Ró.. ró.. ró.. różowy ! Śni mi się po nocach…

Niezależnie czy chłopięce, czy dziewczęce. Ubranka dziecięce są urocze.  Uwielbiam je oglądać, czy to w sklepie czy w internecie. Jeszcze bardziej lubię kupować. Zawsze wtedy, wyobrażam sobie jak cudnie moja córcia będzie w nich wyglądać. Dużą radość sprawia mi również obserwowanie, ślicznie poubieranych maluszków. Natomiast kiedy widzę dziewczynki często zdarza mi się pomyśleć:  ” A fuj ! … Ble ! .. Łeeee! ”   I nie wiem co jeszcze …. Robi mi się słabo, gdy mijam kruszynę, ubraną od stup do głów w ró.. ró … różowy. Dla mnie to takie puste. Nie wiem, skąd się wzięła ta  paskudna „moda”. Albo ja jestem jakaś dziwna, albo te kobiety nie widzą co robią ze swoich dzieci… Takie dziecko wygląda strasznie…To że, urodziła się dziewczynka, nie znaczy że musi być skazana na ró.. ró.. różowy. Nie rozumiem, co widzą w tym kolorze. Nie dostrzegają innych?   Już przed ciążą obiecywałam sobie, że będę unikać tej ” ślicznej, i słodkiej ” barwy. I zawsze , odkąd pamiętam toczyłam ze wszystkimi fankami różu bój … I nadal to robię. Staram się też robić wszystko, by moja córcia nie wyglądała jak „różowa landryna” … Bądź, jak mój mąż mówi ” mała świnka „. Osobiście nie kupiłam jej żadnego ró.. ró.. różowego łaszka. I poprosiłam o to samo rodzinę… Powiedziałam im że koloru tego nie trawie. Ze nie zamierzam ubierać córki „na cukierka ” ani na „słodką księżniczkę” czy to się komuś podoba czy nie. I żeby wzięli to pod uwagę przy kupnie ewentualnych łaszków. W większości przypadków podziałało. Ale tak jak piszę w większości… Są takie elementy które twierdzą że; ” W sklepach nie ma innego koloru ubranek dla dziewczynek ”  I uparcie zasypują nas, moim szczególnie ulubionym kolorem… Denerwuje mnie takie zachowanie. Mówić, prosić ich to jak grochem o ścianę. Przeszliśmy z mężem na sposób. Większość podarunków w tym kolorze trafia do najgłębszej szuflady. No chyba że coś jest wyjątkowo ładne to zerwę metkę i raz czy dwa córcia założy. Wciskanie mi że nie ma innych kolorów … To jak robienie ze mnie idiotki. Chodzę po sklepach. Mam oczy! Widzę ! Widzę dużą przewagę ró.. ró.. różu, ale są również ubranka w innych kolorach. W ładnych kolorach. Żółty, czerwony, zielony, niebieski, beżowy.. itd  ubranka Śmiem twierdzić, że to uszczęśliwianie wynika z lenistwa. Najłatwiej pójść do sklepu i kupić ró.. ró.. różowe ubranko. Bo przecież to dla dziewczynki. Po co się wysilać, po co się rozglądać za inną barwą ? Jak można szybko kupić byle ró.. ró.. różowego ciuszka. I mieć z głowy.  Jest tyle ślicznych ubranek, w różnych kolorach. Dziewczynkę można bardzo ładnie ubrać, korzystając z dostępnych zabarwieniach. Moja córcia przepięknie wygląda w niebieskim. Tak ładnie podkreśla jej kolor oczu. A jak do twarzy jej  w żółci ! :) Aż się uśmiech na twarzy pojawia, tak radośnie wygląda. Dziecko powinno mieć nie tylko kolorowe zabawki, pościel w łóżeczku ale również ciuszki ! Niech widzi się w różnych barwach, odcieniach. Niech wyrabia sobie własne zdanie i upodobania kolorystyczne.

Ps. Dowodem na to że się da. Jest moja sąsiadka( starsza kobieta, ma dwóch  wnuków). Przyszła do nas kilka razy z „drobiazgiem dla małej „. I wiecie co ? Mała dostała kilka łaszków, i żadne z nich nie było ró.. ró.. różowe. Zamiast tego, śliczna biel , błękit , granat, czerwień. Da się ? Da się tylko trzeba chcieć, a nie iść na łatwiznę

Wszystko tak idealnie … Tylko czemu nie u mnie ?

Dziś, w ramach przedobiedniego spaceru, odwiedziłyśmy z córcią naszych przyszłych sąsiadów. Młodzi i mili ludzie. Również, mają małe dziecko. Nigdy u nich nie byłam. Do dzisiaj. Mimo że przyszłam tam we własnym „interesie” , mimo że ciepło mnie przyjęto, żałowałam że tam trafiłam. Zastanawiacie się dlaczego ? Dlatego że poczułam się jak totalna sierota… Przeszłam przez próg i pomyślałam: Łał ! Ale ładnie ! Normalna reakcja, kiedy wchodzi się do w miarę nowego domu. Czyste ściany, nie zniszczona drewniana podłoga itd… Dom pachniał nowością. Myślę że mój zachwyt był uzasadniony. Natomiast kiedy weszłam dalej i usiadłam we wskazanym mi miejscu. Rozejrzałam się…. Wiecie co zobaczyłam ? Idealny porządek.  Po prostu idealny ! Wszystko ładnie , równo poukładane,  zabawki dziecięce również. Nic nie walało się po podłodze. Wszystko na swoim miejscu…. Oraz chłopca, grzecznie bawiącego się na dywanie.. Byłam. Nadal jestem pełna podziwu…. Jak ona to robi ? Jak ogarnia opiekę nad dzieckiem, i obowiązki domowe?… Dziecko czyste, uśmiechnięte. Ona zadbana, umalowana, a dom wygląda jak aranżacje wnętrz w Ikei… Jak ona to robi ? Kurde… Czego mi brakuje ? Czemu ja tak nie potrafię. Czemu wiecznie potykam się o dziecięce zabawki… Dlaczego panuje u mnie ciągły nieporządek ? Przecież się staram , sprzątam codziennie … Jest o wiele lepiej niż było. Niestety wiele mi jeszcze brakuje…  Chciała bym, by moje mieszkanie lśniło tak jak dom tej kobiety… Nie chcę się wiecznie wstydzić, i mówić ” Sorry za bałagan ” . Do takiego zadbanego domu chce się przychodzić. Poznałam dzisiaj, prawdziwą, perfekcyjną panią domu.  Postanowiłam wziąć sobie ją za wzór. Już nikt mi nie powie, że przy małym dziecku, nie da się mieć wymuskanego domu. Bo się da ! Skoro ona potrafi… To ja też dam rade.

Prawdziwy skarb, czyli samosia – gosposia !

Zupę będę jeść sama ! – Mama daj łyżeczkę , nie chcę być karmiona ! Skarpety , czapkę , buty założę sobie, nie potrzebuje Twojej pomocy ! Kremować buzię też chcę sama !  Przecież umiem ;) Pościelę łóżko , dam sobie radę ! Psa na spacerze poprowadzę , nie musisz trzymać smyczy … Eh i długo by tak wymieniać :) To że moja córcia wykazuje cechy typowej „Zosi samosi” wiedziałam już od dawna. Przyzwyczaiłam się nawet ;) Czasem mam dobry ubaw. Kiedy widzę jak moja  14 miesięczna pociecha, od dziesięciu minut próbuje założyć, lewego buta na prawą nogę. To jednak nie wszystko. Teraz przyszedł czas na samosie – gosposie :)  Moja córa postanowiła pomagać  mi na każdym kroku. Tak, tak. Pomaga jak umie ;) Kochanie dziecko ! Nie chce, by mama się zaharowała ;) Kiedy odkurzam , mała podchodzi, chwyta rurę i próbuje odkurzać. Czasem bawi się w operatora, regulując moc ssania, lub pcha odkurzacz. Gdy sprzątam łazienkę, zawsze znajdzie coś, w czym mogła by mi pomóc ;) A to rozsypie proszek. A  to weźmie szczotkę do toalety i zacznie moczyć w kibelku, rozchlapując wszędzie wodę.  Myjąc podłogę , również się nie przemęczam. Dziecko mam tak pomocne, że potrzyma mi mopa. Ja w jedną ona w drugą. Szarpiąc się ze mną, zmyjemy każdy brudek. Bo co cztery ręce, to nie dwie ;) Kiedy dorwie zmiotkę i szufelkę, rozmiecie brud po całej kuchni. Ta dziecięca pomoc jest nieoceniona :) Nie raz bardzo mnie denerwuje , bo dezorganizuje mi robotę.  Widzę jak dziecko się stara , jak mnie naśladuje, i jestem w stanie przymknąć na co nie co oko. Sprzątam uzbrojona w duża dawkę cierpliwości. Bo jak inaczej ? Chyba się nie da , mając w domu małą gosposie ;) Dziś jednak przebiła samą siebie. Wspólnie myłyśmy podłogę. Tym razem, córcia była bardziej zaabsorbowana moczeniem rąk w wodzie, i pomaganiem w wyciskaniu mopa. Natomiast ja mogłam spokojnie przetrzeć zabrudzenia. W pewnym momencie. Odwracam się w kierunku córki, by wypłukać mopa. Patrzę. A moja pomocnica stoi w wiaderku pełnym wody … Ręce mi opadły. Jak myślicie ? Chciała mnie wyręczyć i postanowiła się sama wykąpać ? Ja myślę, że tak  ;) W wiadrze też się da !

Dziecko, nie tuczna świnka … A wina, zawsze leży po stronie matki !!!

„Mamy mają tendencję do wciskania w dziecko więcej niż zjeść może ” Oj tak ! Często słyszałam te słowa. Parę razy zdarzało się, że były też kierowane bezpośrednio do mnie, kiedy to opowiadałam o naszych problemach z jedzeniem. Mówiąc najbliższym w rodzinie, że mała nie chce jeść, że nie je, tylko dziubie. Ciągle słyszałam : ” Wydziwiasz, przecież je. Dobrze wygląda. Ty byś chciała żeby ciągle żarła i wyglądała jak tuczna świnka. ” 2-swinka   Nie czułam się rozumiana w najbliższym otoczeniu. Nie pasłam dziecka, nie wciskałam na siłę, nie zmuszałam do jedzenia… Wychodziłam z założenia że zdrowe dziecko się nie zagłodzi. Do czasu… Kiedy zdałam sobie sprawę ze coś jest nie tak, że powinna jeść zdecydowanie więcej.  Wszyscy, łącznie z moim małżonkiem uważali że, nie ma się czym przejmować.. Ja natomiast widziałam duży problem. Martwiłam się, gdy kręciła głową przy posiłku. Martwiłam się gdy zrobiła dwa kęsy chleba,  itd….Pomyślałam, że skoro nikt nie widzi problemu, to może rzeczywiście mają rację.  Chodziłam na pomiary masy ciała, długości i obwodu głowy. Nikt nie miał żadnych zastrzeżeń, mimo że waga córki, raz stała w miejscu, raz podskoczyła o 10 dkg a innym razem spadła… Wzrost również miał wiele do życzenia. Nikt z „wykwalifikowanych ” nie powiedział słowa, że cokolwiek może być nie tak.  Pewnego dnia, gdy już miałam serdecznie dość zamartwiania się, usiadłam z książeczką zdrowia dziecka. Zaczęłam analizować wszystkie zapisywane parametry… Zbladłam…. Do 6 miesiąca życia córka rosła jak na drożdżach. Wszystko wzorowo. Natomiast po 6 miesiącu coś się podziało. Dziecko znacznie przyhamowało… a później stanęło w miejscu. Przez 3 miesiące pomiary wagi były podobne. Natomiast wzrost i obwód głowy  nie drgnął … Zaświeciła mi się czerwona lampka : ” Kobieto nie słuchaj innych ! Co oni mogą wiedzieć, nie znają dobrze sytuacji. Idź z córką do lekarza, bo tak być nie może ! Zaufaj swojej intuicji … ” Akurat zbliżało się szczepienie, więc przy okazji szczepienia ,skonsultowałam z panią doktor moje wątpliwości. ( Do szczepienia i w razie choroby jeździmy do naszej zaufanej pani doktor do miasta. Natomiast kontrolne pomiary robimy w okolicznym ośrodku zdrowia. ) Wątpliwości , przerodziły się w problem. Słusznie się martwiłam. Lekarz stwierdził , że córka najprawdopodobniej jest niedożywiona…  I przyczyną może być jakość, lub ilość jedzenia… Dostałam dokładne wytyczne, jak przyrządzać córce posiłki, i ile powinna zjeść jednorazowo…Jeszcze w gabinecie dotarło do mnie, że moje posiłki trochę odbiegają od tych przedstawionych przez lekarza…  Po powrocie do domu , zaczęłam ściśle trzymać się zaleceń pani doktor. Obiadki gotowałam, zdecydowanie bardziej konkretne. Było w nich dosłownie wszystko. Co z tego… Córcia nadal jeść nie chciała… jadła jak dotychczas. Zaczęłam dokładnie odmierzać ile pochłonęła  w ciągu dnia… Kiedy, po odmierzeniu zupki, ujrzałam niecałe 40 ml, załamałam się…  Ni jak miało się to 40 ml do 170 ml jakie zalecił lekarz.. Mąż szybko zmienił zdanie, i również się przejął. Uświadomiliśmy sobie że musimy jakoś sobie poradzić z tym problemem…  Było ciężko. Córkę nudziło, i nadal nudzi jedzenie.. Ale nie poddawaliśmy się… Ja szukałam coraz to nowszych smaków, robiąc zupę warzywną na tysiące sposobów. Mąż pilnował, by w trakcie czytania książeczek, mała zjadła choć ćwiartkę jabłka.. itd. Od wyjścia z gabinetu, ciągle pilnowaliśmy by posiłki córki były bardzo regularne i urozmaicone. Nasza walka trwała ok półtorej  tygodnia, aż córka zaczęła zjadać większe ilości.. Tym to sposobem, prawie zbliżyliśmy się do ilości jakie powinno zjadać dziecię w wieku córki… A co najważniejsze. Mała szybko przybrała na wadze, i podrosła kilka centymetrów… Teraz posiłki, nie są już tak stresujące, ani dla dziecka ani dla nas. Dziecię je ze smakiem.. ciągle powtarzając „mniam”, „mniam”  i rośnie jak powinno. Nie wiem… Nie mam pojęcia, jak doszło do takiego zaniedbania ?…Inaczej się tego nazwać nie da. Mimo że zawsze miała co jeść, po prostu tego nie robiła, ja nie wciskałam jej na siłę, widziałam że przynosi to odwrotny skutek… Pewnie zrobiłam jakiś błąd przy rozszerzaniu diety. Być może metoda BLW w przypadku mojej córki się nie sprawdza, choć miałam wrażenie że zjadała więcej niż gdy ją karmiłam… Odpowiedzi pewnie już nie znajdę. Ale czy muszę ? Chyba już nie… Dziecko mam zdrowe, je ładnie, i to z apetytem :) I rośnie ! Przede wszystkim rośnie :) To co najgorsze w temacie żywienia mamy już chyba za sobą :) Szkoda tylko , że nikt z otoczenia nie wierzył że naprawdę mamy z tym problem . Przylepiono mi metkę z napisem ” Matka która pasie swoje dziecko „. Do tej pory mało kto wieży że w naszym przypadku tak nie było. Za to wszyscy jak jeden mąż mówią : „ale ona fajnie teraz wygląda. A jak urosła !” ;)