Do cholery ! Co to ma być ? !

Większość matek, zna jak to jest, kiedy ktoś się wtrąca w wychowanie dziecka, lub  je utrudnia. U mnie również, jest taki jeden element. Mimo że nie jest to dziecko tej osoby, musi, usiłuje postawić na swoim i wszędzie wtrąca swoje pięć groszy.  Miałam o tym nie pisać … Miałam to zostawić dla siebie… Ale pękłam  ! Kurka.. Bo ileż można ! Wczoraj złapałam porządnego nerwa… Mieliśmy gości. W śród nich, właśnie ta osoba. Stwierdziłam … Aaaaa… Dobra, odpuszczę. Nie będę taka  jędza , nie będę się czepiać. W imię poprawienia relacji, dam więcej luzu. Przecież chce się nacieszyć dzieckiem, to niech się nacieszy. A ja, może trochę odpocznę… Na początku, byłam nawet zadowolona. Wszystko było w porządku. Mała dobrze się bawiła, a gość nie zrobił żadnego głupiego ruchu. Pomyślałam nawet, że może ja trochę przesadzam, nie dając wolnej ręki i nie mając zaufania. Zaczęłam nawet mieć nadzieję… Nadzieję, że relacje się poprawią, że będzie jak być powinno. Ale jak to mówią … NADZIEJA JEST MATKĄ GŁUPICH !  Święte słowa ! Jestem głupia, że uwierzyłam … Cały dzień nie wchodziłam w drogę , dałam swobodę. Pozwoliłam jej zajmować się dzieckiem, jak chciała. I co mnie spotkało ? Moja nadzieja legła w gruzach … Bo jak można się tak zachować?  No jak można ? … zakaz-wstepu Wystawiając na stół czipsy powiedziałam, że córce nie wolno dawać. Ona ma swoje chrupki, paluszki , biszkopty i to jej wystarczy. Na co usłyszałam : „Ale ona chce , daj że jej. Daj jej jednego”. Odparłam szybkie i wyraźne „Nie” . Myślałam, że wszystko jasne, że się zrozumieliśmy. Kiedy poszłam do toalety…. Mam małe mieszkanie, chcąc czy nie, słychać wszystko co się mówi w pokoju…. Więc i to usłyszałam … ” Daj jej jednego, niech sobie dziewczyna zje ”  -  oczywiście, były to słowa tej samej osoby. No k…wa ! Ciśnienie mi skoczyło… Na szczęście, inny z gości sprowadził owy element do porządku.  Do cholery ! Co to ma być ?! Jak można, tak knuć za plecami… Czy ja niewyraźnie mówię ? Czy ja mam pięć lat, żeby nie brać poważnie, tego co mówię ? Nawet dziecko, powinno się traktować poważnie !  Bez przesady… Nie będzie mi się roczniak objadać jakimiś czipsami ! Jestem matką … To ja decyduję, co moja córka jeść będzie ! Wrrr… Jak można tak traktować ludzi ? Jak można tak podważać zdanie rodzica ? W imię czego ? Żeby coś udowodnić ? Tylko co ? Miałam nadzieję… Dałam szansę.  Nie miało to sensu… Bo po co ? Chyba tylko po to by upewnić się, że osoba ta ma mnie głęboko w d…e . Że nie liczy się ze mną i moim zdaniem. Coraz częściej, zastanawiam się czy ma to wszystko sens… Po co mam się starać , po co mam próbować poprawić relacje ? Skoro osoba ta mnie nie szanuje… Przykro mi to stwierdzić … Niestety coraz częściej to odczuwam.

Autodestrukcja…

Życie przynosi różne niespodzianki. Czasem bywają przyjemne, innym razem nie dają najmniejszego powodu do radości. Zdarza się również że dowiadujemy się o czymś przykrym, a chwilę później wszystko znów nabiera kolorów. Gorzej jeżeli bieg zdarzeń przybiera inna kolejność i  naszą radość w kilka chwil niszczy jakaś zła wiadomość. Pewnie nie jednej z Was się coś takiego przytrafiło. Mnie również. Dlatego postanowiłam o tym napisać.  Były to dla mnie, dwie dużo w moim życiu zmieniające niespodzianki. Pierwsza , wyczekiwana z niecierpliwością. Jaka ? Ciąża. Staraliśmy się z mężem dość długo, bo około pół roku. Miewałam chwilę zwątpienia, czasem wręcz nie wierzyłam że będę kiedyś mamą. Kiedy, w końcu, test ciążowy pokazał dwie kreski, skakałam z radości. Ale nie długo …. Kilka dni później odebrałam wyniki badań. Skarżyłam się na częste, i uciążliwe bóle w klatce piersiowej, nasilające się przy wysiłku. Poszłam z tym problemem do lekarza. Pani doktor zleciła wykonanie EKG i TSH … I co ? EKG wyszło dobrze. Natomiast TSH ? Eh … Dostając wynik do ręki, dowiedziałam się że mam niedoczynność tarczycy … test-i-wynik Ręce mi opadły … Pomyślałam : ” Dlaczego ja ? Dlaczego teraz ? ” Wiedziałam, że niedostateczna ilość hormonów w tak ważnym momencie życia, może zagrażać ciąży… Udałam się czym prędzej, na konsultację z endokrynologiem.  Pani doktor wypisała mi hormony i kazała czekać na koleją wizytę. Przy okazji dowiedziałam się co nie co o tej przypadłości, resztę doczytałam w domu… Kiedy zwiększyłam swoją wiedzę, zaczęłam mieć ogromne wyrzuty sumienia. Cieszyłam się że będę mamą, ale strach że dziecko, nie otrzyma ode mnie odpowiedniej dawki hormonu, bardzo tłumił mą radość. Czułam się winna…”Ty głupia babo”… Myślałam.” Dlaczego, nie zrobiłaś sobie dokładnych badań przed zajściem w ciążę?  Dlaczego ? Czemu byłaś taka nieodpowiedzialna ? ”  Z jednej strony się obwiniałam, z drugiej próbowałam bronić : ” Skąd mogłam wiedzieć ? Nie przeszło mi to przez głowę, że może mnie to dotyczyć „. No bo z kąt ? Nic mi się przecież nie działo… Czułam się ogólnie dobrze. Czasem tylko dopadała mnie ogromna senność , miewałam bóle w klatce piersiowej, ciągle odczuwałam chłód,  marzły mi stopy i dłonie. Nic szczególnego. A jednak! Choruję na Hashimoto ( Mój organizm wdrożył plan Autodestrukcji, produkując przeciwciała przeciwko własnej tarczycy ) Pogodziłam się z faktem. Nie miałam wyjścia, czasu cofnąć się nie dało. Łykałam hormony, robiłam badania, chodziłam na wizyty… I modliłam się, by dziecko było zdrowe. Na każde badanie USG, czekałam z niecierpliwością. Jak każda ciężarna, chciałam zobaczyć swoje dziecko. Tak bardzo jak wyczekiwałam badania, tak bardzo bałam się, że usłyszę coś czego żadna matka nie chciała by usłyszeć. Na szczęście, lekarz wykonujący USG nie znalazł nic niepokojącego, w żadnym badaniu. Jednak całą ciążę, towarzyszył mi stres związany z chorobą. Pomimo dobrych informacji, byłam zła że nie wiedząc o swoim schorzeniu, naraziłam córkę między innymi na przedwczesny poród czy nieprawidłowy rozwój mózgu. Córka urodziła się zdrowa. Ja hormony łykam nadal, zapewne łykać będę całe życie… Ale to nie istotne… Piszę na ten temat, bo wiem jak ważny jest prawidłowy poziom hormonów tarczycy w ciąży. Apeluję, do wszystkich kobiet myślących o założeniu rodziny, zbadajcie się w kierunku zaburzeń pracy tarczycy. Unikniecie tym sposobem, niepotrzebnego stresu oraz ograniczycie ilość zagrożeń dla rozwijającego się dziecka. Tutaj znajdziecie więcej informacji na temat mojej choroby Niedoczynność tarczycy – Hashimoto

Aaaa… Wizytę u endokrynologa, odbyłam prywatnie ok 9 tygodnia ciąży. Wolny termin na NFZ był na 27 listopada… Urodziłam w grudniu. Gdybym nie wzięła spraw w swoje ręce, dostała bym hormony dopiero z końcem listopada… Nie chcę myśleć nawet co było by z córka.

Dużo się zmieniło … Ale ja wciąż istnieję !

Jestem nudziarą ! Tak … Właśnie nudziarą… Jestem trzy lata po ślubie, mam małe dziecko. Ciągle siedzę w domu i zajmuje się szeroko rozumianym życiowym dorobkiem. Jestem nudna i niewarta uwagi… Po co, tracić na mnie czas ?  Są przecież ciekawsze osoby, niż jakaś tam matka. O czym z taką rozmawiać ? O pieluchach ? Ząbkowaniu ? Czy zabawkach dziecięcych ? Eh … flaki-z-olejem Nie rozumiem dlaczego, ludzie, znajomi , w ten sposób traktują młode matki. Jestem jedną z nielicznych, a nawet całkiem możliwe że jedyną młodą mamą w otoczeniu znajomych…  Jest mi z tego powodu przykro. Nie dlatego że wkroczyłam w kolejny etap życia, ale dlatego, że im dłużej jestem mamą , tym wyraźniej widzę komu tak naprawdę na mnie zależy… Czas pokazał … Na znajomych, a w zasadzie już byłych znajomych, nie mam co liczyć. Szkoda bo człowiek by posiedział, pogadał przy kawie… Mimo zaproszeń, wszyscy ciągle zajęci. Nie mają czasu się nawet odezwać. No nic. Przypomną sobie o mnie, jak będą mieć interes. Przecież tak to działa. Czy naprawdę, z dzieciatą koleżanką nie ma o czym pogadać ? Czy jedynym tematem są  dzieci ? Matka czy nie matka , kobieta jak każda inna…  Dziwne jest zachowanie ludzi… Spodziewałam się, że znajomi trochę się odsuną, ale nie przypuszczałam że nie zostanie mi prawie nikt… Czego oni się boją ? Dziecka ? Czy tego że się zarażą, i będą po uszy,  siedzieć w zasranych pieluchach ?  Wiem jedno … Na przyjaciółkę liczyć mogę. Nie jest dzieciata, i chyba jeszcze nie prędko jej do macierzyństwa. Mimo że ma sporo spraw na głowie, nasze relacje nie ucierpiały. Cieszę się że ją mam. Co do pozostałych znajomych…. Hm… Wygląda na to że trzeba im pomachać, niech idą gdzie chcą. Ja sobie poradzę, jak zawsze, kiedy muszę. Nie jestem sama. Skoro znajomi uważają mnie za nudną, zrozumie mnie inna nudna mama.

Szanujmy dziecięcą prywatność !

Jako rodzice, chcemy chronić własne dzieci. Pragniemy by nikt ich nie ranił, nie obrażał. Dbamy by były doceniane, szanowane itd. Nic w tym dziwnego. Zachowanie typowe dla rodziców. Lecz przykre jest, i zupełnie dla mnie niezrozumiałe, że istnieją matki i ojcowie, którzy nie widzą że sami narażają własne pociechy. Jak ?  Wystawiając ich zdjęcia na portalach społecznościowych. Być może niektórzy, niektóre z Was zastanawiają się o co mi dokładnie chodzi ? Uważam, że spora część rodziców,  z mojego otoczenie, i zupełnie mi nie znanych, totalnie przegina. Galerie przepełnione przeróżnymi zdjęciami, niejednokrotnie niekorzystnymi… Opisy do zdjęć często bardzo szczegółowe. Niby to nic takiego, ale… No właśnie, ja widzę tutaj wielkie ale… Czy kiedykolwiek któryś z tych rodziców zastanawiał się, nad tym co robi ? Ludzie coraz więcej informacji o sobie i swojej rodzinie umieszczają na facebooku i innych portalach. Wystarczy niewielka, nieprzemyślana ilość informacji, np zdjęcie dziecka i wpis ” dziś pierwszy dzień w przedszkolu takim i takim ” i już stwarzamy potencjalne zagrożenie dla naszej pociechy. Owszem, każdy ma prawo robić co chce, i publikować co chce. Ale to że mamy do tego prawo , nie oznacza że możemy decydować za dziecko, jakie zdjęcia, i jakie informacje o nim, będą krążyć w internecie… Ostatnio zrobiło się modne tworzenie niemowlętom, ich prywatnego konta na fb. Co z tym się wiąże ? Sterta różnych fotek, tona opisów i informacji o dziecku.  Niemowlę nie powie „mamo nie wrzucaj w sieć moich zdjęć, nie pisz co jadłem dziś na obiad, nie informuj wszystkich kto mnie dziś odwiedził ” . Lecz gdy podrośnie, może mieć nam to za złe. Pamiętajmy że co wrzucimy do sieci to już tam krążyć będzie… I w przyszłości może być dla dziecka problemem… To że chcemy się pochwalić, nowo narodzonym dzieckiem, że chcemy pokazać światu jak ładnie stawia pierwsze kroki. Rozumiem. Sama czuje taką chęć. Jednak chęć ta nie uprawnia nas, by wrzucać do sieci tony osobistych zdjęć, i z życia dziecka robić dostępną dla wielu kronikę… Rażące jest, że dziecko jeszcze dobrze nie „pierdnie” a już cała rzesza fejsbookowiczów o tym wie… Szanujmy dziecięcą prywatność. Czy dziecko nie ma prawa do prywatności ? Czy ma je tylko dorosły ? Ma prawo ! Ma takie same prawa jak wszyscy!   Szanujmy to … Nie udostępniajmy całemu światu życia prywatnego. Przecież są inne formy podzielenia się szczęściem. Dlaczego od razu portale społecznościowe ? Czy naprawdę zależy Wam na tym by zupełnie nieznana baba oglądała zdjęcia waszego dziecka? Lub jakiś pedofil ślinił się na widok Waszego słodkiego dzidziusia ?  Po co stwarzać zagrożenia ? Sama, często mam ogromną chęć pochwalenia się swoją córeczką. Mam przecież pełno powodów do dumy. Jednak nie robię z jej życia show dla ciekawskich. Mam telefon, i kiedy najdzie mnie taka ochota, wysyłam mms’y do cioci , babci , wujka … do najbliższych. Do tych którzy są bezpośrednio z małą związani. Czasem wyślę zdjęcie do przyjaciółki czy dwóch dzieciatych koleżanek…. To wszystko. W zupełności wystarcza. Przysięgłam sobie, że nie wstawię żadnego jej zdjęcia na żaden portal… Nie wstawię… Mimo że jest jeszcze taka malutka, szanuję jej prywatność… szanuję jej dzieciństwo. Zdjęcia które jej robię, są dla niej. Jest to pamiątka rodzinna. I tak pozostać powinno. Gdy podrośnie, sama zadecyduje czy, gdzie, i co będzie publikować. A do tego czasu będę chronić jej prywatność.  album-dziecka

Dziś, krótko i zwięźle.

Dzisiaj, wyjątkowo nie będę się rozpisywać… Czasem, dopada mnie gorszy nastrój. Jak każdego. Ten dzień, właśnie do takich należy… Nic, mi się nie chcę.  Chodzę smutna, moje przygnębienie mnie dobija… Najchętniej, przespała bym cały dzień. Same wiecie, przy małym dziecku nie da się, w ciągu dnia oka zmrużyć… Eh. Ostatnimi czasy, w takie dni szukam ucieczki… Rozmyślam i piszę… Mąż się ze mnie śmieje, mówiąc do córki: „Oooo…. Mama nie na humoru, bo wiersze pisze”. Coś w tym jest, sama widzę te zależność. Jeśli chcecie, przeczytajcie – > Córeczko moja  sercem-pisane

Słoik przetworów, podbija serca ;)

Jesienią, dopadła mnie nieodparta chęć zrobienia przetworów na zimę. Doszłam do wniosku, że skoro siedzę w domu, fajnie było by poczuć się jak prawdziwa, zaradna gospodyni. Utrzymanie porządku w domu kiepsko mi wychodziło. Chciałam więc zrobić coś, co chociaż chwilę będzie widoczne ;) Nie było to łatwe, ale zaczęłam karierę zaradnej gosposi. Z racji braku czasu, jak to zazwyczaj przy małym dziecku bywa . Brałam się za robotę gdy tylko mała zasnęła. Siedziałam po nocach, myłam słoiki, gotowałam zalewy itd… powolutku, na raty i udało się.  Zrobiłam powidła śliwkowe, selera konserwowego, papryczkę konserwową, pomidorki koktajlowe w zalewie i sałatkę z marchwi i papryki. Spodobało mi się. Jesienne wieczory spędzałam sama, maż w delegacji… Postanowiłam zatem nie nudzić się, a poszperać w necie, i znaleźć jeszcze coś dobrego. Grzebałam i grzebałam… Wszystko wydawało się takie obcykane. Moje uparte szukanie, przyniosło efekty. Znalazłam ciekawy przepis. Zabrałam się do dzieła i…. Tadam ! Ukisiłam marchewkę :) Zastanawiacie się teraz: Jak to marchewkę ?  Co za dziwactwo ? Jakoś nie wyobrażam sobie, kiszonej marchwi … Tak, tak. Nie ogórki, a marchewkę ! Właśnie tak samo zareagowałam, kiedy odkryłam ten wynalazek. Moja ciekawość była na tyle duża, że musiałam spróbować. Jest to proste jak drut, a efekt rewelacyjny. Niepowtarzalny smak, a jaka chrupka ! Mniam…  Wszyscy w domu się zajadaliśmy, łącznie z naszym bobasem. Teraz już się nie zajadamy, tę przyjemność zostawiliśmy córce. Zostały zaledwie dwa słoiczki. Mała rozkoszuje się smakiem, jak by to była najpyszniejsza rzecz na świecie. W tym roku, narobię słoików jak dla armii. Niech córcia je , skoro tak lubi. :)  marchew-kiszona

Dla zainteresowanych:

Potrzebna jest, marchew ok 2 kg (ja miałam malutkie, niewyrośnięte marchewki) ,dwie główki czosnku, koper , liść i korzeń chrzanu, gorczyca, sól.

Marchewki, dobrze wymyć , nie obierać ze skórki. Wcisnąć do słoików wraz z dodatkami. Zalać gorącą, słoną zalewą. Dobrze zakręcić i gotowe. Za trzy dni, marchewka będzie małosolna, po tygodniu kiszona.

Zachęcam do spróbowania :)

Widzę czarne, tam gdzie białe !

Dziś postanowiłam napisać, co nieco o sobie jako matce. Pewnie niejedna z was, po przeczytaniu powie: ” Mam tak samo „. Dobrze ! Świadczyć to będzie, że nie jestem wyjątkiem. A w kupie raźniej ;) Po dzisiejszej wizycie u lekarza, po raz enty stwierdziłam, że jestem przewrażliwiona i szukam dziury w całym. Wybraliśmy się, po południu na osłuchanie. Wizyta była nie planowana, ponieważ córka miała się dobrze. Dręczył ją jedynie lekki katar. Rano natomiast wstała z okropnym kaszlem… Słychać było, że nie może odkrztusić wydzieliny. Gdy tak kaszlała, w głowie miałam już zapalenie oskrzeli i inne choroby dróg oddechowych. przychodnia Więc spakowaliśmy się do auta i długa do lekarza… Na miejscu okazało się, że małej nic nie jest … A kaszel spowodowany spływającymi gilami. Przy okazji, pokazałam lekarzowi moje ostatnie zmartwienie. Skórę na rączkach, nóżkach, policzkach córci…Była strasznie brzydka, tak jakby sucha, z dziwną wysypką, popękana miejscami. Z każdym dniem coraz gorsza…Wyglądało to dla mnie jak AZS… Lub jakieś uczulenie…I co ? I  nic poważnego. Wyszło na to, że matka nie potrafi dbać o skórę własnego dziecka… No cóż, zbłaźniłam się troszkę. Następnym razem będę mądrzejsza :) Nie pozostaje mi nic innego, tylko zmienić dziecku kosmetyki do kąpieli i pielęgnacji… Dzisiejsza wizyta nie należy do wyjątków, Przez te czternaście miesięcy miałam przeróżne zmartwienia. Jedne słuszne inne z niewiedzy lub przewrażliwienia. Kiedyś jednak pobiłam samą siebie… Gdy mała miała ok 6 tygodni, w jej buzi pokazała się pleśniawka. Walczyłam z nią bardzo długo. Zdzieranie grzyba, przemywanie, płukanie buzi nie pomagało. Nawet nystatyna nie dawała sobie rady… Wciąż to paskudztwo nawracało… Po zużyciu trzeciej nystatyny, córka dostała wreszcie coś innego . Daktarin oral gel. Pediatra kazał smarować małej języczek, odrobiną żelu. Po kilku dniach miała nastąpić poprawa. Jednak dla mnie poprawa była słaba. Smarowałam dziecku język dwa tygodnie, i ciągle widziałam biały nalot. Tak się tym martwiłam, że pewnego dnia wybuchłam płaczem, mówiąc do męża : ” Jestem beznadziejną matką ! Nie potrafię pozbyć się tej pieprz…. pleśniawki… Mała  przeze mnie płacze, bo tylko gmeram jej w buzi i nic z tego nie ma… ” Pojechaliśmy następnego dnia do lekarza. Niestety naszej pani doktor nie było. Zrozpaczona lamentowałam w rejestracji : ” Ktoś nas musi przyjąć ! Córka ma okropnego grzyba w buzi, leczymy się już dwa miesiące, żadne leki nie pomagają.  Musimy dostać się do któregoś lekarza…” Po chwili kobieta zlitowała się nad nami. Załatwiła nam nawet wejście bez kolejki… Pani doktor oglądnęła dziecko. Po chwili : ” Gdzie ma pani tą pleśniawkę ? ” Na moje:” Tam głęboko. To białe. ” Popatrzyła na mnie z politowaniem i powiedziała : ” Proszę natychmiast odstawić leki. To nie jest żaden grzyb, tylko zwykła śluzówka, która nie jest już w najlepszym stanie. ”   Nigdy nie czułam się tak głupio. Nie dość ze narobiłam zamieszania, to jeszcze leczyłam coś czego nie było… Niszcząc przy tym małej śluzówkę. Wygłupiłam się konkretnie, mimo tego czułam się lepiej. Byłam o wiele spokojniejsza i cieszyłam się że córci nic nie dolega.  Zdaje sobie sprawę, że bycie przewrażliwioną nie jest dobre. Lecz wolę taką być, i zbłaźnić się sto razy, niż coś zignorować i później żałować.

No trzeba być mną ! No, bo kto by inny ? Jak nie ja ! :D

Jestem mistrzynią ! Wydawało mi się że nie należę do osób bardzo roztrzepanych, i wiem co robię. A jednak :D Jestem zakręcona do tego stopnia, że nie wiedziałam że biorę udział w konkursie. W konkursie Blog Roku. Właśnie się o tym dowiedziałam. Jak to ? No tak, o po prostu. Parę chwil temu, przeglądałam listę blogów konkursowych. I co ? No i trę oczy, bo widzę swój blog. A to niespodzianka !  W pierwszej chwili pomyślałam że to pomyłka. Przecież się nigdzie nie zgłaszałam. Nie zgłaszałam… blog-roku-konkurs Sprawdzam maila, i wiadomości od redakcja@blogroku.pl. Zastanawiacie się, skąd wiadomości skoro zaprzeczam abym zamierzała wyrazić chęć uczestnictwa w tym przedsięwzięciu. Już wyjaśniam. Gdy zrobiło się głośno o tym że konkursie, z ciekawości zajrzałam o co chodzi. Wyczaiłam że są dwie kategorie: blog roku, i tekst roku. Zagłębiłam się w tym na chwilę i pomyślałam: „Może zgłoszę któryś wpis ? Tak z ciekawości, zobaczę jak będzie. Przecież nigdy nie brałam udziału w czymś takim”. Postanowiłam więc trochę poklikać i zgłosić któryś z wpisów. Teraz już nawet nie wiem który. Po chwili jednak, stwierdziłam: „Ty głupia babo ! Nawet pisowni języka polskiego nie znasz, jak na prawdziwego polaka przystało, a chcesz startować z tym czymś ? Daj sobie przynajmniej rok”. I olałam cały system ciesząc się, że jednak się nie odważyłam. Maili nawet nie otwierałam. Bo po co, skoro nie zamierzałam nic potwierdzać. Wiadomości kisiły się na poczcie do dzisiaj. Zaciekawiona jak to się stało, że jestem na liście konkursowej, zdecydowałam sprawdzić co mi tam nabazgrali. No i padłam :) Śmiałam się do rozpuku. Mądra ja, oj mądra… Boże ustrzeż mnie przed dalszą taką mądrością. Nie wiem jak ja to zrobiłam. Nie dość, że pomyliłam konkursy to jeszcze się zgłosiłam. No trzeba być mną !  Skoro już jestem, to jestem. Może komuś się spodoba mój blog. Jeśli nie … To żadna tragedia :) W końcu trafiłam tam przez przypadek :)

Mała dostaje pypcia :)

Jestem ciekawa, czy wasze dzieci również mają pypcia na jakimś punkcie ? W takim stopniu, że jak to coś zobaczą odbiera im umysł ?  Moja córka ma. Zastanawiacie  się pewnie, o co chodzi :) Szybko więc wyjaśniam. Córka uwielbia koty. Pomyślicie że przecież to normalne, dzieci lubią zwierzęta, ciekawią je.  wiem… Małą interesują pieski, rybki, chomiki, ptaszki łącznie z pra-dziadkowymi kurami :) Natomiast kot ją nie ciekawi… Ona ma po-prostu kota na punkcie kota ! Zaczęło się niewinnie, córa od kiedy skończyła pół roku na widok kota zaczęła piszczeć. Pomyślałam, normalna reakcja, podoba jej się. Ale im starsza tym zafascynowanie rosło i rosło i rosło… Aktualnie sprawa wygląda tak: Widząc na spacerze jakiegoś dachowca , chce wyskoczyć z wózka. Jak jest na własnych nogach, człapie w jego kierunku. Kiedy jesteśmy u babci ( mojej mamy), która posiada takowe zwierzę, małej nie da się wybudzić z transu. Dopóki kotek gdzieś się włóczy, bądź śpi schowany jest dobrze. Córka bawi się ładnie. Kiedy czworonóg wejdzie w jej pole widzenia…. Eh… Nie ma życia. Nie ma życia ani on, ani ja :) Mała zachowuje się jak zahipnotyzowana. Puszcza się w pogoń. Łazi za nim krok w krok, piszcząc i miaucząc. Robi wszystko by dorwać się do kota i go pogłaskać. ( czytaj: pogłaskać, wytargać za ogon i łapy, wsadzić palce do uszu i oczu, pociągnąć za sierść). Nawet, kiedy je, nie da mu spokoju. Wykorzystuje moment i próbuje go tłamsić… Oczywiście staram się ją odciągać od kota. Tłumaczę że kotek chce iść spać, czy że teraz je i potrzebuje spokoju itd…  Żadne moje argumenty do małej nie docierają. Tylko ślepo do tego zwierza. Parę razy już dostała ostrzeżenie, kocim pazurem. Myślałam że choć troszkę się zrazi… Myliłam się. Oj grubo się myliłam. Jak grubo, przekonałam się kiedy dostała kociego sierpowego w lewy policzek. Nawet nie zareagowała…  Będąc u mamy robimy wszystko by córa jednak posiedziała z babcią a nie latała za kotem…  Możemy sobie gadać do niej. Przepędzać kota w inny kąt. Nic nie działa… Ona i tak ciągnie za nim, a kot zaraz przyjdzie z powrotem i położy się np w dziecięcych zabawkach. Dopóki mruczek w domu, dziecko ma klapki na oczach. Więc po chwili zabawy, zwierzak ląduje znów na zewnątrz lub w innej części domu. kot-na-punkcie-kota To nie wszystko, co wyraźnie mówi mi że dziecko ma pypcia. Jak złapie fazę, potrafi miauczeć dobre kilka minut. Wypatrzy kotka wszędzie. Nawet ja nie jestem tak spostrzegawcza. Czy to kubek ciotki, czy to jakieś opakowanie na półce sklepowej itd… Wszędzie kota znajdzie. Kiedy czytamy książeczki, wybiera te w których jest napisane o kotku, bądź takie z kocim obrazkiem. Czapkę ma z kotem… Dzięki ciotka ! Bez tej czapki, nie dało się dziecka ubrać na spacer. Teraz w trakcie ubierania, z zadowoleniem patrzy w lustro i miauczy :) Ma dwie bluzeczki z kotkiem, jak zobaczy je gdzieś na wierzchu, zaraz podwędzi i tuli. Pluszowego mruczka dostała pod choinkę. Jak wpadnie w jej ręce to go wyściska, całuje, głaszcze, karmi … Potrafi nawet całować, tulić ilustrację. Mała zna dużo zwierzątek, umie większość z nich wskazać i naśladować… Wszystko fajnie… Pokaże krowę, pokaże pieska, biedronkę, węża, pająka itd. W momencie kiedy na stronie w śród zwierzątek pojawi się kotek, nie pokaże nic. Nic, prócz kota oczywiście. Wskazuje go dumnie, z uśmiechem i jej słodkim ” aałłłł „. Zapytana jak robi kura? Odpowiada ślicznie ko – ko, zapytana jak robi wąż? Ładnie syczy. Mogę ją wypytywać a ona naśladuje. Do momentu, popełnienia błędu… Jakiego ? Oczywiście że do momentu zapytania: Jak robi kotek ? Wtedy już po zabawie… Odpowie rzecz jasna ” aałłłł ” ale na tym się kończy. W sumie to nie kończy bo to ” aałłł ” i ” aałłłł ” słychać długo. Na każde moje pytanie odpowiada swoje miauczące ” aałłł ” :D  Cieszę się że lubi zwierzęta, i że upodobała sobie jedno konkretne. Będąc dzieckiem, miałam bzika na punkcie psa. Ale nie w takim wieku ! Rozumiem ją trochę. Mimo tego obawiam się o nią. Jeszcze chwila i jej nie upilnuję. Nie dam rady ochronić przed pazurami…Jeśli jej fascynacja nie przejdzie, i wda się we mnie, to za parę lat będę miała kociarnię w domu :) Ciocia Kiki z pewnością się ucieszy :) Ja jakoś to przeżyję. Mężowi będzie zdecydowanie trudniej… Drogie mamy. Czy któraś z was przeżywa to samo, bądź coś podobnego ? ,

Już po wszystkim…Nareszcie.

Dziecko już śpi. Dawno nie cieszyłam się tak bardzo z tego powodu.  To był ciężki dzień, dla nas wszystkich… Ale najcięższy z pewnością dla córci. Cały dzień, towarzyszył nam płacz i zły nastrój. Ciągłe tulenie, noszenie na rękach, sen przeplatany z płaczem… Wszystko spowodowane upadkami… Eh… Że też nie da się przed nimi dziecka uchronić. Zdarzały nam się, nie raz nieduże potłuczenia, ale dzisiaj przebiliśmy wszystko. Pierwszy wypadek zdarzył się podczas jedzenia kaszki. Rano, jak co dzień karmiłam małą, biegając za nią po całym mieszkaniu, by ta zjadła choć troszkę. Mała chodziła od zabawki do zabawki, po czym przystanęła na chwilkę przy krześle. Ja, jak to w zwyczaju miewam, kucnęłam koło niej. Córa, która była odwrócona do mnie tyłem, nagle wpadła na pomysł że się o mamę oprze. I wtedy łubu dup… Źle obliczyła i padła na ziemię… Masakra… Mimo że już potrafi upadać ładnie na pupę, tym razem nie upadła. Poleciała do tyłu, prosta jak kłoda.. Walnęła tyłem głowy o podłogę. W sekundzie  krzyk i płacz jakiego jeszcze nie było… Nie mogłam jej uspokoić, nic nie działało. W końcu przy piersi jakoś się udało. Stało się to tak szybko że nie zdążyłam zareagować, zresztą nie zdążyła bym. W jednej ręce łyżeczka w drugiej talerz… Wyglądało to strasznie i na pewno też swoje bolało. Po upadku nie ma nawet śladu. Drugi natomiast, zostawił po sobie nie jedną pamiątkę. Szukałam w komodzie córki, coś sensownego do ubrania. Stałam jakieś dwa metry od niej. Mała próbowała usiąść sama na nocniku, była asekurowana przez tatę. Parę razy udało jej się wejść na niego, zawsze pod kontrolą. Tym razem wychodząc podwinęła sobie jakoś dziwnie nóżkę. Wszystko widziałam, już tak mam że nawet jak mąż się nią opiekuje to zerkam co dziecko robi. Mąż też widział, nie spodziewał się że poleci w przeciwnym kierunku… Nawet na moje ” łap ją” nie zdążył zareagować. Mała próbując przestawić nóżkę straciła równowagę, prze-fiknęła się do przody i upadła prosto na twarz… Znów płacz, krzyk i problem z uspokojeniem … Cóż się dziwić … Drugi upadek w ciągu kilku godzin… Z początku nie zapowiadało się by miał zostać jakiś ślad… Po chwili jednak wyszła śliwa na łuku brwiowym, i na policzku siniec z lekkim rozcięciem… dziecko-z-guzem  Trzecia i na szczęście ostatnia nieszczęśliwa przygoda, to  wywrotka w przedpokoju u babci. Dobrze że córcia była grubo ubrana, i tym razem nic się nie stało… Wystraszyła się i narobiła sporo hałasu … Po każdym jej upadku, miałam serce w gardle. Czułam że zawiodłam, nie ochroniłam jej. Stałam przecież tak blisko … A jednak nie zdołałam jej ochronić. Dobrze że poszła spać, ciut wcześniej niż zwykle. Nie spotkało ją dzisiaj nic dobrego… Wiem, że każdy z nas to przechodził , że nie raz nabiliśmy guza czy stłukliśmy głowę, i przeżyliśmy. Mimo tej świadomości, w takich sytuacjach serce mi się kraja. Biedne te dzieci… Tyle razy jeszcze upadną, potłuką się zanim uodpornią się na takie wypadki.