Dziecko nie jest krową !

Kiedyś pisałam post, w którym mowa była o szanowaniu dziecięcej prywatności. Dla chętnych link -> TUTAJ . Natomiast dziś, pragnę wyrazić swoje zdanie w podobnym temacie. Mianowicie w temacie kolczyków i przekłuwania dzieciom uszu. Ilu rodziców tyle opinii. Moja, dla niektórych, może wydawać się trochę dziwna. Zapewne ktoś z Was, stwierdzi że przesadzam i robię z tego „wielkie halo „. Więc przeczytajcie i oceńcie sami.

Zauważyłam że, kolczyki u niemowląt stały się dość popularne, można by stwierdzić że stało się to modne. Dziecko nie zdąży jeszcze wypowiedzieć pierwszego „ma-ma” , a już owa mama leci z córką do kosmetyczki. W celu upiększenia jej delikatnych uszek małymi złotymi kulkami.  Jestem temu przeciwna. Oj bardzo przeciwna !  Moja rodzina, już o tym wie. Jako pierwsza, dowiedziała się teściowa, która zaczęła przewijać ten temat, zaraz po tym jak mała skończyła miesiąc. Nie było jej w smak. Trudno… Nie będę kolczykować dziecka, tylko dlatego że, to „ładnie wygląda” . Tym bardziej dlatego, że podoba się to babci. Nie muszę podążać za modą ! Moda jest od tego by ją do siebie dostosowywać , wybierać z niej to co nam pasuje. Nie po to by ślepo za nią iść !

Dużo rodziców, robi kolczyki pociechom bez zastanowienia. Nie pomyślą o dziecku, o tym co ono będzie czuć… Itd.  Najważniejsze , by ładnie wyglądało, lub by nikt więcej nie wziął ich córki za chłopca. Zasłaniając swoją decyzje tym że to nie boli, że teraz robi sie to pistoletem. Trwa to tak szybko, że maluch się nawet nie zorientuje. Bzdura ! Nawet malutkie dziecko, nie jest głupie… Doskonale wie że coś mu się robi.. Przekłuwanie uszu pistoletem, mimo że trwa szybko, jest gorsze od igły. Kto się orientował w tym temacie, ten wie. Pistolet w trackie zabiegu (w zasadzie to kolczyk) rozrywa ciało. Powstaje tzw. rana szarpana, która bardzo często źle się goi. Próbując w ten sposób upiększyć dziecko, narażamy je na :

  • Powstanie stanu zapalnego. Ropiejące, bolące małżowiny.
  • Niewygodę. Drogie mamy. Same wiecie jak „przyjemnie ” śpi się w tzw. wkrętkach. Należy pamiętać, że maluch przez długi czas będzie odczuwał spory dyskomfort.

Jestem ciekawa, ile osób bierze to pod uwagę przy podejmowaniu decyzji.  Mówi się. Im wcześniej tym lepiej. Ciekawe, dlaczego ? Pewnie dlatego, że niemowlę nie powie nam NIE ! Mamo NIE chcę ! Robienie dzieciom kolczyki w tak młodym wieku, uważam za czysty egoizm, oraz traktowanie dziecka przedmiotowo.. Dziecko to nie zabawka. To nie lalka z którą możemy robić co nam się żywnie podoba. Podsumowując , kolczykowanie małych dzieci to :

  • Traktowanie ich jak bydło. Tak ! Krowa również nie protestuje, gdy przyczepiają jej numerek na ucho.
  • Nieposzanowanie ich małego, bezbronnego ciała.
  • Odbieranie możliwości samodzielnego zadecydowania.

Oprócz tego co napisałam, napiszę coś jeszcze. Gdybym poszła z córką i zrobiła jej, w wieku 17-stu miesięcy, kolczyk w brwi lub pępku, została bym zlinczowana i osądzona o znęcanie się nad dzieckiem. A prawda jest taka. Kolczyk to kolczyk. Niezależnie czy zrobiony jest w brwi czy uchu, jest to nic innego, jak ingerencja w dziecięce ciało. Być może, wielu ludzi nie zobaczy w tym nic wspólnego, bo przebijanie uszu niemowlętom stało się niemal czymś normalnym. Dla mnie jednak, jest to zupełnie to samo.  kolczyk-w-pepku

Zapraszam do komentowania.

Na mamę mogę liczyć ! Ona zawsze potrafi pocieszyć ;)

Dziś będzie krótka anegdotka, dotycząca wyglądu dziecka ;) Jak większość matek , chciałam, wręcz marzyłam o tym, by moja córka była do mnie podobna. Choć trochę podobna. Kiedy się urodziła, wszyscy, jak jeden mąż mówili, że jest podobna do taty. Ciągle słyszałam ” Cały tata ” , ” Córa wdała Ci się w ojca „, ” To w ogóle Twoje dziecko ?”. Tak w kółko. Nawet neonatolog kilkakrotnie powtórzyła ” Kropka w kropkę jak tata „.   Czasem, robiło mi się przykro… Najgorsze, że sama też to widziałam. Zero podobieństwa. No zero !  Chciałam, by choć trochę, miała ze mnie … Dziewięć miesięcy noszenia. Cztery miesiące wymiotów, a ona podobna do tatusia ;) No gdzie ta sprawiedliwość.. Pewnego dnia, ręce mi opadły. Mała, miała może miesiąc , może półtora. Odwiedziła nas moja mama. Babcia jak to babcia , zachwycała się swoją wnuczką. ” uciu puciu ” , ” a ti ti maluszku ” , ” a kto się do babci uśmiecha ?  ” i takie tam. Wszystko fajnie. Biorę mała na przewijak. Najwyższa pora zmienić pieluszkę. Rozbieram dziecko. Odpinam pampersa…. Wtedy… Z ust mojej mamy padają słowa : ” Widzisz ?. Ona, tylko tu, jest do Ciebie podobna .” :) Tego to się nie spodziewałam ! :)

Ps. Doczekałam się ! :)

Szanujmy dziecięcą prywatność !

Jako rodzice, chcemy chronić własne dzieci. Pragniemy by nikt ich nie ranił, nie obrażał. Dbamy by były doceniane, szanowane itd. Nic w tym dziwnego. Zachowanie typowe dla rodziców. Lecz przykre jest, i zupełnie dla mnie niezrozumiałe, że istnieją matki i ojcowie, którzy nie widzą że sami narażają własne pociechy. Jak ?  Wystawiając ich zdjęcia na portalach społecznościowych. Być może niektórzy, niektóre z Was zastanawiają się o co mi dokładnie chodzi ? Uważam, że spora część rodziców,  z mojego otoczenie, i zupełnie mi nie znanych, totalnie przegina. Galerie przepełnione przeróżnymi zdjęciami, niejednokrotnie niekorzystnymi… Opisy do zdjęć często bardzo szczegółowe. Niby to nic takiego, ale… No właśnie, ja widzę tutaj wielkie ale… Czy kiedykolwiek któryś z tych rodziców zastanawiał się, nad tym co robi ? Ludzie coraz więcej informacji o sobie i swojej rodzinie umieszczają na facebooku i innych portalach. Wystarczy niewielka, nieprzemyślana ilość informacji, np zdjęcie dziecka i wpis ” dziś pierwszy dzień w przedszkolu takim i takim ” i już stwarzamy potencjalne zagrożenie dla naszej pociechy. Owszem, każdy ma prawo robić co chce, i publikować co chce. Ale to że mamy do tego prawo , nie oznacza że możemy decydować za dziecko, jakie zdjęcia, i jakie informacje o nim, będą krążyć w internecie… Ostatnio zrobiło się modne tworzenie niemowlętom, ich prywatnego konta na fb. Co z tym się wiąże ? Sterta różnych fotek, tona opisów i informacji o dziecku.  Niemowlę nie powie „mamo nie wrzucaj w sieć moich zdjęć, nie pisz co jadłem dziś na obiad, nie informuj wszystkich kto mnie dziś odwiedził ” . Lecz gdy podrośnie, może mieć nam to za złe. Pamiętajmy że co wrzucimy do sieci to już tam krążyć będzie… I w przyszłości może być dla dziecka problemem… To że chcemy się pochwalić, nowo narodzonym dzieckiem, że chcemy pokazać światu jak ładnie stawia pierwsze kroki. Rozumiem. Sama czuje taką chęć. Jednak chęć ta nie uprawnia nas, by wrzucać do sieci tony osobistych zdjęć, i z życia dziecka robić dostępną dla wielu kronikę… Rażące jest, że dziecko jeszcze dobrze nie „pierdnie” a już cała rzesza fejsbookowiczów o tym wie… Szanujmy dziecięcą prywatność. Czy dziecko nie ma prawa do prywatności ? Czy ma je tylko dorosły ? Ma prawo ! Ma takie same prawa jak wszyscy!   Szanujmy to … Nie udostępniajmy całemu światu życia prywatnego. Przecież są inne formy podzielenia się szczęściem. Dlaczego od razu portale społecznościowe ? Czy naprawdę zależy Wam na tym by zupełnie nieznana baba oglądała zdjęcia waszego dziecka? Lub jakiś pedofil ślinił się na widok Waszego słodkiego dzidziusia ?  Po co stwarzać zagrożenia ? Sama, często mam ogromną chęć pochwalenia się swoją córeczką. Mam przecież pełno powodów do dumy. Jednak nie robię z jej życia show dla ciekawskich. Mam telefon, i kiedy najdzie mnie taka ochota, wysyłam mms’y do cioci , babci , wujka … do najbliższych. Do tych którzy są bezpośrednio z małą związani. Czasem wyślę zdjęcie do przyjaciółki czy dwóch dzieciatych koleżanek…. To wszystko. W zupełności wystarcza. Przysięgłam sobie, że nie wstawię żadnego jej zdjęcia na żaden portal… Nie wstawię… Mimo że jest jeszcze taka malutka, szanuję jej prywatność… szanuję jej dzieciństwo. Zdjęcia które jej robię, są dla niej. Jest to pamiątka rodzinna. I tak pozostać powinno. Gdy podrośnie, sama zadecyduje czy, gdzie, i co będzie publikować. A do tego czasu będę chronić jej prywatność.  album-dziecka

Mała dostaje pypcia :)

Jestem ciekawa, czy wasze dzieci również mają pypcia na jakimś punkcie ? W takim stopniu, że jak to coś zobaczą odbiera im umysł ?  Moja córka ma. Zastanawiacie  się pewnie, o co chodzi :) Szybko więc wyjaśniam. Córka uwielbia koty. Pomyślicie że przecież to normalne, dzieci lubią zwierzęta, ciekawią je.  wiem… Małą interesują pieski, rybki, chomiki, ptaszki łącznie z pra-dziadkowymi kurami :) Natomiast kot ją nie ciekawi… Ona ma po-prostu kota na punkcie kota ! Zaczęło się niewinnie, córa od kiedy skończyła pół roku na widok kota zaczęła piszczeć. Pomyślałam, normalna reakcja, podoba jej się. Ale im starsza tym zafascynowanie rosło i rosło i rosło… Aktualnie sprawa wygląda tak: Widząc na spacerze jakiegoś dachowca , chce wyskoczyć z wózka. Jak jest na własnych nogach, człapie w jego kierunku. Kiedy jesteśmy u babci ( mojej mamy), która posiada takowe zwierzę, małej nie da się wybudzić z transu. Dopóki kotek gdzieś się włóczy, bądź śpi schowany jest dobrze. Córka bawi się ładnie. Kiedy czworonóg wejdzie w jej pole widzenia…. Eh… Nie ma życia. Nie ma życia ani on, ani ja :) Mała zachowuje się jak zahipnotyzowana. Puszcza się w pogoń. Łazi za nim krok w krok, piszcząc i miaucząc. Robi wszystko by dorwać się do kota i go pogłaskać. ( czytaj: pogłaskać, wytargać za ogon i łapy, wsadzić palce do uszu i oczu, pociągnąć za sierść). Nawet, kiedy je, nie da mu spokoju. Wykorzystuje moment i próbuje go tłamsić… Oczywiście staram się ją odciągać od kota. Tłumaczę że kotek chce iść spać, czy że teraz je i potrzebuje spokoju itd…  Żadne moje argumenty do małej nie docierają. Tylko ślepo do tego zwierza. Parę razy już dostała ostrzeżenie, kocim pazurem. Myślałam że choć troszkę się zrazi… Myliłam się. Oj grubo się myliłam. Jak grubo, przekonałam się kiedy dostała kociego sierpowego w lewy policzek. Nawet nie zareagowała…  Będąc u mamy robimy wszystko by córa jednak posiedziała z babcią a nie latała za kotem…  Możemy sobie gadać do niej. Przepędzać kota w inny kąt. Nic nie działa… Ona i tak ciągnie za nim, a kot zaraz przyjdzie z powrotem i położy się np w dziecięcych zabawkach. Dopóki mruczek w domu, dziecko ma klapki na oczach. Więc po chwili zabawy, zwierzak ląduje znów na zewnątrz lub w innej części domu. kot-na-punkcie-kota To nie wszystko, co wyraźnie mówi mi że dziecko ma pypcia. Jak złapie fazę, potrafi miauczeć dobre kilka minut. Wypatrzy kotka wszędzie. Nawet ja nie jestem tak spostrzegawcza. Czy to kubek ciotki, czy to jakieś opakowanie na półce sklepowej itd… Wszędzie kota znajdzie. Kiedy czytamy książeczki, wybiera te w których jest napisane o kotku, bądź takie z kocim obrazkiem. Czapkę ma z kotem… Dzięki ciotka ! Bez tej czapki, nie dało się dziecka ubrać na spacer. Teraz w trakcie ubierania, z zadowoleniem patrzy w lustro i miauczy :) Ma dwie bluzeczki z kotkiem, jak zobaczy je gdzieś na wierzchu, zaraz podwędzi i tuli. Pluszowego mruczka dostała pod choinkę. Jak wpadnie w jej ręce to go wyściska, całuje, głaszcze, karmi … Potrafi nawet całować, tulić ilustrację. Mała zna dużo zwierzątek, umie większość z nich wskazać i naśladować… Wszystko fajnie… Pokaże krowę, pokaże pieska, biedronkę, węża, pająka itd. W momencie kiedy na stronie w śród zwierzątek pojawi się kotek, nie pokaże nic. Nic, prócz kota oczywiście. Wskazuje go dumnie, z uśmiechem i jej słodkim ” aałłłł „. Zapytana jak robi kura? Odpowiada ślicznie ko – ko, zapytana jak robi wąż? Ładnie syczy. Mogę ją wypytywać a ona naśladuje. Do momentu, popełnienia błędu… Jakiego ? Oczywiście że do momentu zapytania: Jak robi kotek ? Wtedy już po zabawie… Odpowie rzecz jasna ” aałłłł ” ale na tym się kończy. W sumie to nie kończy bo to ” aałłł ” i ” aałłłł ” słychać długo. Na każde moje pytanie odpowiada swoje miauczące ” aałłł ” :D  Cieszę się że lubi zwierzęta, i że upodobała sobie jedno konkretne. Będąc dzieckiem, miałam bzika na punkcie psa. Ale nie w takim wieku ! Rozumiem ją trochę. Mimo tego obawiam się o nią. Jeszcze chwila i jej nie upilnuję. Nie dam rady ochronić przed pazurami…Jeśli jej fascynacja nie przejdzie, i wda się we mnie, to za parę lat będę miała kociarnię w domu :) Ciocia Kiki z pewnością się ucieszy :) Ja jakoś to przeżyję. Mężowi będzie zdecydowanie trudniej… Drogie mamy. Czy któraś z was przeżywa to samo, bądź coś podobnego ? ,

Już po wszystkim…Nareszcie.

Dziecko już śpi. Dawno nie cieszyłam się tak bardzo z tego powodu.  To był ciężki dzień, dla nas wszystkich… Ale najcięższy z pewnością dla córci. Cały dzień, towarzyszył nam płacz i zły nastrój. Ciągłe tulenie, noszenie na rękach, sen przeplatany z płaczem… Wszystko spowodowane upadkami… Eh… Że też nie da się przed nimi dziecka uchronić. Zdarzały nam się, nie raz nieduże potłuczenia, ale dzisiaj przebiliśmy wszystko. Pierwszy wypadek zdarzył się podczas jedzenia kaszki. Rano, jak co dzień karmiłam małą, biegając za nią po całym mieszkaniu, by ta zjadła choć troszkę. Mała chodziła od zabawki do zabawki, po czym przystanęła na chwilkę przy krześle. Ja, jak to w zwyczaju miewam, kucnęłam koło niej. Córa, która była odwrócona do mnie tyłem, nagle wpadła na pomysł że się o mamę oprze. I wtedy łubu dup… Źle obliczyła i padła na ziemię… Masakra… Mimo że już potrafi upadać ładnie na pupę, tym razem nie upadła. Poleciała do tyłu, prosta jak kłoda.. Walnęła tyłem głowy o podłogę. W sekundzie  krzyk i płacz jakiego jeszcze nie było… Nie mogłam jej uspokoić, nic nie działało. W końcu przy piersi jakoś się udało. Stało się to tak szybko że nie zdążyłam zareagować, zresztą nie zdążyła bym. W jednej ręce łyżeczka w drugiej talerz… Wyglądało to strasznie i na pewno też swoje bolało. Po upadku nie ma nawet śladu. Drugi natomiast, zostawił po sobie nie jedną pamiątkę. Szukałam w komodzie córki, coś sensownego do ubrania. Stałam jakieś dwa metry od niej. Mała próbowała usiąść sama na nocniku, była asekurowana przez tatę. Parę razy udało jej się wejść na niego, zawsze pod kontrolą. Tym razem wychodząc podwinęła sobie jakoś dziwnie nóżkę. Wszystko widziałam, już tak mam że nawet jak mąż się nią opiekuje to zerkam co dziecko robi. Mąż też widział, nie spodziewał się że poleci w przeciwnym kierunku… Nawet na moje ” łap ją” nie zdążył zareagować. Mała próbując przestawić nóżkę straciła równowagę, prze-fiknęła się do przody i upadła prosto na twarz… Znów płacz, krzyk i problem z uspokojeniem … Cóż się dziwić … Drugi upadek w ciągu kilku godzin… Z początku nie zapowiadało się by miał zostać jakiś ślad… Po chwili jednak wyszła śliwa na łuku brwiowym, i na policzku siniec z lekkim rozcięciem… dziecko-z-guzem  Trzecia i na szczęście ostatnia nieszczęśliwa przygoda, to  wywrotka w przedpokoju u babci. Dobrze że córcia była grubo ubrana, i tym razem nic się nie stało… Wystraszyła się i narobiła sporo hałasu … Po każdym jej upadku, miałam serce w gardle. Czułam że zawiodłam, nie ochroniłam jej. Stałam przecież tak blisko … A jednak nie zdołałam jej ochronić. Dobrze że poszła spać, ciut wcześniej niż zwykle. Nie spotkało ją dzisiaj nic dobrego… Wiem, że każdy z nas to przechodził , że nie raz nabiliśmy guza czy stłukliśmy głowę, i przeżyliśmy. Mimo tej świadomości, w takich sytuacjach serce mi się kraja. Biedne te dzieci… Tyle razy jeszcze upadną, potłuką się zanim uodpornią się na takie wypadki.

Co dla dziadków ? Czyli Dzień Babci i Dziadka.

Moi dziadkowie, już odpoczywają na chmurkach. Mimo że już ich nie ma, dylemat związany z świętem Babci i Dziadka pozostał. Zmieniła się tylko moja rola. Jako matka muszę zadbać, by dziadkowie mojej córy poczuli, że się o nich pamięta. Pytania typu : Co kupić ? Czym sprawić przyjemność ? Jakoś nie zaprzątały mi głowy. W prawdzie, nie byliśmy jeszcze u żadnych dziadków z życzeniami, ale drobny upominek już jest. Pomyślałam że skoro są to święta dziadków , to prezent powinien być od wnuczki. Nie ode mnie czy mojego męża tylko właśnie od wnuczki, niezależnie w jakim jest wieku. Mała ma dopiero trzynaście miesięcy, nie umie pisać, nie umie rysować. Mimo tego postanowiłam dać jej pole do popisu. Przygotowałam farbki ,oraz kartki papieru, wcześniej wycięte w kształt serduszka. Posadziłam córkę przy stoliku i najzwyczajniej w świecie, pozwoliłam jej pociapać się w farbkach. Mała bazgrała paluszkami po czystych kartkach i odbijała rączki. Sprawiało jej to frajdę. W efekcie tej świetnej zabawy powstały całkiem ciekawe laurki. Które mamy w planie dostarczyć, w najbliższym czasie, wszystkim dziadkom. Myślę że takie laurki, sprawią im naprawdę dużą radość. Bo chyba nie ma nic lepszego niż prezent wykonany własnoręcznie. A u Was Drogie Panie, jak wygląda święto dziadków ?   Jakie w tym roku macie pomysły, na sprawienie im choć trochę przyjemności ? dzien-babci-i-dziadka

Matka ! Weź Ty się wreszcie ogarnij !

Przed ciążą dbanie o dom, nie było dla mnie niczym trudnym. Zdarzało mi się mieć czasem bałagan. W ciąży natomiast, mieszkanie lśniło jak nigdy w życiu. Ze wszystkim sobie radziłam. Zawsze posprzątane, wyprane , wyprasowane, obiad ugotowany, zakupy zrobione. Wszystko ogarniałam i miałam jeszcze dużo czasu dla siebie. Mogłam sobie jeździć na jogę dla kobiet w ciąży, i spotkania z przyjaciółka. Czasu miałam pod dostatkiem. Ogarniam się już od roku i ogarnąć się nie mogę. Czuję się z tym faktem coraz gorzej. Zawsze wydawało mi się że, wszystko da się pogodzić i że, ze wszystkim sobie poradzę. Kiedy zaczęłam swoją karierę w macierzyństwie, nadal tak uważałam. Przez pierwsze trzy tygodnie, wspólnego życia z noworodkiem było ekstra. Chata czysta, obiad gorący, oboje z mężem wystrojeni. Chodziłam nawet niewiarygodnie wyspana. Wszystko to wraz z moim entuzjazmem, skończyło się. Małą dopadły kolki. Mąż w pracy, a na mojej głowie cały dom i płaczące dziecko. Nie było mowy o sprzątaniu, praniu a tym bardziej gotowaniu. Całymi dniami dziecko w ramionach i ciągłe szukanie sposobu na ulgę. Po takim dniu byłam tak wykończona że nie w głowie było mi sprzątanie. Wszystkie obowiązki domowe, miałam głęboko w d…. . Kolki minęły, i nadzieja że się od-sprzątam powróciła. Guzik…. Im córka starsza tym więcej uwagi potrzebowała. Żadne leżenie w łóżeczku nie wchodziło w grę. Leżaczki , bujaczki i inne wynalazki również odpadały. Krótko mówiąc, od trzeciego tygodnia jej życia, brakuje mi czasu na zajmowanie się domem. Prawie w całości poświęcam go na zaspokojenie jej potrzeb. Myślałam że będzie łatwiej wszystko pogodzić… Czasem myślę sobie, że jestem jakaś upośledzona, skoro nie potrafię ogarnąć domu, poprasować ubrań, znaleźć czasu dla siebie. Nie potrafię zrozumieć, jak robią to inne mamy. Lśniąca chata, i szczęśliwe dziecko ? To chyba dla mnie, nie do osiągnięcia. W ciągu dnia, mam co robić przy małej. Poza ugotowaniem jakiegoś sensownego obiadu, trudno o czas na cokolwiek innego. Wstyd się przyznać, ale gdy już zrobię pranie to czasem kisi się w pralce dzień lub dwa… W kuchni wiecznie zbierają się brudne gary… Masakra… Jakoś nie wyobrażałam sobie że będzie ze mnie aż tak nieperfekcyjna pani domu. pani-domu Nie wiem z czego to wynika … Być może brak mi organizacji. Być może z tego że, od początku muszę radzić sobie sama. Nie mam do pomocy żadnej babci, mąż wiecznie pracujący. Wszystko na mojej głowie. Mimo tego że wiedziałam jak będzie, byłam pewna że sobie poradzę. Czasem dostawałam porady typu: Wsadź mała do łóżeczka , zasyp zabawkami niech się pobawi sama a Ty będziesz miała czas na ogarnięcie chaty. Porada fajna. Chciała bym by tak było. Moja córka nie pobawi się sama. Zdarza jej się to raz na jakiś czas, zdecydowanie za mało by można było mówić o czasie na sprzątanie. Ledwo wystarcza go na obranie warzyw do obiadu. Oczywiście mogła bym wsadzić małą do łóżeczka na godzinę i zabrać się za porządki. Niestety wiąże się z tym straszny lament… Nie znoszę jej płaczu, zwłaszcza gdy próbuję coś zrobić. W takich momentach krew mnie zalewa, nie jestem w stanie kontynuować tego co zaczęłam. Robię się zbyt nerwowa i odbija się to na relacjach z wszystkimi. Ostatnio nawet nakrzyczałam na swoją mamę, zadzwoniła w nieodpowiednim momencie. Codziennie próbuję przywrócić mieszkanie do stanu używalności i utrzymać go w nim jak najdłużej.. Rzadko kiedy wychodzi …Mam szczęśliwe dziecko i bałagan w domu, albo zapłakane dziecko, mniejszy bałagan w domu i górę nerwów.  Nie wiem czy tylko ja jestem taką ciapą życiową ? Mam nadzieję że się w końcu ogarnę, i wypracuję jakiś system. Pogodzić to wszystko to moje marzenie. Jak Wy to robicie ? Macie jakieś skuteczne sposoby ?

Tak właśnie tak ! Sylwester z dzieckiem wcale nie musi być nudny.

Rok temu spędzałam Sylwestra w domu, z mężem  i trzytygodniową córcia. Nikogo ten fakt nie dziwił. Normalna sprawa w końcu mieliśmy maleństwo w domu. Tym razem było jednak inaczej. Ciągłe pytania ze strony znajomych co robimy w Sylwestra ? Gdzie idziemy ? itd. Odpowiedź była jedna : Nic , zostajemy z dzieckiem . Wtedy dopiero się zaczęło…  Chce wam się z dzieckiem siedzieć ? Nie może go ktoś popilnować ?  Bez sensu tak siedzieć , pchnijcie dziecko którejś babci… I to zdziwienie w oczach.  Wrrrr … Jak ja tego nienawidzę ! Ktoś pyta , ok odpowiadam … ale włażenie w czyjeś życie z butami , a przede wszystkim podważanie naszych decyzji , działa na mnie jak płachta na byka . Chęć zostania z dzieckiem w taki dzień nie jest dla mnie niczym dziwnym . Zrezygnowałam z niejednej imprezy i nie czuje się z tego powodu źle. A wręcz przeciwnie. Uwielbiam z nią przebywać i napajać się jej cudnym uśmiechem. Od kiedy jest z nami , nie czuje najmniejszej potrzeby wychodzenia na dłużej nie mówiąc już o całonocnych balangach. To że ktoś nie potrafi  zrozumieć , i sam woli pozbyć się dziecka to jego sprawa. Tak jak moim wyborem jest Sylwester z małym dzieckiem , i nikomu nic do tego.  Mimo że wielu znajomych mnie nie rozumie , uważam że podjecie takiej decyzji nie musi od razu oznaczać  beznadziejnego wieczoru. Jak się chce to wszystko można. Dzień przed „hucznym dniem” spontanicznie zgadaliśmy się z moim, również dzieciatym, bratem. Zamiast siedzieć sami siedzieliśmy w szóstkę. Zgotowaliśmy sobie całkiem niezłą domówkę. Dzieci się bawiły, i my się bawiliśmy. A dzieci jak to dzieci, długo nie posiedziały. Gdy już pociechy smacznie spały, my bawiliśmy się na luzie. Nie żałuje że nie ” wcisnęłam dziecka babci „,  jak radzili znajomi. Córka jest moim szczęściem. Nie stanowi dla mnie problemu , którego trzeba się pozbyć, by dobrze się bawić. Mała była z nami , cieszyło mnie to bardzo … zupełnie w niczym nie przeszkadzała. Bawiłam się świetnie !