Syrop na „zmartwienia” ;) Wystarczy trochę chęci… I gotowe !

     Niecały tydzień temu, pisałam o zmartwieniach które ciągle powracały...Czytaj tutaj. Przeszłyśmy długa i stresującą drogę . Ale … Ale, wreszcie się udało wyrwać złej passie. Jak ?  Pomógł nam w tym syrop z czosnku. Niby to nic takiego, a dał nam spokój. Nareszcie mogłyśmy odetchnąć z ulgą .

        Na prośbę jednej z moich czytelniczek, umieszczam przepis. Nie jest czasochłonny, i bardzo prosty w przygotowaniu. Potrzebujesz trzech składników i kilku minut .

        Do przygotowania syropku potrzebujesz:

  • kilku (3-4) ząbków czosnku
  • 2 cytryny
  • miód, 2-3 łyżeczki

        Czosnek mocno rozgniatamy(najlepiej praską) , wsypujemy do małego słoiczka. Następnie, zalewamy świeżo wyciśniętym sokiem z cytryn i dodajemy 2-3 łyżeczki miodu. Mocno mieszamy, aby cały miód się rozpuścił. Odstawiamy do lodówki. Po dwóch dniach, można śmiało brać się za konsumpcje. Podawać 3 razy dziennie po łyżeczce.

      Niżej, podam drugą wersję tegoż specyfiku. Osobiście, tą preferuję. Jest zdecydowanie mocniejsza, trochę ostrzejsza w smaku a także dużo słodsza. Ma to swoje plusy. Wystarczy brać jedną łyżeczkę dziennie , co w przypadku podawania mojej córce, ułatwiło sprawę. Nie musiałam jej gonić trzy razy dziennie, przekonując do otworzenia buźki.  Przygotuj:

  • 8 ząbków czosnku
  • 2 cytryny
  • miód

      Postępuj analogicznie jak w przepisie pierwszym, z małym wyjątkiem. Dodaj tyle miodu ile trzeba by „przełamać ” wyjątkowo ostry smak. Wymieszaj , odstawa do lodówki. I gdy będzie gotowy spożywaj raz dziennie po łyżeczce.

       Po odstaniu, syropek można przecedzić, aby pozbyć się kawałków czosnku. Jeśli , czosnek został dobrze rozgnieciony, odcedzanie staje się zbędne… Przed podaniem warto wstrząsnąć ;) Gotowy syropek przechowuj w lodówce, ok tygodnia.

     Warto dodać że, czosnek w medycynie naturalnej, jest bardzo cenionym naturalnym antybiotykiem. Idealnie sprawdza się przy wszelakich infekcjach , oraz skutecznie podnosi odporność.  Spróbuj ! Myślę że , będziesz zadowolona.

Rozmowy z Tobą to niezła frajda ! <3

Kiedyś, gdy byłaś jeszcze taka malutka:

    Kiedy dużo spałaś.

    Kiedy zaczynałaś gaworzyć

    Kiedy powiedziałaś pierwsze ” ma – ma”

    Kiedy stawiałaś pierwsze kroki

    et cetera , et cetera…

Nie mogłam doczekać się, aż będę mogła z Tobą porozmawiać. Tak naprawdę, porozmawiać :) Było to dla mnie, niczym marzenie… W tej chwili, masz 26 miesięcy… I patrząc z perspektywy czasu… To. Teraz nie mogę uwierzyć że, to wszystko tak szybko zleciało… Zostało tylko wspomnienie… A Tobie słoneczko, buzia się nie zamyka :) Potrafisz gadać non stop. Niejednokrotnie, udaje Ci się mnie zagiąć :

    Dzień po mikołajkach. Budzisz się, przecierasz oczy. Siadasz i z rozłożonymi rękoma mówisz:

  ” - Nie ma Mikołaja. Nie mam prezentów „

 

    Rysujemy:

      - Córeczko , kochasz mnie ?

         Cisza …

       - Słonko,  kochasz mnie ? Bo ja Cie bardzo kocham ..

        Cisza… Nie podnosisz nawet głowy, znad kartki .

        - Córuniu , powiedz mi … Kochasz mnie ?

        - Mamo , nie ma czasu. Rysuj ! „

 

    Malujemy farbami. Tłumacze Ci, dlaczego nie mogę wycisnąć Ci wszystkich farb naraz .

      ” - Mamo bądź ciepiwa.

        - yyyy…

          Malujemy dalej… Wręczasz mi pędzel:

        - Chcesz malować tym.

        - Dobrze, mogę malować tym.

          Wręczasz mi inny pędzel:

       - Nie tym. Chcesz malować tym. Bądź ciepiwa mamo.

       - Jestem cierpliwa córciu.

       - Bądź ciepiwa. Ciepiwa bądź mamo.

       - Jestem cierpliwa. Córciu . Jestem naprawdę cierpliwa.

       - Bądź ciepiwa znowu

       - yyyy … „

 

    Śpiewam sobie: „była sobie żabka mała … ”  Ciebie też próbuję zachęcić do śpiewania. Nie masz ochoty, nie reagujesz na moją zachętę. Po czym mówisz :

       ” - Nie piewaj już mamo. Brzydko piewasz . Nie piewaj. „

 

    Pewnego dnia, pozwoliłam sobie na trochę słodkości… A że czułam niedosyt, chciałam się delikatnie mówiąc, dobrać do Twoich smakołyków, które wcześniej nałożyłam Ci do miseczki.

      ” - Córeczko ? Dasz mamusi ciasteczko ?

        Cisza

       - A może, dasz mamusi to ptasie mleczko ?

        Cisza

      - Córcia, To mogę to ciasteczko ? Dasz mi ?

      - Mamo, bądź grzecna. Nie jedz ciastecek .

      - yyyy …

      - Pilnuje.

     - yyyyyy….. „

Niezmiernie dużo radości, sprawiają mi takie dialogi  :) Wiem, że będzie ich więcej , jeszcze niejednokrotnie rozłożysz mnie na łopatki … Fajnie!  Choć dzisiejsze Twoje słowa rozczuliły mnie wyjątkowo… I póki co nic ich nie przebije ;)

 

      Przytuliłaś się i :

      „ - Kocham Pcie

        - Też Cię bardzo kocham, córeczko .

        - Kocham Pcie… Dam buziaka, małego ! „

          Cmok :* <3

Nowy rok ? Nowe wyzwania ? … Za takie dziękuję !

Cześć :) Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku… Żeście szczęśliwie wkroczyli w nowy rok, a przede wszystkim , żeście zdrowi :) Niestety , ja nie mogę pochwalić się dobrym początkiem nowego roku… Ba ! Nie mogę też pochwalić się zakończeniem starego…  Krótko mówiąc , od początku grudnia ciążyła na nas jakieś fatum… Cholerstwo… Zaraza… Nie szło się tego pozbyć  :cry:

Zastanawiacie się pewnie, o co chodzi ? O zdrowie . O zdrowie moi drodzy… Odkąd młoda uczęszcza do żłobka, częściej choruje.. Normalne. Powiecie, tak to już jest.. Musi się wychorować …. Musi się uodpornić. Przygodę ze żłobkiem rozpoczęła z końcem września… Chodziła w kratkę… Ogólnie wyglądało to tak : dwa tygodnie z ciociami , tydzień/dwa w domu… Co chwilę jakiś katar… Co chwilę jaki kaszel … Raz zapalenie oskrzeli… Poza tym zwykłe infekcje wirusowe…  Niby nic takiego…

A jednak … Co się wyleczyła , zaraz coś złapała.. Tak do grudnia. Aż się całkiem posypała. Tan ostatni miesiąc w roku, zaczęliśmy od niegroźnej infekcji … Tylko katar i kaszel ( od kataru, osłuchowo czysto ) Więc , nebulizacje , czyszczenie noska , smarowanie maścią majerankowa,  witaminka C , syropek itd… Siedziałyśmy w domu… Mała wyzdrowiała, na 3 dni przed świętami ,wróciła wśród dzieci. W  święta pokazał się lekki katar, a w drugi dzień świąt gorączka… Ach… Więc do ambulatorium !

Na miejscu, pan doktor stwierdził „rozpoczynające się obustronne zapalenie uszu”.  Córcia dostała antybiotyk… I wróciłyśmy, do domu, leczyć się dalej… Dwa dni później gorączki nie było. Cieszyłam się . W końcu, mogłam spać spokojnie. Nie długo … Trzy dni później, 39 stopni … Znów wypadło na wolne od pracy… Znów opieka całodobowa… I ten sam lekarz.  Tym razem, nie potrafił powiedzieć co się dzieje.. Skąd ta gorączka ? Zlecił badania: mocz,  morfologię i CRP , a także zalecił kontynuować antybiotykoterapię… Więc cóż nam pozostało ? Zastosowaliśmy się do zaleceń lekarza, szybciutko zrobiliśmy badania i umówiliśmy się na najbliższą wizytę u pediatry.

             U pediatry , złe wieści … Wysokie CRP = Szpital … Dziecko trzeba leczyć dożylnie… Eh… No nic .. Spakowaliśmy się do auta i długa do najbliższego szpitala.. Tam zrobiono dokladniejsze badania  i okazało się ( jak stwierdził laryngolog) że, ” To nie od uszu, uszy zdrowe”  Zrobili RTG klatki piersiowej… Wyszły jakieś zagęszczenia w płucach , podobno nie do wysłuchania…  Nasz pobyt na oddziale, na szczęście nie był zły, niczym nie przypominał tego o którym opowiadałam TU. Było całkiem miło . Choć w czasie pobytu młoda złapała jakiegoś wirusa i trochę ja wymioty i biegunka wymordowały. Ale gdy wszystko było dobrze, wyniki badań wróciły do normy , wróciłyśmy do domu. Cieszyłyśmy się bardzo, że mamy już wszystko za sobą :)  Taaa … Tak mi się wtedy wydawało..

               Kilka dni  po hospitalizacji, ni stąd ni zowąd pojawił się mokry kaszel… Nie namyślając się ani chwili wybrałam się z młodą do lekarza..  Pani doktor zaleciła inhalację .. No ale to nic nie dało, dwa dni później mała straciła apetyt, a wieczorem dostała gorączki… Mało tego… Nie mogła zasnąć ,  Co chwilkę płakała, jednocześnie łapiąc się za lewe uszko… Przez myśl mi przeszło tylko ” kur… , Znów to samo ? Znowu będziemy leczyć uszy? ” Pełna smutku , zagoniłam męża aby poszedł odpalać auto, ubrałam małą i po raz enty ( znów weekend) obraliśmy kurs do ambulatorium.. Pani doktor dyżurująca, wysłuchała „naszej historii ” obejrzała dziecko , osłuchała itd .. W końcu padła diagnoza , nie zgadniecie . Zapalenie ucha …To zabrzmiało jak wyrok. Cóż… Trzeba było wziąć to na klatę i zmierzyć się z tym choróbskiem raz jeszcze… Żal było mi córki… I strasznie bałam się żeby nie doszło do konieczności ponownej hospitalizacji… Pani doktor , przepisała antybiotyk , kropelki do uszu, i parę innych specyfików, które były dla mnie nadzieją.. Może śmiesznie to brzmi, ale tak ! Były nadzieją na to że w końcu pożegnamy się z tym przeklętym „fatum” .

         Antybiotyk zadziałał, kropelki też swoje zrobiły :) Córka wróciła do siebie , zaczęła normalnie jeść , a ja poczułam ulgę …. Gdy antybiotyk się skończył, ogarnoł mnie strach przed kolejną infekcją… Tak dużo przeszłyśmy w ostatnim czasie i obie byłyśmy już tym wszystkim zmęczone… Bu uchronić córcie przed kolejnym paskudztwem, mimo już „dobrej formy” postanowiłam ją przetrzymać w domu tydzień… Natomiast o żłobku nie było mowy… Stwierdziłam że nie puszczę jej tak szybko po chorobie… Chciałam jakoś wzmocnić jej odporność. Szukałam sposobu i chyba znalazłam.  Syrop z czosnku ! Na szczęście czosnku Ci u mnie dostatek :) Zrobiłam miksturę , zaczęłam małej podawać 1-3 razy dziennie… I mam wrażenie. Ba, nawet jestem pewna że pomogło ..  Idzie już trzeci tydzień jak pijemy (  Postanowiłam pić razem z nią , by dodać jej otuchy. Syropek jest niezbyt smaczny) i młoda nie ślipie nawet noskiem. Od tygodnia zażywamy świeżego powietrza … Ale do żłobka jeszcze nam się nie spieszy… Dwa miesiące siedzenia w domu… Wyjścia tylko do lekarza i z powrotem… Za bardzo dało nam się we znaki… Myślę że jeszcze troszkę poczekamy, zanim wrócimy wśród dzieci .