ? Kiwa główką, i gdy już ją posadzę robi siku. Nie są to może duże osiągnięcia, i daleko do samodzielności.  Lecz dla mnie mamy, jest to duży skok w przód i dowód na to że 13-miesięczne dziecko, jest wstanie podołać wcześniejszej nauce wołania za potrzebą. Po cichu liczę na to , że w wakacje będziemy latać bez pieluszki. Zachęcam Was drogie mamy do próbowania. Myślę, że warto dać dziecku szansę wcześniej. Krzywdy w ten sposób im nie zrobimy.

Z życia roztrzepanej matki ;)

Dzisiaj, jak w każdy inny dzień, wybrałyśmy się na spacer. Przeważnie wychodzimy przed obiadkiem. Robimy tak, by mała trochę pooddychała świeżym powietrzem , i po powrocie miała większy apetyt. Dziś jednak było odwrotnie, najpierw obiadek, później spacerek. Córka w trakcie i po obiadku, była strasznie marudna. Ciężko było zebrać się na spacer, słychać było tylko darcie… A ja, mama tej rozdartej „małpki” robiłam wszystko, żeby wyjść jak najszybciej nie zapominając o niczym. No i prawie się udało :) Ubrałam siebie i mała jak należy, spakowałam picie i przekąskę na drogę. Gdy byłyśmy gotowe wyszłyśmy na spacer. Chodziłyśmy sobie beztrosko tu i tam. Kiedy zdecydowałyśmy się wrócić do domu, czekała mnie niespodzianka. W momencie zorientowałam się o czym zapomniałam przed wyjściem z domu…. Otóż roztrzepana mama nie schowała obiadu do lodówki. Dokładniej mówiąc, przyszykowałam wcześniej obiadek dla męża. Zostawiłam w kuchni na blacie. Mąż po powrocie miał go odgrzać w mikrofali , ale już nie odgrzeje , bo nie ma co… Nasz kochany psiak, spałaszował wszystko co najlepsze, zostawiając jedynie ziemniaki :D Nie mogę się doczekać, aż mąż wróci z pracy.  Już widzę, jaką będzie miał minę, kiedy mu powiem:  ” Kochanie nie masz dzisiaj obiadu, Twoją porcję zjadł pies ” Obstawiam, że będzie bardzo zadowolony ;)

Uwięzione …

Trochę mało rozrywki mamy, w naszym wspólnym życiu. Zmieniło się wiele, odkąd jestem mamą. To moje matkowanie, wiąże się z ciągłym siedzeniem w domu. Pisząc „ciągłym” mam na myśli to, że bardzo rzadko się gdzieś ruszamy. Nie chodzi mi tu o spacery , wyjścia do sklepu , czy odwiedziny jednej lub drugiej babci.  Te atrakcje zaliczam do matczynej codzienności. Nasz areszt, nie jest spowodowany córka, ani tym że karmię piersią. Bo ani ona, ani sposób karmienia nie jest tu problemem.  Stanowi go fakt, że mieszkamy na wsi. Wieś ta, nie należy do tych zabitych dechami… Leży w pobliżu miasta i jest dość dobrze zurbanizowania.  Zawsze dobrze mi się tu żyło… Lecz teraz dopiero, dostrzegam jej duży minus. Oprócz placu zabaw , nie mamy nic z czego można było by skorzystać, wraz z małym dzieckiem. Im dłużej jestem mamą , tym bardziej to mi przeszkadza. Bycie z córka codziennie prawie 24/h na dobę, stało się moim stylem życia. I jak na razie nie wyobrażam sobie bym „odcięła tę pępowinę” i pojechała sama gdzieś na dłużej. Dlatego tak bardzo, przeszkadza mi fakt, że w miejscu naszego zamieszkania nie ma nawet głupich zajęć, dla mam z niemowlakami. Nasza codzienność jest dość monotonna. Spacery , zakupy , odwiedziny, zabawa w domu …  Czasem bokiem mi to wychodzi. Strasznie mi się marzy by regularnie uczestniczyć, czy to w jodze, czy innej gimnastyce wspólnie z córcią. Teraz pewnie, pojawia się Wam pytanie : ” Skoro ma blisko do miasta , czemu nie pojedzie z dzieckiem na zajęcia ? W mieście jest ich przecież dużo „.  Wiele osób mi to mówi. Dla nich to takie proste…. Dla mnie już nie jest to taki pikuś. Do najbliższego miasta (w pobliżu są trzy) mam zaledwie pół godziny. Nie jest to długo … Niejednokrotnie, myślałam o tym by wziąć małą , wpakować do busa i jechać się rozerwać ! Kończy się głownie na myśleniu … Od tego pomysłu, szybko zniechęcają mnie trudności,  z jakimi będzie się wiązać wspólny wypad. Między innymi : Pół godziny w busie, na moich kolanach mała nie wysiedzi. Busy często zatłoczone.. Jak ja się wepcham do busa ? Ze spacerówką, z rocznym niechodzącym samodzielnie maluchem i torbą z wyprawka dla niego ? To chyba nie realne …  Znajomi słysząc jak czasem sobie marudzę, mówią: ” Przecież macie samochód, nie możesz po prostu zabrać kluczyków i ruszyć w drogę ? ” To wydaję się takie łatwe do zrealizowania… Owszem, mamy samochód, ale jeden, który jest narzędziem pracy mojego małżonka. Maż prowadzi własna firmę. Ma na tyle dużo pracy, że gdy wyjedzie z domu rano, wraca wieczorem… Czasem zdarza mu się luźniejszy dzień, tj 2-3 godzinki i po pracy. W taki dzień teoretycznie, mogłybyśmy wpakować się z córcią, i w tym czasie zaliczyć jakieś ciekawe zajęcia.  Niestety tak jak piszę teoretycznie, w praktyce nie jest tak różowo. Gdyż niejednokrotnie zdarzało się, że nagle wypadła mu jakaś awaria lub ważne zlecenie. Zamiast wrócić zaraz do domu , pojawiał się w nim dopiero wieczorem. Więc zabieranie się z mężem odpada , bo to wielka loteria. Wrócimy do domu tuż po zajęciach, lub będziemy się włóczyć cały dzień po mieście czekając na tatę. Po roku macierzyństwa, zaczęłam czuć się jakby uwięziona. Brak drugiego samochodu i uzależnienie od męża, daje mi się teraz we znaki. Pozostaje, kupić sobie jakieś jeździdło, lub nie patrząc na nic, zabrać się na wyprawę busem. Może obie jakoś to przeżyjemy i nie będziemy miały dość, na najbliższe kilka miesięcy.  W każdym razie muszę coś z tym zrobić. Inaczej zwariuję.

uwiezione