Ojciec i jego powered

Opowiem Wam, krótka anegdotkę, dotyczącą usypiania córki :) Było to nie tak dawno … Po ciężkim dniu, wzięłam się za usypianie zołzy. Zawsze muszę poświęcić sporo czasu, na przekonanie małej że czas spać ;) Tym razem trwało to bardzo długo… Niemiłosiernie długo. Nie mogłam się doczekać aż zaśnie. Wykończona jej całodziennym marudzeniem po prostu o tym marzyłam. Córka jednak nie przejmowała się mną i fikała po łóżku, po mnie, robiła przewroty, pukała głową o ścianę. Ściągała i wąchała swoje skarpetki, wsadzała mi palce do nosa itd… Robiła wszystko, żeby nie pójść spać. Ja natomiast, grzecznie leżałam obok. Pilnowałam, żeby nie spadła z łóżka, jednocześnie zachęcając by się chociaż położyła. Moja cierpliwość chyliła się ku końcowi… Gdy już miałam dość tej zabawy, mała zasnęła. Ucieszyłam się. W końcu odetchnę – pomyślałam. Dla pewności że śpi, poleżałam przy niej jeszcze chwilkę. Wszystko fajnie, pięknie, miałam zamiar wstać z łóżka ale musiałam zostać. Dlaczego ? Mój kochany mąż, który nagle zorientował się, że dziecko śpi pyta: „Zasnęła ? „.” Tak, śpi „. Odpowiedziałam. Wtedy cicho, w żartach wypalił z tekstem: ” Padłaś ? Powstań. Powered ! ” I w tym momencie, zołza usiadła na łóżku, śmiejąc się w głos. Widząc to roześmialiśmy się wszyscy, i mój zły nastrój minął w jednej sekundzie. Męża chciałam udusić ;) Całe szczęście, że ponownie szybciutko zasnęła.

Mała smarkula i mleko

Czasem mała miała coś w nosie, ale katarem nazwać się tego nie dało. Przez ponad rok udało się go uniknąć. Dobry i rok ;) Niestety, przyszedł czas, że i do nas katar zawitał. Córka, mając okazję pierwszy raz gościć w nosku tony smarków, nie czuła się komfortowo. Ewidentnie, dawała znać że bardzo ją to denerwuje… Wkurzała się przy wszystkim. Jeść nie mogła, ssać cyca nie mogła, nie wspominając już o spaniu… Pierwsza noc była okropna dla nas obydwu. Próbowałam pozbyć się gili z jej noska przy pomocy aspiratora. Był to najzwyklejszy aspirator z ustnikiem. Próbując wyssać jej wszystko z zapchanego nosa, ponosiłam porażki. Niewiele jej ulżyłam, jeżeli w ogóle o uldze można mówić, a umordowałam się przy tym niemiłosiernie.  Po tej nocy odstawiłam go w kąt,i nie zamierzam go więcej używać. Żal było mi córki … Ledwo oddychała, a dodatkowo, katar spływający niżej powodował krztuszenie się… Co zasnęła to się zakrztusiła, i tak całą noc.. Na szczęście, mamy to za sobą. Katar już poszedł w niepamięć. Znalazłam świetny sposób, by pożegnać tą nieprzyjemną dolegliwość. Po pierwsze zmieniliśmy aspirator. Kupiliśmy Katarek – pewnie każda o nim słyszała. Gdyby ktoś jednak nie wiedział co to takiego, szybciutko wyjaśnię. Katarek to aspirator, podpinany do odkurzacza, dzięki jego sille ssania, w mgnieniu oka smarki znikają z biednego noska. Wiadomo że nos podczas kataru trzeba opróżniać. Taki przyrząd jest konieczny w domu, zwłaszcza gdy mamy dziecko które, nie potrafi samodzielnie wypróżnić noska. Oprócz odciągania śpików, szukałam czegoś skutecznego by przyśpieszyć powrót do formy. Poradziłam się na jednym z forum dal młodych mam. Nie żałuję że tam zajrzałam. Zyskałam wiele informacji o maściach pod nosek, inhalacjach, wodach morskich itd… Z jednej porady skorzystałam. Pewna mama napisała o mleku kobiecym. Wiedziałam, nie jednokrotnie czytałam że ma niedoceniane właściwości, ale jakoś nie przyszło mi do głowy by go użyć. pokarm-kobiecy Być może niektóre z was pomyślą sobie, że na głowę upadłam. ;) Należę do grona matek karmiących piersią, postanowiłam spróbować. Pomyślałam, że mam możliwość to ją wykorzystam, jeżeli nie będzie efektów zawsze mogę polecieć do apteki po maść majerankową czy inny specyfik. Jako że lubię w życiu, czerpać z tego co dała nam natura, wzięłam się za leczenie kataru. Nie sądziłam że będzie to takie proste. Wystarczyło ściągnąć z piersi trochę mleka, i zakropić nim nosek dziecka na chwilę przed odsysaniem. Zabieg powtórzyłam kilka razy, niczym nie różnił się od zakrapiania wodą morską. Aaaaa…. Przepraszam! Różnił się. Gdy córka poczuła, że mama do noska wlewa mleczko, szybko się uspokoiła. Przy kolejnych zakrapianiach sama się nadstawiała :) Poprawa nastąpiła bardzo szybko, już następnej nocy mała spała dużo lepiej. Dwa dni później, nie było śladu po katarze. Przekonałam się osobiście że kobiecy pokarm to więcej niż tylko jedzenie. Cieszę się że „zaryzykowałam” i zaufałam naturze. Przy okazji sukcesu, zebrałam sporo informacji, na temat zalet mleka kobiecego. Ale o tym później. Tymczasem zachęcam wszystkie karmicielki do korzystania z możliwości natury.

Zdurniałam … O ja niedokształcona !

Gorączkowanie , ślinienie się , rozdrażnienie, spuchnięte i obolałe dziąsła oraz  gryzienie wszystkiego co pod ręką. Jest to dla mnie oczywiste. Dziecko ząbkuje więc nie ma się co dziwić .. W końcu wyrzynanie się zębów nie należy do przyjemnych. Miałam już okazję wspierać córę w tych niemiłych okolicznościach. Nie zdziwiła mnie wysoka temperatura, nie zdziwiły mnie jej humorki, ani gryzienie wszystkiego. Nawet kąsanie mnie po cycach, mimo że nie jest miłe, było dla mnie zrozumiałe. Swędzą dziąsła to, czasem trzeba coś przygryźć, nie ważne że mamę może zaboleć ;) Wydawało mi się że, o ząbkowaniu wiem wszystko… Dziś jednak zderzyłam się z okrutną rzeczywistością, która uświadomiła mi, że jednak tak nie jest. Mała od jakiegoś czasu była trochę nerwowa, złościła się w kółko, wyżywała na sobie… Gryzła mnie jak wściekła żmija. Źle sypiała a także gorączkowała… Pokazał się katar… Byłam pewna że może przechodzić skok rozwojowy i dlatego takie zachowanie. Niepokoiło mnie jej gorączkowanie i ten katar… Kiedy gorączkowała wybraliśmy się do lekarza .. Lecz ten, nic ciekawego nie znalazł. Powiedział jedynie że może być to trzydniówka. Od tamtego czasu ,minęło ok 2 tygodni gorączka zniknęła i nie przyniosła ze sobą żadnego choróbska. Od trzech dni mi smarka, nic poza tym się nie dzieje…  Znów zaczęłam martwić się że złapała jakiegoś wirusa. Dzisiaj w trakcie łaskotek, gdy mała śmiała się do rozpuku, zdurniałam. Gdy rozdziawiła paszcze błysnęło mi coś białego. Z niedowierzaniem  gilgotałam ją dalej… O rzesz kurka ! No niemożliwe ! Ja się patrzę, a tam, już całkiem spora górna czwórka :D patrzę na drugą stronę, a tam mega spuchnięte dziąsło…  Jakim cudem ? A gdzie trójki? Ja się pytam. Teraz się z tego śmieję ale wtedy byłam przerażona.  Co z trójkami, gdzie one się podziały ? A jak jej nie wyjdą ? itd. Spanikowałam trochę. Gdy mała zasnęła, a mi przeszła już ekscytacja dokonanym odkryciem ;) Spytałam wujka Google jak to jest w końcu z tymi zębami… I już wiem :) O ja niedokształcona ! Cały czas wydawało mi się że po dwójkach idą trójki i dopiero trzonowe.. A to niespodzianka ! No cóż, teraz będę już mądrzejsza. Wtedy też olśniło mnie… To gorączkowanie zapewne spowodowane było wyżynającą się czwórka. Te jej ciągłe humory, zwiastują kolejną. Ufff … Uspokoiłam się trochę. A już się bałam że w córkę wstąpił diabeł ;)  a to tylko ząbki. Dla ciekawskich, bądź niedokształconych jak ja ;)  zabkowanie

I odpaliła wrotki ;)

Nie pisałam o tym wcześniej. Moje dziecię zaczęło chodzić, za ręce, po skończeniu dziewięciu miesięcy. Wszystko wskazywało że, gdy skończy 11 miesięcy , będzie śmigać samodzielnie. Byliśmy tego pewni widząc jak lgnie do chodzenia i jakie stabilne  kroki stawia. Kiedy miała 11 miesięcy chodziła za jedną rączkę. Chodziła to chyba nieodpowiednie słowo, bo w sumie to ona biegała ledwo trzymając się za maminy palec. Tak ładnie i pewnie kroczyła… Wszyscy, wyczekiwaliśmy jej pierwszych samodzielnych kroków. Doczekaliśmy się, w 11 miesiącu pierwszy raz przeszła się od mamy do taty i na odwrót, i na tym koniec. Nastąpiła długa przerwa, mała nie zamierzała zrobić sama ani pół kroku…. Wiecznie domagała się ręki. A kiedy miała przejść pół metra by wziąć sobie zabawkę, płakała…Zaczęłam się martwić jej zachowaniem. Wiedziałam , wszyscy wiedzieliśmy że potrafi. Nie rozumieliśmy dlaczego nie podejmuje prób  by się w tej kwestii usamodzielnić. Usłyszałam nawet od brata, że tak sobie ją nauczyłam, chodząc z nią ciągle za rękę. Że jej tak wygodnie, cwana jest i woli z mamą niż sama się wysilać. Szukałam przyczyny jej oporności względem chodzenia… Po rozmowie z mamą , wyszło na to że córcia wdała się  we mnie… Podobno gdy miałam rok , umiałam już sama chodzić, lecz mimo to ciągle wyciągałam rączki, by ze mną chodzono.  Gdy to usłyszałam zaśmiałam się: ” no nie mów, że będzie z niej taki cykor jak był ze mnie ” . Przez całe dzieciństwo, starałam odwlec w czasie i bałam się wszystkiego co wiązało się z upadkiem , i bólem…  Wystarczyło że wywróciłam się dwa razy na rolkach, a rolki poszły w kąt na długi czas. Wzięłam pod uwagę, że może bać się upadku, oraz kiedy nie czuje się pewnie, to za żadne skarby nie ruszy nogą… Dałam jej czas, nie nalegałam na to by chodziła sama. Najbliższą rodzinę też upominałam, gdy próbowali na niej „wymusić” by się przeszła. Nie mogłam się doczekać, ale kiedy prosiła o rękę, dostała i dumnie kroczyłyśmy razem. Dzisiejszy dzień pokazał, że już chyba mogę się cieszyć. Po tak długim oczekiwaniu, mała wreszcie się przełamała i odpaliła wrotki ;) Byłam bardzo zaskoczona i bardzo szczęśliwa. Córka zaczęła przechadzać się, ode mnie do męża. Po czym poproszona o przyniesienie mi bucika, bądź innego przedmiotu robiła to z wielką radością. Po południu zaczęła spacerować po mieszkaniu. Robi to bardzo niepewnie i niesamowicie ostrożnie (widać że pod tym względem cała mama) ale sprawia jej to ogromną radość. Wczoraj zmieniliśmy małej butki. Mam wrażenie że jej decyzja o samodzielnym chodzeniu była częściowo spowodowana wymianą obuwia. Nowe papcie wydają się mieć lepszą przyczepność ;) Ale co tak naprawdę ją do tego przekonało , tego już raczej nie dojdę i nie zamierzam dochodzić. Najważniejsze że w końcu się odważyła. Będę miała  w najbliższym czasie za kim biegać. Aż się boję jak to teraz będzie  ;)

Co dla dziadków ? Czyli Dzień Babci i Dziadka.

Moi dziadkowie, już odpoczywają na chmurkach. Mimo że już ich nie ma, dylemat związany z świętem Babci i Dziadka pozostał. Zmieniła się tylko moja rola. Jako matka muszę zadbać, by dziadkowie mojej córy poczuli, że się o nich pamięta. Pytania typu : Co kupić ? Czym sprawić przyjemność ? Jakoś nie zaprzątały mi głowy. W prawdzie, nie byliśmy jeszcze u żadnych dziadków z życzeniami, ale drobny upominek już jest. Pomyślałam że skoro są to święta dziadków , to prezent powinien być od wnuczki. Nie ode mnie czy mojego męża tylko właśnie od wnuczki, niezależnie w jakim jest wieku. Mała ma dopiero trzynaście miesięcy, nie umie pisać, nie umie rysować. Mimo tego postanowiłam dać jej pole do popisu. Przygotowałam farbki ,oraz kartki papieru, wcześniej wycięte w kształt serduszka. Posadziłam córkę przy stoliku i najzwyczajniej w świecie, pozwoliłam jej pociapać się w farbkach. Mała bazgrała paluszkami po czystych kartkach i odbijała rączki. Sprawiało jej to frajdę. W efekcie tej świetnej zabawy powstały całkiem ciekawe laurki. Które mamy w planie dostarczyć, w najbliższym czasie, wszystkim dziadkom. Myślę że takie laurki, sprawią im naprawdę dużą radość. Bo chyba nie ma nic lepszego niż prezent wykonany własnoręcznie. A u Was Drogie Panie, jak wygląda święto dziadków ?   Jakie w tym roku macie pomysły, na sprawienie im choć trochę przyjemności ? dzien-babci-i-dziadka

Matka ! Weź Ty się wreszcie ogarnij !

Przed ciążą dbanie o dom, nie było dla mnie niczym trudnym. Zdarzało mi się mieć czasem bałagan. W ciąży natomiast, mieszkanie lśniło jak nigdy w życiu. Ze wszystkim sobie radziłam. Zawsze posprzątane, wyprane , wyprasowane, obiad ugotowany, zakupy zrobione. Wszystko ogarniałam i miałam jeszcze dużo czasu dla siebie. Mogłam sobie jeździć na jogę dla kobiet w ciąży, i spotkania z przyjaciółka. Czasu miałam pod dostatkiem. Ogarniam się już od roku i ogarnąć się nie mogę. Czuję się z tym faktem coraz gorzej. Zawsze wydawało mi się że, wszystko da się pogodzić i że, ze wszystkim sobie poradzę. Kiedy zaczęłam swoją karierę w macierzyństwie, nadal tak uważałam. Przez pierwsze trzy tygodnie, wspólnego życia z noworodkiem było ekstra. Chata czysta, obiad gorący, oboje z mężem wystrojeni. Chodziłam nawet niewiarygodnie wyspana. Wszystko to wraz z moim entuzjazmem, skończyło się. Małą dopadły kolki. Mąż w pracy, a na mojej głowie cały dom i płaczące dziecko. Nie było mowy o sprzątaniu, praniu a tym bardziej gotowaniu. Całymi dniami dziecko w ramionach i ciągłe szukanie sposobu na ulgę. Po takim dniu byłam tak wykończona że nie w głowie było mi sprzątanie. Wszystkie obowiązki domowe, miałam głęboko w d…. . Kolki minęły, i nadzieja że się od-sprzątam powróciła. Guzik…. Im córka starsza tym więcej uwagi potrzebowała. Żadne leżenie w łóżeczku nie wchodziło w grę. Leżaczki , bujaczki i inne wynalazki również odpadały. Krótko mówiąc, od trzeciego tygodnia jej życia, brakuje mi czasu na zajmowanie się domem. Prawie w całości poświęcam go na zaspokojenie jej potrzeb. Myślałam że będzie łatwiej wszystko pogodzić… Czasem myślę sobie, że jestem jakaś upośledzona, skoro nie potrafię ogarnąć domu, poprasować ubrań, znaleźć czasu dla siebie. Nie potrafię zrozumieć, jak robią to inne mamy. Lśniąca chata, i szczęśliwe dziecko ? To chyba dla mnie, nie do osiągnięcia. W ciągu dnia, mam co robić przy małej. Poza ugotowaniem jakiegoś sensownego obiadu, trudno o czas na cokolwiek innego. Wstyd się przyznać, ale gdy już zrobię pranie to czasem kisi się w pralce dzień lub dwa… W kuchni wiecznie zbierają się brudne gary… Masakra… Jakoś nie wyobrażałam sobie że będzie ze mnie aż tak nieperfekcyjna pani domu. pani-domu Nie wiem z czego to wynika … Być może brak mi organizacji. Być może z tego że, od początku muszę radzić sobie sama. Nie mam do pomocy żadnej babci, mąż wiecznie pracujący. Wszystko na mojej głowie. Mimo tego że wiedziałam jak będzie, byłam pewna że sobie poradzę. Czasem dostawałam porady typu: Wsadź mała do łóżeczka , zasyp zabawkami niech się pobawi sama a Ty będziesz miała czas na ogarnięcie chaty. Porada fajna. Chciała bym by tak było. Moja córka nie pobawi się sama. Zdarza jej się to raz na jakiś czas, zdecydowanie za mało by można było mówić o czasie na sprzątanie. Ledwo wystarcza go na obranie warzyw do obiadu. Oczywiście mogła bym wsadzić małą do łóżeczka na godzinę i zabrać się za porządki. Niestety wiąże się z tym straszny lament… Nie znoszę jej płaczu, zwłaszcza gdy próbuję coś zrobić. W takich momentach krew mnie zalewa, nie jestem w stanie kontynuować tego co zaczęłam. Robię się zbyt nerwowa i odbija się to na relacjach z wszystkimi. Ostatnio nawet nakrzyczałam na swoją mamę, zadzwoniła w nieodpowiednim momencie. Codziennie próbuję przywrócić mieszkanie do stanu używalności i utrzymać go w nim jak najdłużej.. Rzadko kiedy wychodzi …Mam szczęśliwe dziecko i bałagan w domu, albo zapłakane dziecko, mniejszy bałagan w domu i górę nerwów.  Nie wiem czy tylko ja jestem taką ciapą życiową ? Mam nadzieję że się w końcu ogarnę, i wypracuję jakiś system. Pogodzić to wszystko to moje marzenie. Jak Wy to robicie ? Macie jakieś skuteczne sposoby ?

Sikam sobie

Miesiąc temu, kupiliśmy nocnik. Zakupu dokonaliśmy, z myślą powolnego przyzwyczajania córki do tego wynalazku. Nie było jednak powolne. Gdy tylko dowieźliśmy go do w domu , po prostu zaczęliśmy ją na nim sadzać. Nasz pośpiech wynikał z ciekawości. Jak będzie się zachowywać, gdy ja posadzimy ? Czy zrobi siku ? Czy w ogóle, zaczai o co w tym chodzi ? itd. Na początku mała wcale nie chciała na nim siadać. Czasem nawet się denerwowała. Zdecydowanie bardziej interesowała ją zabawa nowym przedmiotem. Całkiem nieźle się bawiła, wciskała do niego wszystko co miała, łącznie z własną głową. Z czasem zainteresowanie nocnikiem jako zabawką, zeszło do minimum. Po ok 2 tygodniach prób posadzenia dziecka, udało się ją przekonać. Pewnie wiele z Was pomyśli sobie: „Oszalała, roczne dziecko już na nocnik ? ”  lub „jeszcze sama nie chodzi, a już mordują ją nocnikiem”. Każda ma prawo do swojego zdania.                                           sikam-sobie Osobiście uważam że, na naukę samodzielności nigdy nie jest za wcześnie. Rozpoczęliśmy uczenie córki dość szybko, ale nie czuję by było to coś niewłaściwego. Wręcz przeciwnie od kilku dni dostrzegam drobne efekty. Często zaczyna się interesować nocnikiem, np próbując na niego wchodzić. Po posadzeniu okazuje się że chciała siku. Gdy zapytam ją w ciągu dnia: Chce ci się siku ?, Zrobimy siku do nocniczka ? Kiwa główką, i gdy już ją posadzę robi siku. Nie są to może duże osiągnięcia, i daleko do samodzielności.  Lecz dla mnie mamy, jest to duży skok w przód i dowód na to że 13-miesięczne dziecko, jest wstanie podołać wcześniejszej nauce wołania za potrzebą. Po cichu liczę na to , że w wakacje będziemy latać bez pieluszki. Zachęcam Was drogie mamy do próbowania. Myślę, że warto dać dziecku szansę wcześniej. Krzywdy w ten sposób im nie zrobimy.

Z życia roztrzepanej matki ;)

Dzisiaj, jak w każdy inny dzień, wybrałyśmy się na spacer. Przeważnie wychodzimy przed obiadkiem. Robimy tak, by mała trochę pooddychała świeżym powietrzem , i po powrocie miała większy apetyt. Dziś jednak było odwrotnie, najpierw obiadek, później spacerek. Córka w trakcie i po obiadku, była strasznie marudna. Ciężko było zebrać się na spacer, słychać było tylko darcie… A ja, mama tej rozdartej „małpki” robiłam wszystko, żeby wyjść jak najszybciej nie zapominając o niczym. No i prawie się udało :) Ubrałam siebie i mała jak należy, spakowałam picie i przekąskę na drogę. Gdy byłyśmy gotowe wyszłyśmy na spacer. Chodziłyśmy sobie beztrosko tu i tam. Kiedy zdecydowałyśmy się wrócić do domu, czekała mnie niespodzianka. W momencie zorientowałam się o czym zapomniałam przed wyjściem z domu…. Otóż roztrzepana mama nie schowała obiadu do lodówki. Dokładniej mówiąc, przyszykowałam wcześniej obiadek dla męża. Zostawiłam w kuchni na blacie. Mąż po powrocie miał go odgrzać w mikrofali , ale już nie odgrzeje , bo nie ma co… Nasz kochany psiak, spałaszował wszystko co najlepsze, zostawiając jedynie ziemniaki :D Nie mogę się doczekać, aż mąż wróci z pracy.  Już widzę, jaką będzie miał minę, kiedy mu powiem:  ” Kochanie nie masz dzisiaj obiadu, Twoją porcję zjadł pies ” Obstawiam, że będzie bardzo zadowolony ;)

Uwięzione …

Trochę mało rozrywki mamy, w naszym wspólnym życiu. Zmieniło się wiele, odkąd jestem mamą. To moje matkowanie, wiąże się z ciągłym siedzeniem w domu. Pisząc „ciągłym” mam na myśli to, że bardzo rzadko się gdzieś ruszamy. Nie chodzi mi tu o spacery , wyjścia do sklepu , czy odwiedziny jednej lub drugiej babci.  Te atrakcje zaliczam do matczynej codzienności. Nasz areszt, nie jest spowodowany córka, ani tym że karmię piersią. Bo ani ona, ani sposób karmienia nie jest tu problemem.  Stanowi go fakt, że mieszkamy na wsi. Wieś ta, nie należy do tych zabitych dechami… Leży w pobliżu miasta i jest dość dobrze zurbanizowania.  Zawsze dobrze mi się tu żyło… Lecz teraz dopiero, dostrzegam jej duży minus. Oprócz placu zabaw , nie mamy nic z czego można było by skorzystać, wraz z małym dzieckiem. Im dłużej jestem mamą , tym bardziej to mi przeszkadza. Bycie z córka codziennie prawie 24/h na dobę, stało się moim stylem życia. I jak na razie nie wyobrażam sobie bym „odcięła tę pępowinę” i pojechała sama gdzieś na dłużej. Dlatego tak bardzo, przeszkadza mi fakt, że w miejscu naszego zamieszkania nie ma nawet głupich zajęć, dla mam z niemowlakami. Nasza codzienność jest dość monotonna. Spacery , zakupy , odwiedziny, zabawa w domu …  Czasem bokiem mi to wychodzi. Strasznie mi się marzy by regularnie uczestniczyć, czy to w jodze, czy innej gimnastyce wspólnie z córcią. Teraz pewnie, pojawia się Wam pytanie : ” Skoro ma blisko do miasta , czemu nie pojedzie z dzieckiem na zajęcia ? W mieście jest ich przecież dużo „.  Wiele osób mi to mówi. Dla nich to takie proste…. Dla mnie już nie jest to taki pikuś. Do najbliższego miasta (w pobliżu są trzy) mam zaledwie pół godziny. Nie jest to długo … Niejednokrotnie, myślałam o tym by wziąć małą , wpakować do busa i jechać się rozerwać ! Kończy się głownie na myśleniu … Od tego pomysłu, szybko zniechęcają mnie trudności,  z jakimi będzie się wiązać wspólny wypad. Między innymi : Pół godziny w busie, na moich kolanach mała nie wysiedzi. Busy często zatłoczone.. Jak ja się wepcham do busa ? Ze spacerówką, z rocznym niechodzącym samodzielnie maluchem i torbą z wyprawka dla niego ? To chyba nie realne …  Znajomi słysząc jak czasem sobie marudzę, mówią: ” Przecież macie samochód, nie możesz po prostu zabrać kluczyków i ruszyć w drogę ? ” To wydaję się takie łatwe do zrealizowania… Owszem, mamy samochód, ale jeden, który jest narzędziem pracy mojego małżonka. Maż prowadzi własna firmę. Ma na tyle dużo pracy, że gdy wyjedzie z domu rano, wraca wieczorem… Czasem zdarza mu się luźniejszy dzień, tj 2-3 godzinki i po pracy. W taki dzień teoretycznie, mogłybyśmy wpakować się z córcią, i w tym czasie zaliczyć jakieś ciekawe zajęcia.  Niestety tak jak piszę teoretycznie, w praktyce nie jest tak różowo. Gdyż niejednokrotnie zdarzało się, że nagle wypadła mu jakaś awaria lub ważne zlecenie. Zamiast wrócić zaraz do domu , pojawiał się w nim dopiero wieczorem. Więc zabieranie się z mężem odpada , bo to wielka loteria. Wrócimy do domu tuż po zajęciach, lub będziemy się włóczyć cały dzień po mieście czekając na tatę. Po roku macierzyństwa, zaczęłam czuć się jakby uwięziona. Brak drugiego samochodu i uzależnienie od męża, daje mi się teraz we znaki. Pozostaje, kupić sobie jakieś jeździdło, lub nie patrząc na nic, zabrać się na wyprawę busem. Może obie jakoś to przeżyjemy i nie będziemy miały dość, na najbliższe kilka miesięcy.  W każdym razie muszę coś z tym zrobić. Inaczej zwariuję.

uwiezione

Już się nie podoba.

Ostatnio pisałam , jak bardzo moja córa lubi czytać. Zapał do czytania nadal ma duży. W tej kwestii nic się nie zmieniło.  Natomiast, niespodziewanie pokazał się nam, mały problem. Mały, a potrafił zmienić wszystko. Do tej pory córcia gustowała w wierszykach, bardzo chętnie ich słuchała. Z tego też powodu, nasza biblioteczka składa się w osiemdziesięciu procentach z różnych rymowanek. Wczoraj czytanie zrobiło się dużo mniej przyjemne. Już mała nie podrzuca mi książeczek, jak to miała w zwyczaju. Siedzi obok , lub na moich kolanach i czeka aż jej coś przeczytam. Gdy biorę do ręki książeczkę proponując, właśnie tą do przeczytania. Ona kręci głową…  Biorę więc kolejną, zaczynam czytać. Ledwo otworzę , mała wydziera mi ją z ręki. I tak w kółko.  W końcu zbulwersowana składam książeczki. Wtedy zaczyna się płacz… Eh … W tym momencie zdurniałam … O co chodzi pytam ? A ta krzyczy „da ! ” , „da ! ” . Więc siadam i próbuje czytać dalej… Historia się powtarza.  Przez dłuższą chwilę, nie mogłyśmy dojść do porozumienia. W końcu mówię do córki : Wybierz sobie książeczkę. Którą mam Ci przeczytać ?  Mała szuka i szuka. Zaraz wpada w złość i rzuca nimi gdzie popadnie. Więc, już w desperacji, zaczęłam pokazywać dziecku każdą po kolei pytając: Tą Ci przeczytać ? Moje pytanie, spotykało się z odmową , ciągle tylko kręcenie głową. Nie rozumiałam, czego ona chce ode mnie. Niby słuchać chciała. Przyszło co do czego bardzo się wkurzała. W końcu odgrzebałam kilka książeczek, takich co dotąd nie lubiła i zawsze odrzucała. Jak je zobaczyła, to się ucieszyła. Zaczęłam więc czytać, a ona w końcu chciała słuchać. Wtedy zrozumiałam, o co tutaj chodzi. Małej repertuar już się nie podoba. Ulubione wierszyki poszły do lamusa.. Mimo chwil niezrozumienia, bardzo tym się cieszę. Wreszcie, poczytam coś nowego. Najwyższy czas, na zmianę naszej  biblioteczki !