Melodia pełna jęku …

Zakładając tego bloga postanowiłam , że będę pisać regularnie. Dziś już wiem. Będąc mamą, nie jestem w stanie tego realizować. To już drugi raz, jak w mojej „blogowej karierze” wystąpiła dłuższa przerwa. Mimo szczerych chęci, mimo planów… Życie wszystko weryfikuje… A plany możemy sobie wsadzić głęboko w d… ;) Nie ! Nie jest to pożegnanie ! Chce pisać nadal. Bloga prowadzić będę, lecz zapewne nie z taką częstotliwością jak zamierzałam. Szkoda… Polubiłam to, bardzo…

Nie było mnie dość długo. Głupio mi… Nie znalazłam nawet chwili, by przeczytać co u Was ciekawego. Nie mam zielonego pojęcia, jak wygląda sprawa z placem zabaw dla Basi i Ignasia. Nie wiem co nowego stworzyła Matka Prawie Wariatka. Jak toczą się losy naszej Emigrantki , a także, jakie smakołyki przewinęły się przez kuchnię W moim Kacperkowie. Zaniedbałam Was wszystkie. Was które piszecie, i które czytacie . Ciebie też !

Moja nieobecność, była spowodowana przede wszystkim kryzysem. Dopadł on mnie , dziecko… Dopadł wszystkich. Nie dawałam sobie rady z niczym. Totalny brak organizacji, do tego kupa nerwów i poczucia winy… Poczucia że jako matka nie potrafię poradzić sobie z własną córką… Kruszynka , jest moim pierwszym dzieckiem. Przy niej się wszystkiego uczę, poznaje samą siebie. To Ona, pokazuje mi moje słabe strony. Całe to macierzyństwo, jest dla mnie nowością… Niejednokrotnie, bywa bardzo zaskakujące. Niestety także negatywnie. Z dnia na dzień , blog poszedł w odstawkę. Córcia , z wesołej dziewczynki, stała się okropnie nieznośnym dzieckiem… Ma 18-ście miesięcy. Niektóre z Was, chciały by mi pewnie powiedzieć : „18-ście ? To normalne. Dzieci w tym wieku tak mają. Trzeba to przeżyć. ” Zanim się to zaczęło, czytałam. Byłam świadoma , że czeka mnie tzw. „powrót do mamy ” . Oraz, że może być trochę ciężej…. Szczerze mówiąc… Nie spodziewałam się, że tak będzie to wyglądało. W mgnieniu oka, dziecko zmieniło się nie do poznania… Nie byłam na to przygotowana… Ledwo otworzyła oczy, już stęki i marudzenie. Krok w krok za mną, z pełna jęku melodią na ustach … Napady wściekłości, z gryzieniem wszystkiego co popadnie, łącznie z własnymi rączkami. Płacz przy zabawie, płacz na rękach. Jedzenie ? Hm.. Też nie pasowało… Strajk ! Totalny strajk ! Mam cierpliwość. Przynajmniej zawsze tak uważałam…  To wszystko mnie przerosło. To klejenie się do mnie, nie dawało mi żyć. A jej płacz… Doprowadzał mnie do szewskiej pasji….  pomocy-zbzikuje

Po dwóch dniach, miałam dość. Chodziłam cała w nerwach … A niestety , każdy kolejny dzień, wyglądał podobnie. Marzyłam,  by uciec stąd jak najdalej.  Jedynie , chwilę wytchnienia miałam na spacerze. ( Do tej pory nie rozumiem… Gdy wychodziłyśmy na zewnątrz, córka znów była niczym aniołek. Jak gdyby nigdy nic … ) Spędzając czas na świeżym powietrzu, było mi tak dobrze… Aż bałam się wracać … Ciągłe krzyki i płacz, dezorganizowały mnie całkowicie… Na podłodze bałagan. Wśród porozwalanych zabawek, resztki jedzenia. W kuchni sterta garów… A w łazience ? Prania a prania … Mieszkanie, aż prosiło się o zainteresowanie !  Natomiast cała moja uwaga, musiała być skupiona na dziecku… Robiłam wszystko. Stawałam na głowie by już więcej nie słyszeć jak marudzi. Eh… Z trudem, udawało mi się zrobić jakiś sensowny obiad…

Był to bardzo nerwowy okres. Dla nas wszystkich…Mała , która nie radziła sobie z wejściem w kolejny etap życia… ( To był chyba najgorszy skok rozwojowy, z jakim przyszło nam się zmierzyć) Ja, będąca z tym wszystkim sama, zła jak osa. Mąż, po 12 h pracy. Zmęczony , mażący tylko o wygodnym łóżku….Do tego, bałagan nie z tej ziemi, a także nieprzespane noce… Tak ! Noce też miały wiele do życzenia . Przez jakieś dwa tygodnie, córcia budziła się często z płaczem. Wszystko to , owocowało kutniami i rzucaniem się do gardeł… Żarliśmy się , jak nigdy dotąd… A na dobitkę… Kruszynkę dorwało jakieś przeziębienie. Dostaliśmy zakaz wychodzenia na pole. To było jak gwóźdź do trumny….

Gdy nastał dzień kulminacyjny skoku rozwojowego. Słysząc po raz en-ty płacz o zabawkę , którą sobie sama wyrzuciła…. Nie wytrzymałam ! Zostawiłam własne dziecko… Uryczane, czerwone z wysiłku… Wyszłam. Wyszłam do łazienki. Zamknęłam się i zatkałam uszy… To była chwila w której musiałam coś zrobić… Musiałam wybrać mniejsze zło i wyjść ! Inaczej, nie wiem co by się stało… Tyle złości , negatywnych emocji we mnie jeszcze nie było… Nie wiem ile tam siedziałam . Pięć… Może dziesięć minut. Ona cały czas płakała… Gdy ochłonęłam, wróciłam do gry. Pełna nadziei ze będzie lepiej. Wzięłam małą w ramiona. Przytuliłam, i wyjątkowo ( jak na tamten okres ) spokojnym głosem zaczęłam z nią rozmawiać. Uspokoiła się… Ja też … Później było już lepiej.  Obie byłyśmy zdecydowanie spokojniejsze … A ja cieszyłam się, że nie dałam się ponieść złym emocjom …

Jak pisałam, dostałyśmy zakaz na wyjście z domu… Przyznam, że go po prostu olałam. Nie wytrzymałybyśmy, nie przeżyłybyśmy tego okresu, zamknięte w czterech ścianach. Córce te spacery dobrze robiły. Ba ! Obydwie wracałyśmy w lepszych nastrojach. Z siłą do walki z tym okropnym skokiem rozwojowym… Aaa ! I bardzo szybko pozbyłyśmy się przeziębienia. :)

Było ciężko ! Przeżyłyśmy !

Tu link do wierszyka pisanego pod wpływem podobnych emocji. -> Frustracja 

Żal mi mojego dziecka… Pomóżcie !

Dzisiejszą notkę pisze w nadziei, że ktoś mi pomoże…Kocham swoją córkę nad życie.  Chcę ciągle widzieć uśmiech na jej twarzy. By czuła się bezpiecznie. By rozwijała się jak należy i była zdrowa. Chcę by była szczęśliwa… Staram się robić co w mojej mocy, aby tak było…  Niestety, mimo moich starań, nie jestem w stanie zapewnić jej tego wszystkiego.  Powiecie mi.  ”To normalne, nie możesz ochronić dziecka przed światem. Pomóż mu go poznać ” Doskonale o tym wiem. Wiem również, że każda matka tak ma. Jest to w naszej naturze. Chcemy chronić dziecko, przed tym co złe i przykre. Mimo tej świadomości , jest mi jej żal… Mała, odkąd pamiętam zawsze cieszyła się na widok dzieci… Wręcz do nich lgnęła. Niestety, teraz już tak nie jest… Zrobiła się bardzo ostrożna, nieufna. Wszystko przez hałas … Boi się dzieci.. Boi się dzieci głośnych… Nie mogę tego przeskoczyć. Nie mam pojęcia co zrobić…Nie potrafię jej pomóc. Tak bardzo pragnę by nie unikała kontaktów z rówieśnikami… Obawiam się, że będzie miała uraz do dzieci. Czasem mam wrażenie, że już go ma. Kiedy spodka nowe dziecko , przez dłuższą chwilę nie chce się bawić. Trzyma się na dystans. Obserwuje… Dopiero gdy poczuje się bezpiecznie, wchodzi w relacje. Nadal obserwując towarzysza zabaw. Jeśli jednak natrafi na głośne dziecko, jest krótko mówiąc masakra. Nie chce do niego podejść, trzyma się na dystans. Kiedy usłyszy krzyk czy też piski wybucha płaczem.. W oczach widać przerażenie…. Po czym ciężko jej się uspokoić. Tulę ją, tłumacze że dziecko nie chciało jej wystraszyć… Że nic się nie dzieje.  Nie pomaga… Na każdy kolejny hałas reaguje w ten sam sposób. Nie ważne czy rozdarte dziecko widzi po raz pierwszy, czy zna od dawna… Wycofuje się, z zabawy gdy usłyszy krzyk… Córa ma o rok starszego kuzyna. Wydawało nam się, że kiedy mała zacznie chodzić, będą się ładnie bawić. Niestety nie …  Zrobił się z niego straszny krzykacz… Niezależnie czy jest rozzłoszczony, czy w siódmym niebie swoje emocje wyraża robiąc przy tym niezły harmider. Młody wykazuje dużą chęć do wspólnej zabawy.. Lecz moje dziecko go unika… Kiedy się do niej zbliża sztywnieje,  nie spuszczając z niego wzroku. Odsuwa się, gdy ten próbuje ja dotknąć… Parę razy, kiedy do niej podchodził, krzyczała ” Nie , nie , nie ” … Co mam począć ? Jak jej pomóc ? Już dawno temu zauważyłam, że nie lubi kiedy jest za głośno. Więc gdy mogłam ja uprzedzić, robiłam to… Kiedy maż miał zamiar włączyć wiertarkę  czy inny sprzęt, mówiłam do niej : ” Córuniu . Widzisz tata będzie wiercił. Zaraz będzie głośno. ” Czasem, wspólnie zatykałyśmy sobie uszka.  Dawałyśmy rade… Była przygotowana na nieprzyjemne dźwięki, i dzielnie je znosiła. W przypadku rozkrzyczanych dzieci, nie potrafię jej pomóc. Ciężko mi przewidzieć moment w którym to nastąpi… A co dopiero ostrzec małą…. Jak sobie z tym poradzić ? Czy któraś z Was miała podobny problem ?

Dziwnie się czuję

Chwilę temu przyjechaliśmy na basen. Mała bardzo lubi pluskać się w wodzie. Nie boi się, wiecznie jej mało. Wystarczy że usłyszy „jedziemy na basen”.  Gotowa jest wyjść z domu, natychmiast porzucając każde zajęcie. Ponieważ bardzo to lubi i na sama myśl przebiera nogami, postanowiliśmy jeździć z nią regularnie. Coniedzielny basen stał się naszą tradycją. Odkąd  jeżdżę z córka, jeszcze bardziej go polubiłam. Patrzenie, jaka jest szczęśliwa , sprawia mi ogromną radość. A te piski, okrzyki towarzyszące chlapaniu rączkami, wręcz uwielbiam. Niestety, z powodów zdrowotnych, dziś, nie mogę z nią popływać. Czuję się, z tego powodu bardzo dziwnie. Od pierwszych dni życia jestem z nią, prawie bez przerwy. Towarzyszyłam w poznawaniu nowych doświadczeń. Mniej i bardziej przyjemnych. Czerpiąc z tego dużo dobrego. Dziś siedzę w kawiarni. Przez szybkę patrzę, jak  moje dziecię bawi się z tatą. I wiecie co czuję ? Ciężko mi to określić. Cieszę się, że mała ma radochę. Jestem też okropnie zazdrosna… Jestem zazdrosna o swoje dziecko. Tak bardzo żałuję, że nie mogę być przy niej, wspólnie z nią się cieszyć. Mam wrażenie, że ucieka mi coś ważnego.

Wszystko tak idealnie … Tylko czemu nie u mnie ?

Dziś, w ramach przedobiedniego spaceru, odwiedziłyśmy z córcią naszych przyszłych sąsiadów. Młodzi i mili ludzie. Również, mają małe dziecko. Nigdy u nich nie byłam. Do dzisiaj. Mimo że przyszłam tam we własnym „interesie” , mimo że ciepło mnie przyjęto, żałowałam że tam trafiłam. Zastanawiacie się dlaczego ? Dlatego że poczułam się jak totalna sierota… Przeszłam przez próg i pomyślałam: Łał ! Ale ładnie ! Normalna reakcja, kiedy wchodzi się do w miarę nowego domu. Czyste ściany, nie zniszczona drewniana podłoga itd… Dom pachniał nowością. Myślę że mój zachwyt był uzasadniony. Natomiast kiedy weszłam dalej i usiadłam we wskazanym mi miejscu. Rozejrzałam się…. Wiecie co zobaczyłam ? Idealny porządek.  Po prostu idealny ! Wszystko ładnie , równo poukładane,  zabawki dziecięce również. Nic nie walało się po podłodze. Wszystko na swoim miejscu…. Oraz chłopca, grzecznie bawiącego się na dywanie.. Byłam. Nadal jestem pełna podziwu…. Jak ona to robi ? Jak ogarnia opiekę nad dzieckiem, i obowiązki domowe?… Dziecko czyste, uśmiechnięte. Ona zadbana, umalowana, a dom wygląda jak aranżacje wnętrz w Ikei… Jak ona to robi ? Kurde… Czego mi brakuje ? Czemu ja tak nie potrafię. Czemu wiecznie potykam się o dziecięce zabawki… Dlaczego panuje u mnie ciągły nieporządek ? Przecież się staram , sprzątam codziennie … Jest o wiele lepiej niż było. Niestety wiele mi jeszcze brakuje…  Chciała bym, by moje mieszkanie lśniło tak jak dom tej kobiety… Nie chcę się wiecznie wstydzić, i mówić ” Sorry za bałagan ” . Do takiego zadbanego domu chce się przychodzić. Poznałam dzisiaj, prawdziwą, perfekcyjną panią domu.  Postanowiłam wziąć sobie ją za wzór. Już nikt mi nie powie, że przy małym dziecku, nie da się mieć wymuskanego domu. Bo się da ! Skoro ona potrafi… To ja też dam rade.

Dziecko, nie tuczna świnka … A wina, zawsze leży po stronie matki !!!

„Mamy mają tendencję do wciskania w dziecko więcej niż zjeść może ” Oj tak ! Często słyszałam te słowa. Parę razy zdarzało się, że były też kierowane bezpośrednio do mnie, kiedy to opowiadałam o naszych problemach z jedzeniem. Mówiąc najbliższym w rodzinie, że mała nie chce jeść, że nie je, tylko dziubie. Ciągle słyszałam : ” Wydziwiasz, przecież je. Dobrze wygląda. Ty byś chciała żeby ciągle żarła i wyglądała jak tuczna świnka. ” 2-swinka   Nie czułam się rozumiana w najbliższym otoczeniu. Nie pasłam dziecka, nie wciskałam na siłę, nie zmuszałam do jedzenia… Wychodziłam z założenia że zdrowe dziecko się nie zagłodzi. Do czasu… Kiedy zdałam sobie sprawę ze coś jest nie tak, że powinna jeść zdecydowanie więcej.  Wszyscy, łącznie z moim małżonkiem uważali że, nie ma się czym przejmować.. Ja natomiast widziałam duży problem. Martwiłam się, gdy kręciła głową przy posiłku. Martwiłam się gdy zrobiła dwa kęsy chleba,  itd….Pomyślałam, że skoro nikt nie widzi problemu, to może rzeczywiście mają rację.  Chodziłam na pomiary masy ciała, długości i obwodu głowy. Nikt nie miał żadnych zastrzeżeń, mimo że waga córki, raz stała w miejscu, raz podskoczyła o 10 dkg a innym razem spadła… Wzrost również miał wiele do życzenia. Nikt z „wykwalifikowanych ” nie powiedział słowa, że cokolwiek może być nie tak.  Pewnego dnia, gdy już miałam serdecznie dość zamartwiania się, usiadłam z książeczką zdrowia dziecka. Zaczęłam analizować wszystkie zapisywane parametry… Zbladłam…. Do 6 miesiąca życia córka rosła jak na drożdżach. Wszystko wzorowo. Natomiast po 6 miesiącu coś się podziało. Dziecko znacznie przyhamowało… a później stanęło w miejscu. Przez 3 miesiące pomiary wagi były podobne. Natomiast wzrost i obwód głowy  nie drgnął … Zaświeciła mi się czerwona lampka : ” Kobieto nie słuchaj innych ! Co oni mogą wiedzieć, nie znają dobrze sytuacji. Idź z córką do lekarza, bo tak być nie może ! Zaufaj swojej intuicji … ” Akurat zbliżało się szczepienie, więc przy okazji szczepienia ,skonsultowałam z panią doktor moje wątpliwości. ( Do szczepienia i w razie choroby jeździmy do naszej zaufanej pani doktor do miasta. Natomiast kontrolne pomiary robimy w okolicznym ośrodku zdrowia. ) Wątpliwości , przerodziły się w problem. Słusznie się martwiłam. Lekarz stwierdził , że córka najprawdopodobniej jest niedożywiona…  I przyczyną może być jakość, lub ilość jedzenia… Dostałam dokładne wytyczne, jak przyrządzać córce posiłki, i ile powinna zjeść jednorazowo…Jeszcze w gabinecie dotarło do mnie, że moje posiłki trochę odbiegają od tych przedstawionych przez lekarza…  Po powrocie do domu , zaczęłam ściśle trzymać się zaleceń pani doktor. Obiadki gotowałam, zdecydowanie bardziej konkretne. Było w nich dosłownie wszystko. Co z tego… Córcia nadal jeść nie chciała… jadła jak dotychczas. Zaczęłam dokładnie odmierzać ile pochłonęła  w ciągu dnia… Kiedy, po odmierzeniu zupki, ujrzałam niecałe 40 ml, załamałam się…  Ni jak miało się to 40 ml do 170 ml jakie zalecił lekarz.. Mąż szybko zmienił zdanie, i również się przejął. Uświadomiliśmy sobie że musimy jakoś sobie poradzić z tym problemem…  Było ciężko. Córkę nudziło, i nadal nudzi jedzenie.. Ale nie poddawaliśmy się… Ja szukałam coraz to nowszych smaków, robiąc zupę warzywną na tysiące sposobów. Mąż pilnował, by w trakcie czytania książeczek, mała zjadła choć ćwiartkę jabłka.. itd. Od wyjścia z gabinetu, ciągle pilnowaliśmy by posiłki córki były bardzo regularne i urozmaicone. Nasza walka trwała ok półtorej  tygodnia, aż córka zaczęła zjadać większe ilości.. Tym to sposobem, prawie zbliżyliśmy się do ilości jakie powinno zjadać dziecię w wieku córki… A co najważniejsze. Mała szybko przybrała na wadze, i podrosła kilka centymetrów… Teraz posiłki, nie są już tak stresujące, ani dla dziecka ani dla nas. Dziecię je ze smakiem.. ciągle powtarzając „mniam”, „mniam”  i rośnie jak powinno. Nie wiem… Nie mam pojęcia, jak doszło do takiego zaniedbania ?…Inaczej się tego nazwać nie da. Mimo że zawsze miała co jeść, po prostu tego nie robiła, ja nie wciskałam jej na siłę, widziałam że przynosi to odwrotny skutek… Pewnie zrobiłam jakiś błąd przy rozszerzaniu diety. Być może metoda BLW w przypadku mojej córki się nie sprawdza, choć miałam wrażenie że zjadała więcej niż gdy ją karmiłam… Odpowiedzi pewnie już nie znajdę. Ale czy muszę ? Chyba już nie… Dziecko mam zdrowe, je ładnie, i to z apetytem :) I rośnie ! Przede wszystkim rośnie :) To co najgorsze w temacie żywienia mamy już chyba za sobą :) Szkoda tylko , że nikt z otoczenia nie wierzył że naprawdę mamy z tym problem . Przylepiono mi metkę z napisem ” Matka która pasie swoje dziecko „. Do tej pory mało kto wieży że w naszym przypadku tak nie było. Za to wszyscy jak jeden mąż mówią : „ale ona fajnie teraz wygląda. A jak urosła !” ;)

Widzę czarne, tam gdzie białe !

Dziś postanowiłam napisać, co nieco o sobie jako matce. Pewnie niejedna z was, po przeczytaniu powie: ” Mam tak samo „. Dobrze ! Świadczyć to będzie, że nie jestem wyjątkiem. A w kupie raźniej ;) Po dzisiejszej wizycie u lekarza, po raz enty stwierdziłam, że jestem przewrażliwiona i szukam dziury w całym. Wybraliśmy się, po południu na osłuchanie. Wizyta była nie planowana, ponieważ córka miała się dobrze. Dręczył ją jedynie lekki katar. Rano natomiast wstała z okropnym kaszlem… Słychać było, że nie może odkrztusić wydzieliny. Gdy tak kaszlała, w głowie miałam już zapalenie oskrzeli i inne choroby dróg oddechowych. przychodnia Więc spakowaliśmy się do auta i długa do lekarza… Na miejscu okazało się, że małej nic nie jest … A kaszel spowodowany spływającymi gilami. Przy okazji, pokazałam lekarzowi moje ostatnie zmartwienie. Skórę na rączkach, nóżkach, policzkach córci…Była strasznie brzydka, tak jakby sucha, z dziwną wysypką, popękana miejscami. Z każdym dniem coraz gorsza…Wyglądało to dla mnie jak AZS… Lub jakieś uczulenie…I co ? I  nic poważnego. Wyszło na to, że matka nie potrafi dbać o skórę własnego dziecka… No cóż, zbłaźniłam się troszkę. Następnym razem będę mądrzejsza :) Nie pozostaje mi nic innego, tylko zmienić dziecku kosmetyki do kąpieli i pielęgnacji… Dzisiejsza wizyta nie należy do wyjątków, Przez te czternaście miesięcy miałam przeróżne zmartwienia. Jedne słuszne inne z niewiedzy lub przewrażliwienia. Kiedyś jednak pobiłam samą siebie… Gdy mała miała ok 6 tygodni, w jej buzi pokazała się pleśniawka. Walczyłam z nią bardzo długo. Zdzieranie grzyba, przemywanie, płukanie buzi nie pomagało. Nawet nystatyna nie dawała sobie rady… Wciąż to paskudztwo nawracało… Po zużyciu trzeciej nystatyny, córka dostała wreszcie coś innego . Daktarin oral gel. Pediatra kazał smarować małej języczek, odrobiną żelu. Po kilku dniach miała nastąpić poprawa. Jednak dla mnie poprawa była słaba. Smarowałam dziecku język dwa tygodnie, i ciągle widziałam biały nalot. Tak się tym martwiłam, że pewnego dnia wybuchłam płaczem, mówiąc do męża : ” Jestem beznadziejną matką ! Nie potrafię pozbyć się tej pieprz…. pleśniawki… Mała  przeze mnie płacze, bo tylko gmeram jej w buzi i nic z tego nie ma… ” Pojechaliśmy następnego dnia do lekarza. Niestety naszej pani doktor nie było. Zrozpaczona lamentowałam w rejestracji : ” Ktoś nas musi przyjąć ! Córka ma okropnego grzyba w buzi, leczymy się już dwa miesiące, żadne leki nie pomagają.  Musimy dostać się do któregoś lekarza…” Po chwili kobieta zlitowała się nad nami. Załatwiła nam nawet wejście bez kolejki… Pani doktor oglądnęła dziecko. Po chwili : ” Gdzie ma pani tą pleśniawkę ? ” Na moje:” Tam głęboko. To białe. ” Popatrzyła na mnie z politowaniem i powiedziała : ” Proszę natychmiast odstawić leki. To nie jest żaden grzyb, tylko zwykła śluzówka, która nie jest już w najlepszym stanie. ”   Nigdy nie czułam się tak głupio. Nie dość ze narobiłam zamieszania, to jeszcze leczyłam coś czego nie było… Niszcząc przy tym małej śluzówkę. Wygłupiłam się konkretnie, mimo tego czułam się lepiej. Byłam o wiele spokojniejsza i cieszyłam się że córci nic nie dolega.  Zdaje sobie sprawę, że bycie przewrażliwioną nie jest dobre. Lecz wolę taką być, i zbłaźnić się sto razy, niż coś zignorować i później żałować.

Zdurniałam … O ja niedokształcona !

Gorączkowanie , ślinienie się , rozdrażnienie, spuchnięte i obolałe dziąsła oraz  gryzienie wszystkiego co pod ręką. Jest to dla mnie oczywiste. Dziecko ząbkuje więc nie ma się co dziwić .. W końcu wyrzynanie się zębów nie należy do przyjemnych. Miałam już okazję wspierać córę w tych niemiłych okolicznościach. Nie zdziwiła mnie wysoka temperatura, nie zdziwiły mnie jej humorki, ani gryzienie wszystkiego. Nawet kąsanie mnie po cycach, mimo że nie jest miłe, było dla mnie zrozumiałe. Swędzą dziąsła to, czasem trzeba coś przygryźć, nie ważne że mamę może zaboleć ;) Wydawało mi się że, o ząbkowaniu wiem wszystko… Dziś jednak zderzyłam się z okrutną rzeczywistością, która uświadomiła mi, że jednak tak nie jest. Mała od jakiegoś czasu była trochę nerwowa, złościła się w kółko, wyżywała na sobie… Gryzła mnie jak wściekła żmija. Źle sypiała a także gorączkowała… Pokazał się katar… Byłam pewna że może przechodzić skok rozwojowy i dlatego takie zachowanie. Niepokoiło mnie jej gorączkowanie i ten katar… Kiedy gorączkowała wybraliśmy się do lekarza .. Lecz ten, nic ciekawego nie znalazł. Powiedział jedynie że może być to trzydniówka. Od tamtego czasu ,minęło ok 2 tygodni gorączka zniknęła i nie przyniosła ze sobą żadnego choróbska. Od trzech dni mi smarka, nic poza tym się nie dzieje…  Znów zaczęłam martwić się że złapała jakiegoś wirusa. Dzisiaj w trakcie łaskotek, gdy mała śmiała się do rozpuku, zdurniałam. Gdy rozdziawiła paszcze błysnęło mi coś białego. Z niedowierzaniem  gilgotałam ją dalej… O rzesz kurka ! No niemożliwe ! Ja się patrzę, a tam, już całkiem spora górna czwórka :D patrzę na drugą stronę, a tam mega spuchnięte dziąsło…  Jakim cudem ? A gdzie trójki? Ja się pytam. Teraz się z tego śmieję ale wtedy byłam przerażona.  Co z trójkami, gdzie one się podziały ? A jak jej nie wyjdą ? itd. Spanikowałam trochę. Gdy mała zasnęła, a mi przeszła już ekscytacja dokonanym odkryciem ;) Spytałam wujka Google jak to jest w końcu z tymi zębami… I już wiem :) O ja niedokształcona ! Cały czas wydawało mi się że po dwójkach idą trójki i dopiero trzonowe.. A to niespodzianka ! No cóż, teraz będę już mądrzejsza. Wtedy też olśniło mnie… To gorączkowanie zapewne spowodowane było wyżynającą się czwórka. Te jej ciągłe humory, zwiastują kolejną. Ufff … Uspokoiłam się trochę. A już się bałam że w córkę wstąpił diabeł ;)  a to tylko ząbki. Dla ciekawskich, bądź niedokształconych jak ja ;)  zabkowanie

Matka ! Weź Ty się wreszcie ogarnij !

Przed ciążą dbanie o dom, nie było dla mnie niczym trudnym. Zdarzało mi się mieć czasem bałagan. W ciąży natomiast, mieszkanie lśniło jak nigdy w życiu. Ze wszystkim sobie radziłam. Zawsze posprzątane, wyprane , wyprasowane, obiad ugotowany, zakupy zrobione. Wszystko ogarniałam i miałam jeszcze dużo czasu dla siebie. Mogłam sobie jeździć na jogę dla kobiet w ciąży, i spotkania z przyjaciółka. Czasu miałam pod dostatkiem. Ogarniam się już od roku i ogarnąć się nie mogę. Czuję się z tym faktem coraz gorzej. Zawsze wydawało mi się że, wszystko da się pogodzić i że, ze wszystkim sobie poradzę. Kiedy zaczęłam swoją karierę w macierzyństwie, nadal tak uważałam. Przez pierwsze trzy tygodnie, wspólnego życia z noworodkiem było ekstra. Chata czysta, obiad gorący, oboje z mężem wystrojeni. Chodziłam nawet niewiarygodnie wyspana. Wszystko to wraz z moim entuzjazmem, skończyło się. Małą dopadły kolki. Mąż w pracy, a na mojej głowie cały dom i płaczące dziecko. Nie było mowy o sprzątaniu, praniu a tym bardziej gotowaniu. Całymi dniami dziecko w ramionach i ciągłe szukanie sposobu na ulgę. Po takim dniu byłam tak wykończona że nie w głowie było mi sprzątanie. Wszystkie obowiązki domowe, miałam głęboko w d…. . Kolki minęły, i nadzieja że się od-sprzątam powróciła. Guzik…. Im córka starsza tym więcej uwagi potrzebowała. Żadne leżenie w łóżeczku nie wchodziło w grę. Leżaczki , bujaczki i inne wynalazki również odpadały. Krótko mówiąc, od trzeciego tygodnia jej życia, brakuje mi czasu na zajmowanie się domem. Prawie w całości poświęcam go na zaspokojenie jej potrzeb. Myślałam że będzie łatwiej wszystko pogodzić… Czasem myślę sobie, że jestem jakaś upośledzona, skoro nie potrafię ogarnąć domu, poprasować ubrań, znaleźć czasu dla siebie. Nie potrafię zrozumieć, jak robią to inne mamy. Lśniąca chata, i szczęśliwe dziecko ? To chyba dla mnie, nie do osiągnięcia. W ciągu dnia, mam co robić przy małej. Poza ugotowaniem jakiegoś sensownego obiadu, trudno o czas na cokolwiek innego. Wstyd się przyznać, ale gdy już zrobię pranie to czasem kisi się w pralce dzień lub dwa… W kuchni wiecznie zbierają się brudne gary… Masakra… Jakoś nie wyobrażałam sobie że będzie ze mnie aż tak nieperfekcyjna pani domu. pani-domu Nie wiem z czego to wynika … Być może brak mi organizacji. Być może z tego że, od początku muszę radzić sobie sama. Nie mam do pomocy żadnej babci, mąż wiecznie pracujący. Wszystko na mojej głowie. Mimo tego że wiedziałam jak będzie, byłam pewna że sobie poradzę. Czasem dostawałam porady typu: Wsadź mała do łóżeczka , zasyp zabawkami niech się pobawi sama a Ty będziesz miała czas na ogarnięcie chaty. Porada fajna. Chciała bym by tak było. Moja córka nie pobawi się sama. Zdarza jej się to raz na jakiś czas, zdecydowanie za mało by można było mówić o czasie na sprzątanie. Ledwo wystarcza go na obranie warzyw do obiadu. Oczywiście mogła bym wsadzić małą do łóżeczka na godzinę i zabrać się za porządki. Niestety wiąże się z tym straszny lament… Nie znoszę jej płaczu, zwłaszcza gdy próbuję coś zrobić. W takich momentach krew mnie zalewa, nie jestem w stanie kontynuować tego co zaczęłam. Robię się zbyt nerwowa i odbija się to na relacjach z wszystkimi. Ostatnio nawet nakrzyczałam na swoją mamę, zadzwoniła w nieodpowiednim momencie. Codziennie próbuję przywrócić mieszkanie do stanu używalności i utrzymać go w nim jak najdłużej.. Rzadko kiedy wychodzi …Mam szczęśliwe dziecko i bałagan w domu, albo zapłakane dziecko, mniejszy bałagan w domu i górę nerwów.  Nie wiem czy tylko ja jestem taką ciapą życiową ? Mam nadzieję że się w końcu ogarnę, i wypracuję jakiś system. Pogodzić to wszystko to moje marzenie. Jak Wy to robicie ? Macie jakieś skuteczne sposoby ?