Syrop na „zmartwienia” ;) Wystarczy trochę chęci… I gotowe !

     Niecały tydzień temu, pisałam o zmartwieniach które ciągle powracały...Czytaj tutaj. Przeszłyśmy długa i stresującą drogę . Ale … Ale, wreszcie się udało wyrwać złej passie. Jak ?  Pomógł nam w tym syrop z czosnku. Niby to nic takiego, a dał nam spokój. Nareszcie mogłyśmy odetchnąć z ulgą .

        Na prośbę jednej z moich czytelniczek, umieszczam przepis. Nie jest czasochłonny, i bardzo prosty w przygotowaniu. Potrzebujesz trzech składników i kilku minut .

        Do przygotowania syropku potrzebujesz:

  • kilku (3-4) ząbków czosnku
  • 2 cytryny
  • miód, 2-3 łyżeczki

        Czosnek mocno rozgniatamy(najlepiej praską) , wsypujemy do małego słoiczka. Następnie, zalewamy świeżo wyciśniętym sokiem z cytryn i dodajemy 2-3 łyżeczki miodu. Mocno mieszamy, aby cały miód się rozpuścił. Odstawiamy do lodówki. Po dwóch dniach, można śmiało brać się za konsumpcje. Podawać 3 razy dziennie po łyżeczce.

      Niżej, podam drugą wersję tegoż specyfiku. Osobiście, tą preferuję. Jest zdecydowanie mocniejsza, trochę ostrzejsza w smaku a także dużo słodsza. Ma to swoje plusy. Wystarczy brać jedną łyżeczkę dziennie , co w przypadku podawania mojej córce, ułatwiło sprawę. Nie musiałam jej gonić trzy razy dziennie, przekonując do otworzenia buźki.  Przygotuj:

  • 8 ząbków czosnku
  • 2 cytryny
  • miód

      Postępuj analogicznie jak w przepisie pierwszym, z małym wyjątkiem. Dodaj tyle miodu ile trzeba by „przełamać ” wyjątkowo ostry smak. Wymieszaj , odstawa do lodówki. I gdy będzie gotowy spożywaj raz dziennie po łyżeczce.

       Po odstaniu, syropek można przecedzić, aby pozbyć się kawałków czosnku. Jeśli , czosnek został dobrze rozgnieciony, odcedzanie staje się zbędne… Przed podaniem warto wstrząsnąć ;) Gotowy syropek przechowuj w lodówce, ok tygodnia.

     Warto dodać że, czosnek w medycynie naturalnej, jest bardzo cenionym naturalnym antybiotykiem. Idealnie sprawdza się przy wszelakich infekcjach , oraz skutecznie podnosi odporność.  Spróbuj ! Myślę że , będziesz zadowolona.

Nowy rok ? Nowe wyzwania ? … Za takie dziękuję !

Cześć :) Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku… Żeście szczęśliwie wkroczyli w nowy rok, a przede wszystkim , żeście zdrowi :) Niestety , ja nie mogę pochwalić się dobrym początkiem nowego roku… Ba ! Nie mogę też pochwalić się zakończeniem starego…  Krótko mówiąc , od początku grudnia ciążyła na nas jakieś fatum… Cholerstwo… Zaraza… Nie szło się tego pozbyć  :cry:

Zastanawiacie się pewnie, o co chodzi ? O zdrowie . O zdrowie moi drodzy… Odkąd młoda uczęszcza do żłobka, częściej choruje.. Normalne. Powiecie, tak to już jest.. Musi się wychorować …. Musi się uodpornić. Przygodę ze żłobkiem rozpoczęła z końcem września… Chodziła w kratkę… Ogólnie wyglądało to tak : dwa tygodnie z ciociami , tydzień/dwa w domu… Co chwilę jakiś katar… Co chwilę jaki kaszel … Raz zapalenie oskrzeli… Poza tym zwykłe infekcje wirusowe…  Niby nic takiego…

A jednak … Co się wyleczyła , zaraz coś złapała.. Tak do grudnia. Aż się całkiem posypała. Tan ostatni miesiąc w roku, zaczęliśmy od niegroźnej infekcji … Tylko katar i kaszel ( od kataru, osłuchowo czysto ) Więc , nebulizacje , czyszczenie noska , smarowanie maścią majerankowa,  witaminka C , syropek itd… Siedziałyśmy w domu… Mała wyzdrowiała, na 3 dni przed świętami ,wróciła wśród dzieci. W  święta pokazał się lekki katar, a w drugi dzień świąt gorączka… Ach… Więc do ambulatorium !

Na miejscu, pan doktor stwierdził „rozpoczynające się obustronne zapalenie uszu”.  Córcia dostała antybiotyk… I wróciłyśmy, do domu, leczyć się dalej… Dwa dni później gorączki nie było. Cieszyłam się . W końcu, mogłam spać spokojnie. Nie długo … Trzy dni później, 39 stopni … Znów wypadło na wolne od pracy… Znów opieka całodobowa… I ten sam lekarz.  Tym razem, nie potrafił powiedzieć co się dzieje.. Skąd ta gorączka ? Zlecił badania: mocz,  morfologię i CRP , a także zalecił kontynuować antybiotykoterapię… Więc cóż nam pozostało ? Zastosowaliśmy się do zaleceń lekarza, szybciutko zrobiliśmy badania i umówiliśmy się na najbliższą wizytę u pediatry.

             U pediatry , złe wieści … Wysokie CRP = Szpital … Dziecko trzeba leczyć dożylnie… Eh… No nic .. Spakowaliśmy się do auta i długa do najbliższego szpitala.. Tam zrobiono dokladniejsze badania  i okazało się ( jak stwierdził laryngolog) że, ” To nie od uszu, uszy zdrowe”  Zrobili RTG klatki piersiowej… Wyszły jakieś zagęszczenia w płucach , podobno nie do wysłuchania…  Nasz pobyt na oddziale, na szczęście nie był zły, niczym nie przypominał tego o którym opowiadałam TU. Było całkiem miło . Choć w czasie pobytu młoda złapała jakiegoś wirusa i trochę ja wymioty i biegunka wymordowały. Ale gdy wszystko było dobrze, wyniki badań wróciły do normy , wróciłyśmy do domu. Cieszyłyśmy się bardzo, że mamy już wszystko za sobą :)  Taaa … Tak mi się wtedy wydawało..

               Kilka dni  po hospitalizacji, ni stąd ni zowąd pojawił się mokry kaszel… Nie namyślając się ani chwili wybrałam się z młodą do lekarza..  Pani doktor zaleciła inhalację .. No ale to nic nie dało, dwa dni później mała straciła apetyt, a wieczorem dostała gorączki… Mało tego… Nie mogła zasnąć ,  Co chwilkę płakała, jednocześnie łapiąc się za lewe uszko… Przez myśl mi przeszło tylko ” kur… , Znów to samo ? Znowu będziemy leczyć uszy? ” Pełna smutku , zagoniłam męża aby poszedł odpalać auto, ubrałam małą i po raz enty ( znów weekend) obraliśmy kurs do ambulatorium.. Pani doktor dyżurująca, wysłuchała „naszej historii ” obejrzała dziecko , osłuchała itd .. W końcu padła diagnoza , nie zgadniecie . Zapalenie ucha …To zabrzmiało jak wyrok. Cóż… Trzeba było wziąć to na klatę i zmierzyć się z tym choróbskiem raz jeszcze… Żal było mi córki… I strasznie bałam się żeby nie doszło do konieczności ponownej hospitalizacji… Pani doktor , przepisała antybiotyk , kropelki do uszu, i parę innych specyfików, które były dla mnie nadzieją.. Może śmiesznie to brzmi, ale tak ! Były nadzieją na to że w końcu pożegnamy się z tym przeklętym „fatum” .

         Antybiotyk zadziałał, kropelki też swoje zrobiły :) Córka wróciła do siebie , zaczęła normalnie jeść , a ja poczułam ulgę …. Gdy antybiotyk się skończył, ogarnoł mnie strach przed kolejną infekcją… Tak dużo przeszłyśmy w ostatnim czasie i obie byłyśmy już tym wszystkim zmęczone… Bu uchronić córcie przed kolejnym paskudztwem, mimo już „dobrej formy” postanowiłam ją przetrzymać w domu tydzień… Natomiast o żłobku nie było mowy… Stwierdziłam że nie puszczę jej tak szybko po chorobie… Chciałam jakoś wzmocnić jej odporność. Szukałam sposobu i chyba znalazłam.  Syrop z czosnku ! Na szczęście czosnku Ci u mnie dostatek :) Zrobiłam miksturę , zaczęłam małej podawać 1-3 razy dziennie… I mam wrażenie. Ba, nawet jestem pewna że pomogło ..  Idzie już trzeci tydzień jak pijemy (  Postanowiłam pić razem z nią , by dodać jej otuchy. Syropek jest niezbyt smaczny) i młoda nie ślipie nawet noskiem. Od tygodnia zażywamy świeżego powietrza … Ale do żłobka jeszcze nam się nie spieszy… Dwa miesiące siedzenia w domu… Wyjścia tylko do lekarza i z powrotem… Za bardzo dało nam się we znaki… Myślę że jeszcze troszkę poczekamy, zanim wrócimy wśród dzieci .

O tym , jak młoda olała maminego cyca ;)

                    Jestem ! Udało się ;) Mam wreszcie chwilkę… W poprzednim poście , jakieś dwa tygodnie temu ( Boże , jak ten czas szybko leci … ), obiecałam że coś Wam opowiem. Korzystając z chwili „luzu” postanowiłam dotrzymać słowa…  Więc , posłuchajcie :

                    Planowałam karmić piersią. Stwierdziłam , że rok będzie optymalny… Założenie moje zrealizowałam, choć nie do końca… Miął rok…. Odstawienie poszło w niepamięć. Czasem, tylko przebąkiwałam do męża ” Pasuje ją zacząć odstawiać .Już na tyle dużo je, że spokojnie można spróbować „. Tak , tak ;) Takie moje gadanie … Jedyne co zrobiłam, a w zasadzie samo się zrobiło, to pozostawienie karmień nocnych. Natomiast w dzień, córa rozkoszowała się zawartością lodówki ;) I tak pozostało… Minęło jeszcze pół roku, nic się nie zmieniło. Jak mówiłam o zakończeniu karmienia, tak mówiłam nadal… I oprócz mojego paplania, nie podejmowałam żadnych działań . Prawdę mówiąc , było mi dobrze tak jak jest. Córcia spała z nami , kiedy się przebudziła dostała cyca i robiła swoje. Ja natomiast mogłam spać dalej :)

             Wreszcie przyszedł czas na zmiany… Choć sama chciałam podjąć tą decyzję, nie ja o nich zadecydowałam. Był to dla mnie szok… Nie bardzo wiedziałam co się dzieje… Kruszyna skończyła 19 miesięcy i z dnia na dzień, jej zachowanie w stosunku do maminego cyca, zmieniło się nie do poznania. Zawsze gdy kładłyśmy się spać, mała piła mleczko. Kiedy brzuszek był już pełny, przytulała się do mnie i zasypiała…. Nastąpił ten moment, i nasz rytuał poszedł w odstawkę. Zdurniałam całkowicie :) Gdy próbowałam córce podać pierś , wbijała w nią zęby … Pokąsana , tłumaczyłam jej że mnie to boli .. i żeby tak nie robiła.. Po krótkiej rozmowie , podjęłam jeszcze kilka prób.. Każdorazowo kończyło się to odciśniętymi zębami… Wrrr… Jak sobie przypomnę , ciarki mnie przechodzą.. Byłam rozbita, niezbyt wiedziałam co się stało. Gdyż do tej pory mała ssała z chęcią. Pomyślałam : Przeczekam.. być może coś zjadłam , co zmieniło smak pokarmu… Nie wpadłam nawet na to, że może już nie chcieć. Sytuacja , powtórzyła się jeszcze przez kolejne dwa wieczory. Zdezorientowana tym wszystkim, doszłam do wniosku, że nie będę jej wciskać cyca na siłę. Zaczęłam podawać kruszynie przed snem wodę, ciągle wypatrując sygnału… Sygnału się nie doczekałam..

                Nasze bez-cycowe usypianie, wydłużyło się. Córcia grzecznie leżała ze mną , piła wodę, słuchała bajeczek lub kołysanek i powolutku zapadała w sen… Cieszyłam się , że zostało chociaż karmienie w środku nocy.. Nie trwało to jednak długo.. Po kolejnych dwóch nocach, historia powtórzyła się . Gdy, zaspana, ledwo kontaktująca, po raz kolejny poczułam zęby na piersi, doznałam olśnienia. Podałam małej kubeczek z wodą, napiła się i w mig zasnęła… Następnej nocy , nie obudziła się wcale… I tak przez kilka kolejnych .

               Nie wiedziałam , czy się śmiać , czy płakać…Zastanawiałam się, czy coś jej nie dolega… Nie do końca dopuszczałam do siebie myśl że, się sama odstawiła… Czytałam sporo opinii doradców laktacyjnych o samo-odstawieniu, lecz wszędzie podawano informacje, że następuje to zazwyczaj u starszych dzieci.  Piersi mi pękały, a mała miała gdzieś… Myślałam, że może jeszcze zechce.. Naczytałam się różnych historii. Np: Matka nie karmiła dziecka dwa tygodnie , zwyczajnie nie chciało, po dwóch tygodniach syn się upomniał i wrócili do karmienia. Lecz takie zdarzenie nie miało u nas miejsca. Zasięgnęłam więc opinii jednego z doradców laktacyjnych, opisałam cała sytuację. Wspomniałam też , że próbowałam podać córce w kubeczku, ściągnięte mleczko. Lecz, gdy mała poczuła jego smak  , wylewała na podłogę. Po rozmowie z fachowcem, nie pozostało mi nic innego jak pić szałwie , nie dopuścić do zastojów, a przede wszystkim uszanować decyzję dziecka ;)

              Karmiłyśmy się dziewiętnaście miesięcy. Piękne dziewiętnaście miesięcy. <3

Melodia pełna jęku …

Zakładając tego bloga postanowiłam , że będę pisać regularnie. Dziś już wiem. Będąc mamą, nie jestem w stanie tego realizować. To już drugi raz, jak w mojej „blogowej karierze” wystąpiła dłuższa przerwa. Mimo szczerych chęci, mimo planów… Życie wszystko weryfikuje… A plany możemy sobie wsadzić głęboko w d… ;) Nie ! Nie jest to pożegnanie ! Chce pisać nadal. Bloga prowadzić będę, lecz zapewne nie z taką częstotliwością jak zamierzałam. Szkoda… Polubiłam to, bardzo…

Nie było mnie dość długo. Głupio mi… Nie znalazłam nawet chwili, by przeczytać co u Was ciekawego. Nie mam zielonego pojęcia, jak wygląda sprawa z placem zabaw dla Basi i Ignasia. Nie wiem co nowego stworzyła Matka Prawie Wariatka. Jak toczą się losy naszej Emigrantki , a także, jakie smakołyki przewinęły się przez kuchnię W moim Kacperkowie. Zaniedbałam Was wszystkie. Was które piszecie, i które czytacie . Ciebie też !

Moja nieobecność, była spowodowana przede wszystkim kryzysem. Dopadł on mnie , dziecko… Dopadł wszystkich. Nie dawałam sobie rady z niczym. Totalny brak organizacji, do tego kupa nerwów i poczucia winy… Poczucia że jako matka nie potrafię poradzić sobie z własną córką… Kruszynka , jest moim pierwszym dzieckiem. Przy niej się wszystkiego uczę, poznaje samą siebie. To Ona, pokazuje mi moje słabe strony. Całe to macierzyństwo, jest dla mnie nowością… Niejednokrotnie, bywa bardzo zaskakujące. Niestety także negatywnie. Z dnia na dzień , blog poszedł w odstawkę. Córcia , z wesołej dziewczynki, stała się okropnie nieznośnym dzieckiem… Ma 18-ście miesięcy. Niektóre z Was, chciały by mi pewnie powiedzieć : „18-ście ? To normalne. Dzieci w tym wieku tak mają. Trzeba to przeżyć. ” Zanim się to zaczęło, czytałam. Byłam świadoma , że czeka mnie tzw. „powrót do mamy ” . Oraz, że może być trochę ciężej…. Szczerze mówiąc… Nie spodziewałam się, że tak będzie to wyglądało. W mgnieniu oka, dziecko zmieniło się nie do poznania… Nie byłam na to przygotowana… Ledwo otworzyła oczy, już stęki i marudzenie. Krok w krok za mną, z pełna jęku melodią na ustach … Napady wściekłości, z gryzieniem wszystkiego co popadnie, łącznie z własnymi rączkami. Płacz przy zabawie, płacz na rękach. Jedzenie ? Hm.. Też nie pasowało… Strajk ! Totalny strajk ! Mam cierpliwość. Przynajmniej zawsze tak uważałam…  To wszystko mnie przerosło. To klejenie się do mnie, nie dawało mi żyć. A jej płacz… Doprowadzał mnie do szewskiej pasji….  pomocy-zbzikuje

Po dwóch dniach, miałam dość. Chodziłam cała w nerwach … A niestety , każdy kolejny dzień, wyglądał podobnie. Marzyłam,  by uciec stąd jak najdalej.  Jedynie , chwilę wytchnienia miałam na spacerze. ( Do tej pory nie rozumiem… Gdy wychodziłyśmy na zewnątrz, córka znów była niczym aniołek. Jak gdyby nigdy nic … ) Spędzając czas na świeżym powietrzu, było mi tak dobrze… Aż bałam się wracać … Ciągłe krzyki i płacz, dezorganizowały mnie całkowicie… Na podłodze bałagan. Wśród porozwalanych zabawek, resztki jedzenia. W kuchni sterta garów… A w łazience ? Prania a prania … Mieszkanie, aż prosiło się o zainteresowanie !  Natomiast cała moja uwaga, musiała być skupiona na dziecku… Robiłam wszystko. Stawałam na głowie by już więcej nie słyszeć jak marudzi. Eh… Z trudem, udawało mi się zrobić jakiś sensowny obiad…

Był to bardzo nerwowy okres. Dla nas wszystkich…Mała , która nie radziła sobie z wejściem w kolejny etap życia… ( To był chyba najgorszy skok rozwojowy, z jakim przyszło nam się zmierzyć) Ja, będąca z tym wszystkim sama, zła jak osa. Mąż, po 12 h pracy. Zmęczony , mażący tylko o wygodnym łóżku….Do tego, bałagan nie z tej ziemi, a także nieprzespane noce… Tak ! Noce też miały wiele do życzenia . Przez jakieś dwa tygodnie, córcia budziła się często z płaczem. Wszystko to , owocowało kutniami i rzucaniem się do gardeł… Żarliśmy się , jak nigdy dotąd… A na dobitkę… Kruszynkę dorwało jakieś przeziębienie. Dostaliśmy zakaz wychodzenia na pole. To było jak gwóźdź do trumny….

Gdy nastał dzień kulminacyjny skoku rozwojowego. Słysząc po raz en-ty płacz o zabawkę , którą sobie sama wyrzuciła…. Nie wytrzymałam ! Zostawiłam własne dziecko… Uryczane, czerwone z wysiłku… Wyszłam. Wyszłam do łazienki. Zamknęłam się i zatkałam uszy… To była chwila w której musiałam coś zrobić… Musiałam wybrać mniejsze zło i wyjść ! Inaczej, nie wiem co by się stało… Tyle złości , negatywnych emocji we mnie jeszcze nie było… Nie wiem ile tam siedziałam . Pięć… Może dziesięć minut. Ona cały czas płakała… Gdy ochłonęłam, wróciłam do gry. Pełna nadziei ze będzie lepiej. Wzięłam małą w ramiona. Przytuliłam, i wyjątkowo ( jak na tamten okres ) spokojnym głosem zaczęłam z nią rozmawiać. Uspokoiła się… Ja też … Później było już lepiej.  Obie byłyśmy zdecydowanie spokojniejsze … A ja cieszyłam się, że nie dałam się ponieść złym emocjom …

Jak pisałam, dostałyśmy zakaz na wyjście z domu… Przyznam, że go po prostu olałam. Nie wytrzymałybyśmy, nie przeżyłybyśmy tego okresu, zamknięte w czterech ścianach. Córce te spacery dobrze robiły. Ba ! Obydwie wracałyśmy w lepszych nastrojach. Z siłą do walki z tym okropnym skokiem rozwojowym… Aaa ! I bardzo szybko pozbyłyśmy się przeziębienia. :)

Było ciężko ! Przeżyłyśmy !

Tu link do wierszyka pisanego pod wpływem podobnych emocji. -> Frustracja 

Rozumiem dlaczego nie karmisz piersią.

Karmienie naturalne jest coraz bardziej propagowane przez położne i pediatrów. W internecie, co krok napotykamy na wszelkiego rodzaju spoty promujące tą metodę.  Mimo tego, kobiety nie chcą karmić piersią. Natomiast te, które się na to zdecydowały, często dość wcześnie rezygnują z podawania własnego pokarmu. Dlaczego ? Skoro to takie piękne. Skoro możemy dać dziecku to , co natura przygotowała. To co odpowiednie i dostosowane do malucha w każdym wieku. Dlaczego ?  cycek

Jako matka karmiąca, znam odpowiedź na to pytanie. Na własnej skórze doświadczam, czym jest i z czym wiąże się karmienie piersią. Ma ono dużo zalet. Jest dla mnie czymś wyjątkowym. Czymś z czego trudno było by mi zrezygnować. Daje mi wiele radości i niesamowitą bliskość. Poczucie że robię coś ważnego, że z mlekiem przelewam na dziecko dodatkową  ilość miłości i czułości. Inną , niepowtarzalną. Pomimo mojego zachwytu i fascynacji , jestem w stanie zrozumieć kobiety które z niego zrezygnowały.. Jest to trudna sztuka. Nierzadko wiążąca się z problemami , stanowiącymi dla wielu matek powody do zaprzestania karmienia.  Począwszy od braku wsparcia i odpowiedniej pomocy, skończywszy na własnej wygodzie.  Mianowicie :

Nieumiejętność prawidłowego przystawienia maluszka do piersi. Co za tym idzie ?

  • Poranione brodawki,
  • ból w trakcie karmienia,
  • złe, niedostateczne opróżnianie piersi,
  • niespokojne, niepojedzone dziecko,
  • słaba stymulacja piersi,
  • niedostateczna ilość pokarmu.
  • ból piersi spowodowany zastojami

 Brak pokarmu po porodzie – dziecko wiecznie głodne. W piersiach, tuż po porodzie,    znajduje się odpowiednia ilość mleka tzw. siary. Wydawać się może, że jest go zbyt mało, ponieważ pociecha domaga się ciągłego przystawiania. W  rzeczywistości, dziecko się najada. Wzmożona częstotliwość karmienia wynika z  bardzo malutkiego żołądka, szybkiego przyswajania matczynego mleka oraz dużej  potrzeby ssania.

Niewystarczająca ilość pokarmu w okolicy 3-go miesiąca życia pociechy – Jest to tak zwany kryzys laktacyjny. W czasie całego karmienia piersią, może ich  wystąpić kilka. Najczęstszą przyczyną ich występowania jest nagły wzrost zapotrzebowania dziecka. Dziecko rośnie to i potrzeby rosną. Piersi w okresie tym, sprawiają wrażenie nie nadążać z produkcją mleka. Dziecko domaga się jej zdecydowanie częściej. Po upływie 2-3 dni wszystko wraca do normy. Jest to czas, jaki potrzebuje matczyny organizm na dostosowanie podaży do popytu.

Nawały pokarmu

  • nabrzmiałe, wrażliwe piersi,
  • samoczynnie wyciekający pokarm,
  • zbyt silny strumień zasysanego mleka
  • zdenerwowane dziecko
  • krztusząca się pociecha.

Nawał, występuje często po okresie intensywnego ssania, np w trzeciej dobie po porodzie. Możemy się go spodziewać, przy skokach rozwojowych, w czasie choroby dziecka itd. W okresach w których, pociecha odczuwa większą potrzebę ssania. Pomocne są tu pozycje do karmienia , w których wypływ mleka będzie automatycznie zwolniony. Np: Pozycja na plecach, gdzie dziecko swobodnie ssie pierś leżąc na brzuchu mamy. Zaleca się także, ściąganie takiej ilości pokarmu, by pierś stała się mniej napięta a matka poczuła ulgę.

Poranione, pogryzione brodawki – O ile dziecko posiadające ząbki, nie daję nam odczuć różnicy w karmieniu, o tyle ząbkująca pociecha, potrafi dać się we znaki. Swędzące dziąsła, stają się powodem do przygryzania maminego sutka. Rzecz jasna, nie jest to przyjemnie i dla wielu kobiet stanowi dużą przeszkodę w dalszym karmieniu.

Pleśniawka – Grzybica, w jamie ustnej maluszka, może przenieść się na kobiece brodawki. W takim przypadku, naturalne karmienie traci swój urok. Każda próba przystawienia dziecka, wiąże się z uciążliwym bólem. Choroba ta, daje się we znaki matce jak i dziecku, które mimo głodu, nie zawsze będzie chciało ssać pierś.

Krótkie wędzidełko – Niemowlęta które rodzą się z tzw. krótkim wędzidełkiem miewają problem z prawidłowym ssaniem.  Mogą więc źle łapać pierś powodując niedogodności tak jak w punkcie pierwszym.

Częste karmienia w dzień, oraz duża ilość pobudek w nocy – Maluszki karmione piersią, zachowują się nie co inaczej niż te które są na mleku modyfikowanym. Częstotliwość karmień jest większa, ponieważ kobiecy pokarm jest lekkostrawny i wchłania się dość szybko. Nie zalega w żołądku, tak jak ma to miejsce w przypadku mleka modyfikowanego, w związku z tym, dziecko szybciej odczuwa głód. Zwiększona ilość pobudek oprócz potrzeby zaspokojenia głodu, wynika z potrzeby ssania i potrzeby bliskości.

Nieprawidłowe chwytanie piersi przez niemowlę –  W przypadku, zbyt wczesnego podania dziecku smoczka, może się zdarzyć że maluch nie zdąży nauczyć się prawidłowego ssania piersi. Co stanie się przyczyną bólu, i podrażnienia sutków.

Wymienione powyżej niedogodności, to tylko część powodów przez które młode matki decydują o zaprzestaniu karmienia. Wiele kobiet, które naprawdę tego chcą, zbyt szybko się poddaje. Mimo szczerych chęci, przechodzą na mleko modyfikowane.  Myślę, że jest to efekt niedostatecznego wsparcia ze strony partnerów i rodziny. Kierowania się tym co mówią inni ” Pokarm masz niewartościowy” , ” masz zbyt mało mleka, nie najada Ci się ” . itd. Do rezygnacji doprowadza też niewiedza. Niedostateczna ilość informacji na temat karmienia naturalnego, a także brak pomocy i wiedzy jak sobie poradzić z pojawiającymi się przeszkodami. Równie często zniechęcająco działa brak akceptacji społeczeństwa. Społeczeństwa które nierzadko, karmienie piersią odbiera jako coś obleśnego i nieodpowiedniego.

Jak wyżej pisałam, jestem matką karmiącą. Moja przygoda z karmieniem naturalnym trwa 18-sty miesiąc. Z doświadczenia wiem, że przytoczone przeze mnie przeszkody, są jak najbardziej do pokonania. Uważam, że kobiety które zrezygnowały z tego cudownego sposobu odżywiania, sugerując się tymi niedogodnościami, tak naprawdę nie musiały tego robić. Wszystko jest do przejścia i z każdym z podanych problemów można sobie poradzić. Trzeba tylko wiedzieć gdzie sięgnąć po pomoc . Nie twierdzę, że matki karmiące mlekiem modyfikowanym robią  źle. Nie zamierzam też nikogo oceniać. Decyzja jak długo karmimy oraz w jaki sposób, jest decyzją indywidualną.  Nic mi do tego. Karmienie piersią, mimo że jest piękne i niesie ze sobą sporo dobrego, wymaga od kobiety chęci, dużo samozaparcia i wytrwałości.   Jako kobieta z dłuższym stażem w karmieniu, mogę jedynie zachęcić do robienia tego w sposób naturalny. Motywować do niezniechęcania się do dążenia mleczną drogą, z powodu przejściowych zawirowań.

Dla chętnych dwa wiersze mojego autorstwa. „Cyca mam, dziecku dam „ ,                          ” Piersią, Drogie Panie „

Zapraszam do komentowania.

Co dzień inne odkrycia. To takie pasjonujące !

Dzieci, to mali odkrywcy. Interesuje je dosłownie wszystko. Chcą, poznać świat najlepiej jak tylko się da. Sprawdzają zastosowanie wszystkiego co je otacza. Poznają możliwości własnego ciała. Z dnia na dzień stając się sprytniejsze i zwinniejsze, co pozwala im na ciekawsze odkrycia. Kiedy już chodzą, mija zaledwie kilka chwil i nasze pociechy zaczynają się wspinać, by sięgnąć tam gdzie do tej pory nie miały dostępu. Czy to regał  z książkami, schody czy też łóżko… To wszystko jest takie pasjonujące ! One nie boją się nowości , one wręcz jej pragną. Nie zastanawiając się co by było gdyby… Codziennie szukają nowych doznań.  Przez tą odważną, nieprzemyślaną ciekawość świata macierzyństwo bywa niezmiernie trudne. Jako matki, żony i gospodynie musimy zadbać o potrzeby każdego domownika. Ugotować, poprać, posprzątać ….. Jednocześnie, pozwalając najmłodszemu domownikowi  na swobodne poznawanie świata…Bezpieczne poznawanie świata.  Bywa to nie lada  wyzwaniem. Czasem wystarczy się obrócić a pociecha już stoi na krawędzi łóżka, ciesząc się z własnych dokonań. Bądź, maleństwo próbuje wcisnąć coś do kontaktu… Przyznam….. Czasem można dostać palpitacji serca… Mimo to jestem zwolenniczką, wtórowania dziecku. Mądrego wtórowania. Uważam, że należy pozwalać potomkowi na sprawdzanie swoich możliwości. Córce pozwalam wchodzić gdzie chce. Chce wychodzić po schodach, wychodzi ( najpierw na czworaka, teraz już trzymając się poręczy). Usiłuje wygrzebać się do domku na placu zabaw, stoję za nią , a ona śmiało próbuje. Umyśli sobie chodzenie po krawężniku, to idzie. Przecież to cudowne doświadczenie, i pomaga ćwiczyć równowagę. W każdej nowej czynności, jestem przy niej. Wspieram, i tłumaczę. Natomiast gdy zajdzie potrzeba minimalizuje siłę upadku. Kiedy jednak wiem, że upadek wielkiej krzywdy jej nie zrobi… Pozwalam na niego… Tzw. upadek kontrolowany… Dziecko próbuje swoich możliwości, ale czasem musi stłuc pupę, by poznało jakie czekają na nie zagrożenia.  Rozumiem, że matki boją się o swoje pociechy, również się boję. Jestem również w stanie pojąć, dlaczego nie pozwalają na niektóre czynności. To my rodzice, jesteśmy odpowiedzialni za swoje dzieci… Myślę, że strach rodzica przed odpowiedzialnością, nie powinien być dla dziecka ograniczeniem. Zwłaszcza na etapie poznawania  świata i własnych możliwości. Zabranianie dziecku nowych czynności oraz wpajanie, że coś jest niebezpieczne, jest głupie. „Tego nie wolno bo się przewrócisz , Tamtego nie wolno bo spadniesz”. Jak dla mnie to zabijanie w dziecku ciekawości a także chęci poznawania. Małe dzieci, poznają świat zmysłami… To normalne że wszystkiego chcą dotknąć, wszystko chcą zobaczyć. Ciekawość dziecka nie ogranicza się tylko do tych „niebezpiecznych” czynności. Dzieci uwielbiają poznawać zapachy, smaki… Wielu rodziców o tym zapomina. To idealni towarzysze, podczas codziennego gotowania. Jeśli im to umożliwimy, chętnie zamieszają zupę. Czy wrzucą do niej kilka składników. Kochają  taż eksperymentować, próbować nowych smaków, konsystencji…. Matki maja w zwyczaju, nie dawać dziecku tego, czego same nie lubią. ” To jest niedobre. Nie będzie Ci smakować”. A ja zapytam… Skąd to dziecię ma wiedzieć czy rzeczywiście takie to niesmaczne ? Jeśli samo nie spróbuje, nie dowie się… Próbowanie nowych produktów, potraw, to fajna zabawa. Zabawa która przynosi dużo dobrego. Dziecko zna większą gamę smaków, dzięki temu łatwiej wyrobić mu własny gust kulinarny. Gust który nie jest bardzo okrojony. Maluch nie ma uprzedzeń, nie boi się smakować… Im wcześniej pozna nowości tym lepiej. Ma większą szansę że nie zostanie tzw niejadkiem. Tutaj opowiem co nie co o mojej córeczce. Mała, kiedyś miała straszne opory przed jedzeniem, pisałam o tym kiedyś TUTAJ  Kiedy jednak zaczęła jeść jak należy, pozwalałam jej na odkrywanie smaków. Kiedyś poszliśmy z rodzinką do sushi baru. Byłam pewna, że córcia nie tknie sushi więc zamówiliśmy jej nieduży zestawik z kurczakiem. Natomiast dla nas półmiski pełne tych smakołyków.  Kiedy kelnerka przyniosła piękne kolorowe zawijań-ce mała tylko krzyczała „am , am ” Wręcz wyrywając się z dziecięcego krzesełka, na swoją porcję nawet nie patrząc. No i dostała kawałek (bez surowych ryb, i paluszków krabowych) Wcinała aż jej się uszy trzęsły… Ledwo zjadła jeden kawałek, już sięgała po drugi… To nie wszystko. Do naszego zestawu, były sałatki z glonów z ogórkiem.. Dostała z niej ogórka. Nie wystarczył jej. Gwizdnęła tacie z miseczki garść glonów. Miałam oczy jak pięć złotych… Moja kruszynka zjadła sałatkę męża, i moją. Takich zaskakujących sytuacji jest wiele. To pokazuje mi, że mam rację. Dzieci lubią próbować, dzieci lubią poznawać. Ostatnio … Również byłam zaskoczona. Gdy kroiłam cebulę mała ciągnęła mnie za spodnie krzycząc „am” więc dałam jej… I wiecie co ? Myślałam że nie zje, że będzie pluć. Owszem, wypluła po czym władowała do buzi z powrotem. Od tamtej pory, moje dziecię je surową  cebulę. Na zdrowie !  Dziś natomiast, eksperyment roku. Na drugie śniadanko podałam jej jogurt… Jadła z apetytem,po chwili zaczęła kombinować.. Dorwała kabanosa i zaczęła moczyć go w jogurcie. Po czym i jedno i drugie trafiało do buzi. Mnie też dała spróbować. Obawiałam się. Teraz śmiało mogę powiedzieć: Kabanos z jogurtem gruszkowym smakuje świetnie !  Wniosek ? To my rodzice, jesteśmy największym ograniczeniem dla własnych dzieci. Z obawy o ich dobro, niejednokrotnie pozbawiamy je wielu pozytywnych doznań.

Żal mi mojego dziecka… Pomóżcie !

Dzisiejszą notkę pisze w nadziei, że ktoś mi pomoże…Kocham swoją córkę nad życie.  Chcę ciągle widzieć uśmiech na jej twarzy. By czuła się bezpiecznie. By rozwijała się jak należy i była zdrowa. Chcę by była szczęśliwa… Staram się robić co w mojej mocy, aby tak było…  Niestety, mimo moich starań, nie jestem w stanie zapewnić jej tego wszystkiego.  Powiecie mi.  ”To normalne, nie możesz ochronić dziecka przed światem. Pomóż mu go poznać ” Doskonale o tym wiem. Wiem również, że każda matka tak ma. Jest to w naszej naturze. Chcemy chronić dziecko, przed tym co złe i przykre. Mimo tej świadomości , jest mi jej żal… Mała, odkąd pamiętam zawsze cieszyła się na widok dzieci… Wręcz do nich lgnęła. Niestety, teraz już tak nie jest… Zrobiła się bardzo ostrożna, nieufna. Wszystko przez hałas … Boi się dzieci.. Boi się dzieci głośnych… Nie mogę tego przeskoczyć. Nie mam pojęcia co zrobić…Nie potrafię jej pomóc. Tak bardzo pragnę by nie unikała kontaktów z rówieśnikami… Obawiam się, że będzie miała uraz do dzieci. Czasem mam wrażenie, że już go ma. Kiedy spodka nowe dziecko , przez dłuższą chwilę nie chce się bawić. Trzyma się na dystans. Obserwuje… Dopiero gdy poczuje się bezpiecznie, wchodzi w relacje. Nadal obserwując towarzysza zabaw. Jeśli jednak natrafi na głośne dziecko, jest krótko mówiąc masakra. Nie chce do niego podejść, trzyma się na dystans. Kiedy usłyszy krzyk czy też piski wybucha płaczem.. W oczach widać przerażenie…. Po czym ciężko jej się uspokoić. Tulę ją, tłumacze że dziecko nie chciało jej wystraszyć… Że nic się nie dzieje.  Nie pomaga… Na każdy kolejny hałas reaguje w ten sam sposób. Nie ważne czy rozdarte dziecko widzi po raz pierwszy, czy zna od dawna… Wycofuje się, z zabawy gdy usłyszy krzyk… Córa ma o rok starszego kuzyna. Wydawało nam się, że kiedy mała zacznie chodzić, będą się ładnie bawić. Niestety nie …  Zrobił się z niego straszny krzykacz… Niezależnie czy jest rozzłoszczony, czy w siódmym niebie swoje emocje wyraża robiąc przy tym niezły harmider. Młody wykazuje dużą chęć do wspólnej zabawy.. Lecz moje dziecko go unika… Kiedy się do niej zbliża sztywnieje,  nie spuszczając z niego wzroku. Odsuwa się, gdy ten próbuje ja dotknąć… Parę razy, kiedy do niej podchodził, krzyczała ” Nie , nie , nie ” … Co mam począć ? Jak jej pomóc ? Już dawno temu zauważyłam, że nie lubi kiedy jest za głośno. Więc gdy mogłam ja uprzedzić, robiłam to… Kiedy maż miał zamiar włączyć wiertarkę  czy inny sprzęt, mówiłam do niej : ” Córuniu . Widzisz tata będzie wiercił. Zaraz będzie głośno. ” Czasem, wspólnie zatykałyśmy sobie uszka.  Dawałyśmy rade… Była przygotowana na nieprzyjemne dźwięki, i dzielnie je znosiła. W przypadku rozkrzyczanych dzieci, nie potrafię jej pomóc. Ciężko mi przewidzieć moment w którym to nastąpi… A co dopiero ostrzec małą…. Jak sobie z tym poradzić ? Czy któraś z Was miała podobny problem ?

Nareszcie o wszystkim opowiem ! Będzie długo !

W połowie marca pisałam, że nie mam czasu na bloga. Tak też było… W marcowy weekend, pojechaliśmy do rodziny męża. Córcia bawiła się dobrze, my również. Natomiast powrót, nie był już taki fajny. Przejechaliśmy zaledwie kilka kilometrów, a mała zaczęła wymiotować … Wymiotowała jak kot… Przystawaliśmy co chwilę. W pewnym momencie chciałam nawet zawrócić. Mieliśmy do przejechania jeszcze jakieś 60 km. Bałam się, że nie dojedziemy. A przede wszystkim że dziecko mi się wykończy, zanim dotrzemy do domu. Na szczęście, niedługo później zasnęła. Spała już do samego końca. Miałam nadzieję, że kruszynka tylko się czymś podtruła i ze niedługo przejdzie. Niestety wymiotowała całą noc… Następnego dnia również, chociaż było już o wiele lepiej. Nawadniałam ją tak dużo, jak się dało.  Kolejną noc przespała bez żadnych rewolucji. Cieszyłam się że mamy już wszystko za sobą. Przede wszystkim, że obędzie się bez szpitala. Byłyśmy już raz na kroplówkach. Myślę że nie potrzebnie. Spanikowałam wtedy, gdyż córka miała zaledwie 7 miesięcy i dość często zwracała treści pokarmowe. Stwierdziłam, tym razem poradzimy sobie bez hospitalizacji.  Niestety myliłam się. Kiedy myślałam, że już wszystko pod kontrolą, że opanowałam wymioty. Córka zrobiła kilka luźniejszych kup…. Niby nie tragedia… Natomiast przestała przyjmować płyny…. Nie mówiąc już o jedzeniu… Ostatni raz jadła w niedzielę. Kiedy na nią patrzyłam… Widziałam zupełnie inne dziecko. Nie była sobą… Moja wesoła, pełna energii córcia, zmieniła się w smutne, nieruchliwe dziecko… Widząc ją w takim stanie. Władowaliśmy się do auta i długa do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Kraków – Prokocim. Po poprzednim pobycie z dzieckiem, miałam bardzo dobre zdanie o tym szpitalu. Dlatego postanowiłam że pojedziemy właśnie tam. Mimo że po drodze były inne, również dobre. Kiedy Dotarliśmy na miejsce, szybko zmieniłam zdanie. Fakt, dziecko wyszło do domu po kilku dniach. Bez żadnych niepokojących objawów, można by powiedzieć że zdrowe. Cieszyłam się z naszego wyjścia. Moja radość, nie wynikała tylko, z poprawy stanu zdrowia kruszynki. Po prostu cieszyłam się, że nie musimy dłużej tam siedzieć. W szpitalu, który tak bardzo mnie rozczarował… Zastanawiacie się dlaczego ? Przecież to najlepszy szpital dziecięcy. Tak dużo się o nim słyszy… Kraków – Prokocim. Ludzie wożą tam dzieci. Ufając że będą mieć najlepszą opiekę specjalistów. Tak i owszem. Specjalistów maja tam od groma. Lekarzy na potęgę. Każdy od czegoś innego. Mimo to … Jestem bardzo rozczarowana. Bo szpital, to nie tylko lekarze. To opieka pielęgniarek, położnych itd.. A także organizacja. Przede wszystkim organizacja !

Teraz zacznę narzekać. Po pierwsze. Córka miała założoną kroplówkę w dniu przyjazdu. Dostawała płyny około dwie doby… Natomiast opatrunku przy wenflonie, nie miała zmienionego do dnia wyjazdu…. Jak to możliwe ? Sama nie wiem… Pierwszy raz spotkałam się z sytuacją, by nie miał kto zmienić opatrunku… Wyglądało to tak… dzień przed wypisem (opatrunek był już bardzo brudny) ok godziny 14 poprosiłam pielęgniarkę by ta założyła nowy bandaż. Usłyszałam: ” Za chwileczkę przyjdę „. Po czym kobiety ani widu ani słychu… Zaczepiłam ją za parę godzin: ” Tak, wiem. Wiem , pamiętam „. Dalej nikt nie przychodzi. Kiedy przyjechał mój mąż, również dwa razy poszedł z tą samą prośbą. Usłyszał:  ” Za chwilę ktoś to zrobi. ” I tak do wieczora… Przed tym jak uśpiłam dziecko,  na sali pojawiła się jedna z pielęgniarek. Odwiedziła naszą salę, w celu odpięcia chłopca, leżącego obok , od kroplówki. Grzecznie spytałam, czy mogła by wymienić opatrunek. Odparła : ” Wie Pani co ? Nie teraz. Jak będzie w nocy pielęgniarka robić dzieciom zastrzyki. Proszę ją złapać, to Pani zmieni. Ja teraz nie mam czasu .”  Nosz kur…. Pomyślałam. To przechodzi ludzkie pojęcie ! Żebym czatowała w nocy, na jakąś pigwę, tylko po to by łaskawie zmieniła opatrunek ? Byłam zła. Bardzo zła… Poszłam spać… Cały pobyt siedziałam sama z córka. Potrzebowałam chociaż trochę się przespać.  Dalej, sprawa z tym paskudnym kawałkiem bandaża wyglądała tak. Przebudziłyśmy się z małą w czasie , kiedy na innych salach robione były zastrzyki. Skoro byłam już na nogach, zaczepiłam kobietę, i po raz enty zadałam pytanie : ” Czy mogła by Pani zmienić córce opatrunek ? ” Baba na mnie z gębą.. ” Czy pani zwariowała ? Teraz? O tej porze ? Mam dwa przyjęcia , nie mam czasu. ” Poszłam więc spać … Gdybym miała kawałek bandaża zrobiła bym to sama.  Nie miałam wyjścia… Musiałam czekać aż ktoś w końcu znajdzie czas na taką głupotę… Doczekałam się dnia następnego w południe… :/ Kolejną przykrą sytuacją było to, że zapomniano o nas. Drugiego dnia pobytu, kiedy córce pozwolono już jeść ( tj. tylko szpitalne kleiki ). Dostawała w ciągu dnia co parę godzin ok 50- 70 ml kleiku.  Każde dziecko z problemami żołądkowymi, miało rozpisywaną ilość i częstotliwość posiłku przez panią dietetyk. Chłopiec leżący obok, dostawał to samo i tyle samo, również tak samo często. Z jednym małym wyjątkiem… On dostał butle o 20- stej my nie .Skoro nie ma dla nas butelki, skoro sposób żywienia rozpisuje pani dietetyk. Pomyślałam tak ma być. Położyłam więc córkę spać. Szybko jednak przekonałam się że o nas zapomniano… Jak po każdym posiłku, przyszła jedna z pigw by zapisać ile dziecko zjadło, i czy nie wymiotowało. Kiedy pielęgniarka usłyszała, że mała nic przed snem nie zjadła. Ze ostatni raz jadła o 17-stej. Wyjechała na mnie z jadaczką :  ” Dlaczego nie zjadła ? , Co ja mam teraz zapisać ?  Nie zjadła, bo co ? ”  I tu padło moje : ” Bo nie dostała ” Wtedy zmieniła ton rozmowy… Ale jedzenia jak nie było tak się nie pojawiło… Córka spała więc głodna. W okolicy 24- tej przyszedł posiłek… Niestety, dla nas znów nie było. Przyleciała w/w pielęgniarka i nie wiedziała co ma zrobić . Szczęście w nieszczęściu, że chłopiec dla którego był posiłek, nie miał najmniejszej ochoty go jeść. Pigwa, w porozumieniu z matką chłopca , oddały nam posiłek. Takim oto sposobem, moje dziecko dopiero o północy, zjadło nie swoją kolację. W dniu wypisu byłam bardzo szczęśliwa, ale i okropnie zniesmaczona. Dlaczego ? Już wyjaśniam. Córka z racji iż przyjęta została z wymiotami i biegunką, miała mieć przebadany kał. Cały pobyt w szpitalu męczyli nas o tą nieszczęsną kupę. Ciągle słyszałam że muszą kupkę przebadać. A przede wszystkim muszą zobaczyć czy jest „zdrowa” czy nadal biegunkowa. Mówiłam lekarzom, mówiłam pielęgniarka, mówiłam wszystkim. „Córka ostatnio jadła konkretnie w niedziele… Cały organizm zapewne ma wyczyszczony przez biegunkę i wymioty. Jestem pewna że jeszcze nie ma z czego kupki zrobić, to może jeszcze chwilkę potrwać.” Męczyli nas i męczyli. A kupy nadal nie było. Kiedy przyszedł dzień wypisu. Przyszła Pani doktor, zbadała małą. „Dziecko zdrowe. Kupa była ? ” Nadal utrzymywałam, że jeszcze za wcześnie. Doktor stwierdziła ” Damy czopek. Bo wie Pani. Zaparcia po biegunce to też nie za dobrze.” Po czopku nic się nie podziało. Wypisano nas, bez zbadania kału, o który było takie zamieszanie. Przyjechałyśmy do domu.  I co ?  Córka walnęła wielką, aż po rękawki kupkę biegunkową.  Po jakimś czasie powtórka i druga rzadka. Na szczęście , na tym się skończyło. Wiecie co ? Byłam wściekła… Gdyby tą kupę zrobiła w szpitalu… Zostały byśmy jeszcze dzień lub dwa… Wypisali nas bez zrobienia wszystkich badań. Wypisali niedoleczone dziecko.    Sytuacji takich bądź podobnych w szpitalu było bardzo dużo. Rozmawiając z innymi mamami w pokoiku socjalnym, dowiedziałam się rzeczy których usłyszeć nie chciałam. Między innymi to:

  • Nie tylko my nie dostałyśmy jedzenia. Przypadki takie zdarzały się nagminnie w kilku salach.
  • Lekarz opieprzał kobietę, że karmi roczne dziecko piersią. Twierdząc że jest za duże. Mnie również nie pozwolono karmić córki własnym pokarmem. Ponieważ obciążę małej układ trawienny.
  • Wypraszano rodziców z sal, gdy chodził profesor wraz ze studentami, by omawiać poszczególne przypadki.
  • Pielęgniarki nie przekazywały sobie informacji o nowych pacjentach. Niestety były na salach takie dzieci, z którymi rodzice nie zostawali…. Biedne leżały same na sali… Nikt do nich nie zaglądał. Pewna kobieta opowiadała mi jak to biegała do sali obok bo 2 miesięczna kruszynka leżała sama, osrana po szyje… I jeszcze dostawała za to ochrzan.  Natomiast personel twierdził nie wiedział, bądź udawał że nie wie, że posiadają w tej sali pacjenta.

Podczas naszego pobytu działo się wiele, niestety zapamiętałam głownie te złe rzeczy. Tak bardzo nieprzyjemne i wręcz rażące … Nie czułam się ani trochę bezpiecznie. Skoro ja się nie czułam bezpiecznie, to moje dziecko tym bardziej .

Po powrocie ze szpitala nie miałam ani trochę lżej… Córka bardzo przeżywała te kilka dni. Budziła się często w nocy. W dzień nie odstępowała mnie na krok, ciągle chciała być na rękach. Kiedy mąż próbował mnie odciążyć, biorąc małą w ramiona. Mała w ryk. Trwało to ok tydzień. Gdy wróciło wszystko do normy… Córcia zaczęła gorączkować … Gorączkowała 3 dni … Z początku myślałam.” Idą kolejne zęby, normalne. Nie ma się czym przejmować. ” Ale nie … To nie zęby. Mimo podawania środków przeciwgorączkowych gorączka wiele nie spadała.. Nie byłam jej w stanie zbić poniżej 37,5… Było to dla mnie bardzo dziwne… Nie kaszlała, nie smarkała, nawet nie kichała… Wysypki też nie było… Zaobserwowałam trzeciego dnia że spadł jej apetyt… Z racji, że u nas po południu pediatry już nie ma… A w tym czasie p. doktor i tak była na urlopie. Pojechaliśmy do miasta… Tam z wielką łaską nas przyjęto… Córka miała, w tym czasie, dość wysoką temperaturę , więc nie mogli nas odesłać. Po zbadaniu okazało się, że ma konkretne zapalenie gardła…. Tydzień antybiotyku, tydzień siedzenia w domu. Znowu zaczęło się klejenie do mamy… Bez mamy ani rusz.  Na szczęście , święta spędzać mogłyśmy już mając chorobę za sobą. Te dwa, trzy tygodnie, były dla nas ciężkie. Mam nadzieje, że w najbliższym czasie już nic mnie nie zaskoczy.

Wszystko tak idealnie … Tylko czemu nie u mnie ?

Dziś, w ramach przedobiedniego spaceru, odwiedziłyśmy z córcią naszych przyszłych sąsiadów. Młodzi i mili ludzie. Również, mają małe dziecko. Nigdy u nich nie byłam. Do dzisiaj. Mimo że przyszłam tam we własnym „interesie” , mimo że ciepło mnie przyjęto, żałowałam że tam trafiłam. Zastanawiacie się dlaczego ? Dlatego że poczułam się jak totalna sierota… Przeszłam przez próg i pomyślałam: Łał ! Ale ładnie ! Normalna reakcja, kiedy wchodzi się do w miarę nowego domu. Czyste ściany, nie zniszczona drewniana podłoga itd… Dom pachniał nowością. Myślę że mój zachwyt był uzasadniony. Natomiast kiedy weszłam dalej i usiadłam we wskazanym mi miejscu. Rozejrzałam się…. Wiecie co zobaczyłam ? Idealny porządek.  Po prostu idealny ! Wszystko ładnie , równo poukładane,  zabawki dziecięce również. Nic nie walało się po podłodze. Wszystko na swoim miejscu…. Oraz chłopca, grzecznie bawiącego się na dywanie.. Byłam. Nadal jestem pełna podziwu…. Jak ona to robi ? Jak ogarnia opiekę nad dzieckiem, i obowiązki domowe?… Dziecko czyste, uśmiechnięte. Ona zadbana, umalowana, a dom wygląda jak aranżacje wnętrz w Ikei… Jak ona to robi ? Kurde… Czego mi brakuje ? Czemu ja tak nie potrafię. Czemu wiecznie potykam się o dziecięce zabawki… Dlaczego panuje u mnie ciągły nieporządek ? Przecież się staram , sprzątam codziennie … Jest o wiele lepiej niż było. Niestety wiele mi jeszcze brakuje…  Chciała bym, by moje mieszkanie lśniło tak jak dom tej kobiety… Nie chcę się wiecznie wstydzić, i mówić ” Sorry za bałagan ” . Do takiego zadbanego domu chce się przychodzić. Poznałam dzisiaj, prawdziwą, perfekcyjną panią domu.  Postanowiłam wziąć sobie ją za wzór. Już nikt mi nie powie, że przy małym dziecku, nie da się mieć wymuskanego domu. Bo się da ! Skoro ona potrafi… To ja też dam rade.