Moje dziecko , się nie zagłodzi :)

Niedawno wróciłyśmy ze spaceru… Jak to na spacerze bywa, pobiegałam za córką trochę,  regularnie wyciągając kamienie z jej buzi. Zrywałyśmy i wąchałyśmy kwiatki.. Łapałyśmy swoje cienie, oraz goniłyśmy gołębie. Znaczy się , mała goniła. Koniecznie chciała je nakarmić, kamieniami oczywiście ;) Ptaki miały nas, rzecz jasna, głęboko w nosie. Mojego dziecka, to nie zniechęcało. Gdy którykolwiek z nich usiadł na ziemi, Kruszynka w te pędy pognała w jego kierunku z garścią kamieni. Z rozkazem w głosie, krzyczała ” Am , am „. Kiedy miałyśmy już dość . Czytaj ; kto miał dość to miał dość ;). Wróciłyśmy do domu. Po drodze zaliczając wspinaczkę na piętro. Tak , tak.. Córka koniecznie musi sama wdrapywać się po schodach. W innym przypadku … „Matka zapomnij, że mnie tak spokojnie wniesiesz do mieszkania. Zrobię Ci taki koncert, że uszy zwiędną ” :).  Więc, gdy już te krótkie nóżki, dotarły na górę. Otworzyłam drzwi, mówiąc do małej ; „Córuniu poczekaj, mama Cię rozbierze „. Yhy…. Gadaj se matka… Dziecko, nawet się nie odwróciło. Podarła prosto do kuchni. Ja za nią… Otworzyła lodówkę, dorwała  kabanosa. Po czym, z szerokim uśmiechem i dumą na twarzy, chwaliła się mówiąc ” Am , am ” Następnie, w butach i kurtce poleciała do pokoju w celu konsumpcji :) No cud, miód, malina. Nie dość, że Kruszynka próbuje się sama ubierać , to jeszcze potrafi sama się nakarmić :) Niedługo , w ogóle nie będę jej potrzebna :)

Żal mi mojego dziecka… Pomóżcie !

Dzisiejszą notkę pisze w nadziei, że ktoś mi pomoże…Kocham swoją córkę nad życie.  Chcę ciągle widzieć uśmiech na jej twarzy. By czuła się bezpiecznie. By rozwijała się jak należy i była zdrowa. Chcę by była szczęśliwa… Staram się robić co w mojej mocy, aby tak było…  Niestety, mimo moich starań, nie jestem w stanie zapewnić jej tego wszystkiego.  Powiecie mi.  ”To normalne, nie możesz ochronić dziecka przed światem. Pomóż mu go poznać ” Doskonale o tym wiem. Wiem również, że każda matka tak ma. Jest to w naszej naturze. Chcemy chronić dziecko, przed tym co złe i przykre. Mimo tej świadomości , jest mi jej żal… Mała, odkąd pamiętam zawsze cieszyła się na widok dzieci… Wręcz do nich lgnęła. Niestety, teraz już tak nie jest… Zrobiła się bardzo ostrożna, nieufna. Wszystko przez hałas … Boi się dzieci.. Boi się dzieci głośnych… Nie mogę tego przeskoczyć. Nie mam pojęcia co zrobić…Nie potrafię jej pomóc. Tak bardzo pragnę by nie unikała kontaktów z rówieśnikami… Obawiam się, że będzie miała uraz do dzieci. Czasem mam wrażenie, że już go ma. Kiedy spodka nowe dziecko , przez dłuższą chwilę nie chce się bawić. Trzyma się na dystans. Obserwuje… Dopiero gdy poczuje się bezpiecznie, wchodzi w relacje. Nadal obserwując towarzysza zabaw. Jeśli jednak natrafi na głośne dziecko, jest krótko mówiąc masakra. Nie chce do niego podejść, trzyma się na dystans. Kiedy usłyszy krzyk czy też piski wybucha płaczem.. W oczach widać przerażenie…. Po czym ciężko jej się uspokoić. Tulę ją, tłumacze że dziecko nie chciało jej wystraszyć… Że nic się nie dzieje.  Nie pomaga… Na każdy kolejny hałas reaguje w ten sam sposób. Nie ważne czy rozdarte dziecko widzi po raz pierwszy, czy zna od dawna… Wycofuje się, z zabawy gdy usłyszy krzyk… Córa ma o rok starszego kuzyna. Wydawało nam się, że kiedy mała zacznie chodzić, będą się ładnie bawić. Niestety nie …  Zrobił się z niego straszny krzykacz… Niezależnie czy jest rozzłoszczony, czy w siódmym niebie swoje emocje wyraża robiąc przy tym niezły harmider. Młody wykazuje dużą chęć do wspólnej zabawy.. Lecz moje dziecko go unika… Kiedy się do niej zbliża sztywnieje,  nie spuszczając z niego wzroku. Odsuwa się, gdy ten próbuje ja dotknąć… Parę razy, kiedy do niej podchodził, krzyczała ” Nie , nie , nie ” … Co mam począć ? Jak jej pomóc ? Już dawno temu zauważyłam, że nie lubi kiedy jest za głośno. Więc gdy mogłam ja uprzedzić, robiłam to… Kiedy maż miał zamiar włączyć wiertarkę  czy inny sprzęt, mówiłam do niej : ” Córuniu . Widzisz tata będzie wiercił. Zaraz będzie głośno. ” Czasem, wspólnie zatykałyśmy sobie uszka.  Dawałyśmy rade… Była przygotowana na nieprzyjemne dźwięki, i dzielnie je znosiła. W przypadku rozkrzyczanych dzieci, nie potrafię jej pomóc. Ciężko mi przewidzieć moment w którym to nastąpi… A co dopiero ostrzec małą…. Jak sobie z tym poradzić ? Czy któraś z Was miała podobny problem ?

Mleko z procentami .

Czy karmiąca piersią kobieta, może pić ? Czy alkohol w czasie laktacji zaszkodzi dziecku ? Czy wpłynie negatywnie na pokarm ?  Odpowiedź na te pytania brzmi: Tak, może. Nie, nie zaszkodzi.  Możliwe, że zostanę zlinczowana za to co głoszę. Ale zanim to zrobisz … Przeczytaj do końca. Bardzo często się zdarza , że kobiety nie chcą karmić piersią. Uważają , że wiąże się ono tylko z wyrzeczeniami. Nie wolno jeść tego.. Nie wolno tamtego… Ścisła dieta, zero przyjemności… Nic tylko udręka… W rzeczywistości to nie prawda. Owszem. Istnieje pojęcie „dieta karmiącej mamy”. Nie oznacza ono jednak, rezygnowania z ulubionych potraw. Należy jeść wszystko. Byle zdrowo !  W Polsce jednak , utarło się błędne przekonanie. Nie mam pojęcia, skąd ono się wzięło… Jesteśmy chyba jedynym krajem , w którym kobiety radykalnie ograniczają swój jadłospis. Nierzadko spotykamy mamy, które wręcz się głodzą. Cały tydzień jedząc duszonego fileta z kaszą i marchewką. Byle nie zaszkodzić maluszkowi, a malec jak kolki miewał tak miewa nadal… Tak wygląda sprawa z jedzeniem. Natomiast, jeśli chodzi  picie napojów wyskokowych… Karmienie piersią , nie oznacza całkowitej abstynencji. Kobieta karmiąca, tak jak każda inna, może pić wino, piwo , czy drinka… Może. Nie szkodząc przy tym dziecku. Jednak by mu nie szkodzić, trzeba trzymać się kilku zasad.

  • Przede wszystkim rozsądek ! Karmimy = Nie pijemy dużo. Słaby drink, czy jedno piwko, nie więcej. Należy pamiętać, że pokarm kobiecy tworzy się z krwi. Jeżeli w naszych żyłach będzie płynąć alkohol , w naszym pokarmie również on się znajdzie.
  • Jeśli chcemy się napić, powinnyśmy robić to w czasie najdłuższej przerwy między karmieniami. Np. Dziecko zazwyczaj pije z piersi o godzinie 12-stej , później jada obiadek i kolejny raz ssie około 5 – ciu godzin później. W takim przypadku, możemy wypić piwko, czy lampkę wina  w południe , tuż po karmieniu. Bądź , kiedy dziecko jada już na tyle dużo pokarmów stałych w ciągu dnia , i korzysta z piersi dopiero w nocy . Możemy przez dzień spokojnie napić się drinka. Pamiętając oczywiście o zachowaniu odpowiedniego odstępu czasowego do najbliższego karmienia.
  • Korzystać z takich używek, łatwiej… W zasadzie bezpieczniej mogą kobiety z dłuższym stażem w karmieniu piersią. Im pociecha starsza, tym rzadziej korzysta z matczynego pokarmu, co automatycznie wydłuża czas pomiędzy karmieniami. Nie oznacza to, że matka miesięcznego Antka nie może napić się winka na chrzcinach. Może jak najbardziej. Z racji iż miesięczne dziecko , potrzebuje często ssać cycucha, wystarczy zrobić zapasy. Przed wypiciem lampki, należy odciągnąć pokarm, na jedno lub dwa karmienia, w zależności od tego jak często nasz malec jada. Kiedy zajdzie potrzeba, a matka nie jest pewna czy może przystawić dziecię do piersi. Odciągnięte mleko , będzie jak znalazł by zaspokoić głód.
  • Piwa niskoalkoholowe tj. zawierające ok 0,5 % można pić śmiało. Nie trzeba robić przerw między karmieniami. Nie trzeba odciągać pokarmu. W tego typu napojach, alkoholu jest naprawdę niewiele. Nie ma ona wpływu, na matkę, jej pokarm a tym bardziej na dziecko.  Jego ilość jest porównywalna z ilością jaka zawarta jest w kefirze. Tak ! Kefir przechodzi proces fermentacji, a jego efektem jest powstanie alkoholu.

Nie przestrzeganie wyżej wymienionych zasad,  podawanie piersi dziecku po spożyciu alkoholu to czysta głupota. Tak jak pisałam. Jeżeli w naszej krwi będą procenty, to w trakcie karmienia dziecko otrzyma je z pokarm. Każda, nawet niewielka ilość alkoholu jaką otrzyma niemowlę, może wpłynąć na jego zdrowie oraz rozwój. Karmienie piersią nie wymaga całkowitej abstynencji. Wymaga jednak rozsądku.  Jeśli masz ochotę na browarka, pij. Pij odpowiedzialnie !

Moje dziecko, nie będzie tego oglądać !

Empatia. Wśród moich celów wychowawczych, zajmuje ona ważne miejsce. Postanowiłam dawać dobry przykład, i uczyć córcię wrażliwości na krzywdę innych. By w przyszłości, stała się dobrym człowiekiem, i nie przechodziła obojętnie wobec potrzebujących.  Niezależnie, czy to małe dziecko, człowiek dorosły czy byle jaki kundel. Tak kundel. Moje postanowienie dotyczy również zwierząt. One też żyją ! One czują ! Tak jak każdy z nas, mogą być nieszczęśliwe. Wiele stworzonek , bez naszej pomocy może sobie nie poradzić. Niektóre potrzebują domu. Inne potrzebują jedzenia. Są także takie, które cierpią i w tym cierpieniu trzeba im ulżyć. Być może pomyślicie ” Kobieto , sama świata nie zmienisz.” Tak. Macie racje. Sama nie zmienię. Wiem, że córka też tego nie zrobi. Natomiast , czy to ja czy moje dziecię , możemy odmienić życie niektórym istotom. Między innymi, szukając domu dla bezdomnego psiaka. Jeżeli same nie będziemy w stanie go przygarnąć. Kupując karmę dla zwierząt w schronisku. Bądź, zabierając zająca, ze zwichniętą łapką, do weterynarza. Pomoc potrzebującym to jedno. Nie pozwalanie na krzywdę innych, jest również ważne. Myślę, że zbyt często na nią przystajemy, mając okazję zapobiec nieszczęściu. Ludzi ogarnia coraz większa znieczulica. Przechodzimy obok siebie obojętnie. Nie potrafimy, zwrócić uwagi nastolatkowi kopiącemu bezbronnego szczeniaka. Nie mówiąc już o podaniu pomocnej dłoni, drugiemu człowiekowi. Przeraża mnie to. Dlatego, tak bardzo nie chce, by moje dziecko było taką osoba. Chcę być z niej dumna. A skoro chcę , muszę przyłożyć wszystkich starań i już teraz zacząć wdrażać „plan – empatia ” . Bywają takie sytuacje, zdaję sobie z tego sprawę, że nie będę mogła pomóc czy też zapobiec nieszczęściu. Niestety nie zawsze się da. Ale skoro się nie da, to również „da ” się pomóc. Jak ? Nie przyczyniając się do cierpienia. Zastanawiacie się o co mi teraz chodzi … Powiem szczerze. Do napisania tego artykułu, skłoniła mnie  właśnie taka niemożliwość pomocy. Bardzo lubię zwierzęta. Źle się czuję, widząc te nieszczęśliwe. Niedawno zobaczyłam, w Krakowie, 3 słonie uwiązane na niewielkim pasie zieleni, tuż przy ruchliwej drodze. Zrobiło mi się po prostu przykro… Słonie ? Tak słonie. W Krakowie jest teraz cyrk. Mający jako atrakcje : słonie, wielbłądy, żyrafy, lamy, strusie, watussi, kangury, konie… Łącznie 100 zwierząt. Te wszystkie stworzenia. Dzikie ! Potrzebujące przestrzeni ! Stoją uwiązane, w klatkach bądź na malutkich wybiegach w środku miasta, tuż pod centrum handlowym…. cyrk  Ludzie, w każdym wieku, gnają do cyrku. Przychodzą tam , rodziny z dziećmi, młodzież nawet osoby starsze. Uradowani że zobaczą kangura ,bądź żyrafę z bliska. Bo przecież to takie ” Łał ” ! Nie pomyślą , że tak być nie powinno… Jako dziecko również byłam w cyrku… Był on mały. Prawie bez zwierząt. Jeśli dobrze pamiętam, był pokaż z końmi , z „zahipnotyzowanym ” wężem, oraz kilkoma rozszczekanymi pudlami. Tyle ! Teraz w cyrkach jest za dużo zwierząt, a przede wszystkim zwierząt które potrzebują ruchu, przestrzeni… A tym czasem… Całe ich życie, to jazda ciężarówką w ciasnej klatce oraz robienie durnych sztuczek by zadowolić ludzkość. Widząc te matki, ciągnące dziecko za rękę pod cyrkowy namiot… Postanowiłam ” Nie zabiorę dziecka do cyrku „. Dla niektórych może to być dziwne. Choć ja uważam że moja decyzja jest właściwa. Nie da się uczyć wrażliwości, skoro chodzi się…. A w zasadzie płaci za cierpienie zwierząt… To jest sprzeczne ze sobą. Nie zabiorę swojej córci, by oglądała jak jakiś pan strzela batem …. Nie zamierzam się przyczyniać do krzywdy tych istot. Jest tyle innych form rozrywki. Jest w czym wybierać. Natomiast jeśli chcemy zobaczyć dzikie zwierzęta z bliska… To do tego służy Zoo. Tam właśnie pójdziemy. Tam gdzie zwierzęta, mają choć trochę wolności i przestrzeni. Dziecku wystarczy powiedzieć… Dziecko zrozumie.

Ps. Tutaj wierszyk w tej tematyce – >. Felek 

Dziwnie się czuję

Chwilę temu przyjechaliśmy na basen. Mała bardzo lubi pluskać się w wodzie. Nie boi się, wiecznie jej mało. Wystarczy że usłyszy „jedziemy na basen”.  Gotowa jest wyjść z domu, natychmiast porzucając każde zajęcie. Ponieważ bardzo to lubi i na sama myśl przebiera nogami, postanowiliśmy jeździć z nią regularnie. Coniedzielny basen stał się naszą tradycją. Odkąd  jeżdżę z córka, jeszcze bardziej go polubiłam. Patrzenie, jaka jest szczęśliwa , sprawia mi ogromną radość. A te piski, okrzyki towarzyszące chlapaniu rączkami, wręcz uwielbiam. Niestety, z powodów zdrowotnych, dziś, nie mogę z nią popływać. Czuję się, z tego powodu bardzo dziwnie. Od pierwszych dni życia jestem z nią, prawie bez przerwy. Towarzyszyłam w poznawaniu nowych doświadczeń. Mniej i bardziej przyjemnych. Czerpiąc z tego dużo dobrego. Dziś siedzę w kawiarni. Przez szybkę patrzę, jak  moje dziecię bawi się z tatą. I wiecie co czuję ? Ciężko mi to określić. Cieszę się, że mała ma radochę. Jestem też okropnie zazdrosna… Jestem zazdrosna o swoje dziecko. Tak bardzo żałuję, że nie mogę być przy niej, wspólnie z nią się cieszyć. Mam wrażenie, że ucieka mi coś ważnego.

Poczułam się trochę niepotrzebna, ale bardzo dumna !

Dziewczyny! Duma mnie rozpiera. Tak bardzo , że postanowiłam się moją radością z wami podzielić. Moje dziecko, zawsze było sprytne. Zawsze chciała wszystko sama. Pisałam o tym kiedyś ” Prawdziwy skarb, czyli samosia – gosposia „. W związku z tym, nie przeszkadzałam i nie przeszkadzam córce w dążeniu do samodzielności, a towarzyszę jej, służąc  pomocą. Chciała sam  posmarować buzię kremem, smarowała. Chciała umyć sobie ząbki, myła jedną szczoteczką, ja pomagałam druga. Dotyczy to wszystkiego, również jedzenia.  zupka-samodzielnie Gdy siadałyśmy do stołu, córka dostawała talerz pod nos. Do ręki, wręczałam łyżeczkę. Mała się nią bawiła. Czasem próbowała jeść, tzn. trafić sobie nią do buzi. Nie ingerowałam w nic. Wychlapała pół talerza zupy, to wychlapała. Porozrzucała wszystkie warzywa , to porozrzucała.  Natomiast ja, w  tym czasie drugą łyżka, ją karmiłam. Córci szło coraz lepiej. Nie tak dawno, zaczęła sprawnie celować łyżeczką do buzi.( Nigdy nie pomagałam jej w trafianiu do celu. ) Ciągle jednak byłam jej potrzebna.  Lecz dziś, byłam bardzo zaskoczona.  W trakcie obiadu, poczułam się nieco dziwnie. Śmiało mogę powiedzieć, że poczułam się zupełnie zbędna. Dlaczego ? Dlatego, że córka wcale nie chciała mojej pomocy. Jak zwykle, podałam jej talerz. Wręczyłam łyżeczkę i usiadłam obok by ją nakarmić. Nie pozwoliła mi na to…Pięknie nabierała sobie zupkę i z dużą precyzja lokowała ja w buzi. Każdorazowo, kiedy próbowałam ją nakarmić, zaciskała usta. Kręciła głową. Następnie nabierała zupę i jadła. Myślałam… A dobra … Odpuszczę. Ręka jej się zmęczy, to ją „dokarmię „. Tak bardzo chciałam  pomóc jej w obiedzie . I co ? I nie pomogłam… Bo, gdy ręka opadła z sił i już nie była wstanie dźwigać łyżeczki… Dziecię me, rękami, wyjadało z zupki jak leci wszystkie warzywka i mięsko. Moje próby „dokarmienia” kończyły się złością i odpychaniem łyżki. W ten oto sposób, mała samodzielnie zjadła całą porcję. W dodatku, nie robiąc przy tym wielkiego bałaganu. Moja kruszyna, skończyła dziś szesnaście miesięcy i już za pomocą łyżeczki je samodzielnie obiad :) Niesamowicie się cieszę :)  Nie spodziewałam się takiego osiągnięcia, w takim wieku. Jestem dumna ! Tak bardzo dumna !

Na mamę mogę liczyć ! Ona zawsze potrafi pocieszyć ;)

Dziś będzie krótka anegdotka, dotycząca wyglądu dziecka ;) Jak większość matek , chciałam, wręcz marzyłam o tym, by moja córka była do mnie podobna. Choć trochę podobna. Kiedy się urodziła, wszyscy, jak jeden mąż mówili, że jest podobna do taty. Ciągle słyszałam ” Cały tata ” , ” Córa wdała Ci się w ojca „, ” To w ogóle Twoje dziecko ?”. Tak w kółko. Nawet neonatolog kilkakrotnie powtórzyła ” Kropka w kropkę jak tata „.   Czasem, robiło mi się przykro… Najgorsze, że sama też to widziałam. Zero podobieństwa. No zero !  Chciałam, by choć trochę, miała ze mnie … Dziewięć miesięcy noszenia. Cztery miesiące wymiotów, a ona podobna do tatusia ;) No gdzie ta sprawiedliwość.. Pewnego dnia, ręce mi opadły. Mała, miała może miesiąc , może półtora. Odwiedziła nas moja mama. Babcia jak to babcia , zachwycała się swoją wnuczką. ” uciu puciu ” , ” a ti ti maluszku ” , ” a kto się do babci uśmiecha ?  ” i takie tam. Wszystko fajnie. Biorę mała na przewijak. Najwyższa pora zmienić pieluszkę. Rozbieram dziecko. Odpinam pampersa…. Wtedy… Z ust mojej mamy padają słowa : ” Widzisz ?. Ona, tylko tu, jest do Ciebie podobna .” :) Tego to się nie spodziewałam ! :)

Ps. Doczekałam się ! :)

Nareszcie o wszystkim opowiem ! Będzie długo !

W połowie marca pisałam, że nie mam czasu na bloga. Tak też było… W marcowy weekend, pojechaliśmy do rodziny męża. Córcia bawiła się dobrze, my również. Natomiast powrót, nie był już taki fajny. Przejechaliśmy zaledwie kilka kilometrów, a mała zaczęła wymiotować … Wymiotowała jak kot… Przystawaliśmy co chwilę. W pewnym momencie chciałam nawet zawrócić. Mieliśmy do przejechania jeszcze jakieś 60 km. Bałam się, że nie dojedziemy. A przede wszystkim że dziecko mi się wykończy, zanim dotrzemy do domu. Na szczęście, niedługo później zasnęła. Spała już do samego końca. Miałam nadzieję, że kruszynka tylko się czymś podtruła i ze niedługo przejdzie. Niestety wymiotowała całą noc… Następnego dnia również, chociaż było już o wiele lepiej. Nawadniałam ją tak dużo, jak się dało.  Kolejną noc przespała bez żadnych rewolucji. Cieszyłam się że mamy już wszystko za sobą. Przede wszystkim, że obędzie się bez szpitala. Byłyśmy już raz na kroplówkach. Myślę że nie potrzebnie. Spanikowałam wtedy, gdyż córka miała zaledwie 7 miesięcy i dość często zwracała treści pokarmowe. Stwierdziłam, tym razem poradzimy sobie bez hospitalizacji.  Niestety myliłam się. Kiedy myślałam, że już wszystko pod kontrolą, że opanowałam wymioty. Córka zrobiła kilka luźniejszych kup…. Niby nie tragedia… Natomiast przestała przyjmować płyny…. Nie mówiąc już o jedzeniu… Ostatni raz jadła w niedzielę. Kiedy na nią patrzyłam… Widziałam zupełnie inne dziecko. Nie była sobą… Moja wesoła, pełna energii córcia, zmieniła się w smutne, nieruchliwe dziecko… Widząc ją w takim stanie. Władowaliśmy się do auta i długa do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Kraków – Prokocim. Po poprzednim pobycie z dzieckiem, miałam bardzo dobre zdanie o tym szpitalu. Dlatego postanowiłam że pojedziemy właśnie tam. Mimo że po drodze były inne, również dobre. Kiedy Dotarliśmy na miejsce, szybko zmieniłam zdanie. Fakt, dziecko wyszło do domu po kilku dniach. Bez żadnych niepokojących objawów, można by powiedzieć że zdrowe. Cieszyłam się z naszego wyjścia. Moja radość, nie wynikała tylko, z poprawy stanu zdrowia kruszynki. Po prostu cieszyłam się, że nie musimy dłużej tam siedzieć. W szpitalu, który tak bardzo mnie rozczarował… Zastanawiacie się dlaczego ? Przecież to najlepszy szpital dziecięcy. Tak dużo się o nim słyszy… Kraków – Prokocim. Ludzie wożą tam dzieci. Ufając że będą mieć najlepszą opiekę specjalistów. Tak i owszem. Specjalistów maja tam od groma. Lekarzy na potęgę. Każdy od czegoś innego. Mimo to … Jestem bardzo rozczarowana. Bo szpital, to nie tylko lekarze. To opieka pielęgniarek, położnych itd.. A także organizacja. Przede wszystkim organizacja !

Teraz zacznę narzekać. Po pierwsze. Córka miała założoną kroplówkę w dniu przyjazdu. Dostawała płyny około dwie doby… Natomiast opatrunku przy wenflonie, nie miała zmienionego do dnia wyjazdu…. Jak to możliwe ? Sama nie wiem… Pierwszy raz spotkałam się z sytuacją, by nie miał kto zmienić opatrunku… Wyglądało to tak… dzień przed wypisem (opatrunek był już bardzo brudny) ok godziny 14 poprosiłam pielęgniarkę by ta założyła nowy bandaż. Usłyszałam: ” Za chwileczkę przyjdę „. Po czym kobiety ani widu ani słychu… Zaczepiłam ją za parę godzin: ” Tak, wiem. Wiem , pamiętam „. Dalej nikt nie przychodzi. Kiedy przyjechał mój mąż, również dwa razy poszedł z tą samą prośbą. Usłyszał:  ” Za chwilę ktoś to zrobi. ” I tak do wieczora… Przed tym jak uśpiłam dziecko,  na sali pojawiła się jedna z pielęgniarek. Odwiedziła naszą salę, w celu odpięcia chłopca, leżącego obok , od kroplówki. Grzecznie spytałam, czy mogła by wymienić opatrunek. Odparła : ” Wie Pani co ? Nie teraz. Jak będzie w nocy pielęgniarka robić dzieciom zastrzyki. Proszę ją złapać, to Pani zmieni. Ja teraz nie mam czasu .”  Nosz kur…. Pomyślałam. To przechodzi ludzkie pojęcie ! Żebym czatowała w nocy, na jakąś pigwę, tylko po to by łaskawie zmieniła opatrunek ? Byłam zła. Bardzo zła… Poszłam spać… Cały pobyt siedziałam sama z córka. Potrzebowałam chociaż trochę się przespać.  Dalej, sprawa z tym paskudnym kawałkiem bandaża wyglądała tak. Przebudziłyśmy się z małą w czasie , kiedy na innych salach robione były zastrzyki. Skoro byłam już na nogach, zaczepiłam kobietę, i po raz enty zadałam pytanie : ” Czy mogła by Pani zmienić córce opatrunek ? ” Baba na mnie z gębą.. ” Czy pani zwariowała ? Teraz? O tej porze ? Mam dwa przyjęcia , nie mam czasu. ” Poszłam więc spać … Gdybym miała kawałek bandaża zrobiła bym to sama.  Nie miałam wyjścia… Musiałam czekać aż ktoś w końcu znajdzie czas na taką głupotę… Doczekałam się dnia następnego w południe… :/ Kolejną przykrą sytuacją było to, że zapomniano o nas. Drugiego dnia pobytu, kiedy córce pozwolono już jeść ( tj. tylko szpitalne kleiki ). Dostawała w ciągu dnia co parę godzin ok 50- 70 ml kleiku.  Każde dziecko z problemami żołądkowymi, miało rozpisywaną ilość i częstotliwość posiłku przez panią dietetyk. Chłopiec leżący obok, dostawał to samo i tyle samo, również tak samo często. Z jednym małym wyjątkiem… On dostał butle o 20- stej my nie .Skoro nie ma dla nas butelki, skoro sposób żywienia rozpisuje pani dietetyk. Pomyślałam tak ma być. Położyłam więc córkę spać. Szybko jednak przekonałam się że o nas zapomniano… Jak po każdym posiłku, przyszła jedna z pigw by zapisać ile dziecko zjadło, i czy nie wymiotowało. Kiedy pielęgniarka usłyszała, że mała nic przed snem nie zjadła. Ze ostatni raz jadła o 17-stej. Wyjechała na mnie z jadaczką :  ” Dlaczego nie zjadła ? , Co ja mam teraz zapisać ?  Nie zjadła, bo co ? ”  I tu padło moje : ” Bo nie dostała ” Wtedy zmieniła ton rozmowy… Ale jedzenia jak nie było tak się nie pojawiło… Córka spała więc głodna. W okolicy 24- tej przyszedł posiłek… Niestety, dla nas znów nie było. Przyleciała w/w pielęgniarka i nie wiedziała co ma zrobić . Szczęście w nieszczęściu, że chłopiec dla którego był posiłek, nie miał najmniejszej ochoty go jeść. Pigwa, w porozumieniu z matką chłopca , oddały nam posiłek. Takim oto sposobem, moje dziecko dopiero o północy, zjadło nie swoją kolację. W dniu wypisu byłam bardzo szczęśliwa, ale i okropnie zniesmaczona. Dlaczego ? Już wyjaśniam. Córka z racji iż przyjęta została z wymiotami i biegunką, miała mieć przebadany kał. Cały pobyt w szpitalu męczyli nas o tą nieszczęsną kupę. Ciągle słyszałam że muszą kupkę przebadać. A przede wszystkim muszą zobaczyć czy jest „zdrowa” czy nadal biegunkowa. Mówiłam lekarzom, mówiłam pielęgniarka, mówiłam wszystkim. „Córka ostatnio jadła konkretnie w niedziele… Cały organizm zapewne ma wyczyszczony przez biegunkę i wymioty. Jestem pewna że jeszcze nie ma z czego kupki zrobić, to może jeszcze chwilkę potrwać.” Męczyli nas i męczyli. A kupy nadal nie było. Kiedy przyszedł dzień wypisu. Przyszła Pani doktor, zbadała małą. „Dziecko zdrowe. Kupa była ? ” Nadal utrzymywałam, że jeszcze za wcześnie. Doktor stwierdziła ” Damy czopek. Bo wie Pani. Zaparcia po biegunce to też nie za dobrze.” Po czopku nic się nie podziało. Wypisano nas, bez zbadania kału, o który było takie zamieszanie. Przyjechałyśmy do domu.  I co ?  Córka walnęła wielką, aż po rękawki kupkę biegunkową.  Po jakimś czasie powtórka i druga rzadka. Na szczęście , na tym się skończyło. Wiecie co ? Byłam wściekła… Gdyby tą kupę zrobiła w szpitalu… Zostały byśmy jeszcze dzień lub dwa… Wypisali nas bez zrobienia wszystkich badań. Wypisali niedoleczone dziecko.    Sytuacji takich bądź podobnych w szpitalu było bardzo dużo. Rozmawiając z innymi mamami w pokoiku socjalnym, dowiedziałam się rzeczy których usłyszeć nie chciałam. Między innymi to:

  • Nie tylko my nie dostałyśmy jedzenia. Przypadki takie zdarzały się nagminnie w kilku salach.
  • Lekarz opieprzał kobietę, że karmi roczne dziecko piersią. Twierdząc że jest za duże. Mnie również nie pozwolono karmić córki własnym pokarmem. Ponieważ obciążę małej układ trawienny.
  • Wypraszano rodziców z sal, gdy chodził profesor wraz ze studentami, by omawiać poszczególne przypadki.
  • Pielęgniarki nie przekazywały sobie informacji o nowych pacjentach. Niestety były na salach takie dzieci, z którymi rodzice nie zostawali…. Biedne leżały same na sali… Nikt do nich nie zaglądał. Pewna kobieta opowiadała mi jak to biegała do sali obok bo 2 miesięczna kruszynka leżała sama, osrana po szyje… I jeszcze dostawała za to ochrzan.  Natomiast personel twierdził nie wiedział, bądź udawał że nie wie, że posiadają w tej sali pacjenta.

Podczas naszego pobytu działo się wiele, niestety zapamiętałam głownie te złe rzeczy. Tak bardzo nieprzyjemne i wręcz rażące … Nie czułam się ani trochę bezpiecznie. Skoro ja się nie czułam bezpiecznie, to moje dziecko tym bardziej .

Po powrocie ze szpitala nie miałam ani trochę lżej… Córka bardzo przeżywała te kilka dni. Budziła się często w nocy. W dzień nie odstępowała mnie na krok, ciągle chciała być na rękach. Kiedy mąż próbował mnie odciążyć, biorąc małą w ramiona. Mała w ryk. Trwało to ok tydzień. Gdy wróciło wszystko do normy… Córcia zaczęła gorączkować … Gorączkowała 3 dni … Z początku myślałam.” Idą kolejne zęby, normalne. Nie ma się czym przejmować. ” Ale nie … To nie zęby. Mimo podawania środków przeciwgorączkowych gorączka wiele nie spadała.. Nie byłam jej w stanie zbić poniżej 37,5… Było to dla mnie bardzo dziwne… Nie kaszlała, nie smarkała, nawet nie kichała… Wysypki też nie było… Zaobserwowałam trzeciego dnia że spadł jej apetyt… Z racji, że u nas po południu pediatry już nie ma… A w tym czasie p. doktor i tak była na urlopie. Pojechaliśmy do miasta… Tam z wielką łaską nas przyjęto… Córka miała, w tym czasie, dość wysoką temperaturę , więc nie mogli nas odesłać. Po zbadaniu okazało się, że ma konkretne zapalenie gardła…. Tydzień antybiotyku, tydzień siedzenia w domu. Znowu zaczęło się klejenie do mamy… Bez mamy ani rusz.  Na szczęście , święta spędzać mogłyśmy już mając chorobę za sobą. Te dwa, trzy tygodnie, były dla nas ciężkie. Mam nadzieje, że w najbliższym czasie już nic mnie nie zaskoczy.