Syrop na „zmartwienia” ;) Wystarczy trochę chęci… I gotowe !

     Niecały tydzień temu, pisałam o zmartwieniach które ciągle powracały...Czytaj tutaj. Przeszłyśmy długa i stresującą drogę . Ale … Ale, wreszcie się udało wyrwać złej passie. Jak ?  Pomógł nam w tym syrop z czosnku. Niby to nic takiego, a dał nam spokój. Nareszcie mogłyśmy odetchnąć z ulgą .

        Na prośbę jednej z moich czytelniczek, umieszczam przepis. Nie jest czasochłonny, i bardzo prosty w przygotowaniu. Potrzebujesz trzech składników i kilku minut .

        Do przygotowania syropku potrzebujesz:

  • kilku (3-4) ząbków czosnku
  • 2 cytryny
  • miód, 2-3 łyżeczki

        Czosnek mocno rozgniatamy(najlepiej praską) , wsypujemy do małego słoiczka. Następnie, zalewamy świeżo wyciśniętym sokiem z cytryn i dodajemy 2-3 łyżeczki miodu. Mocno mieszamy, aby cały miód się rozpuścił. Odstawiamy do lodówki. Po dwóch dniach, można śmiało brać się za konsumpcje. Podawać 3 razy dziennie po łyżeczce.

      Niżej, podam drugą wersję tegoż specyfiku. Osobiście, tą preferuję. Jest zdecydowanie mocniejsza, trochę ostrzejsza w smaku a także dużo słodsza. Ma to swoje plusy. Wystarczy brać jedną łyżeczkę dziennie , co w przypadku podawania mojej córce, ułatwiło sprawę. Nie musiałam jej gonić trzy razy dziennie, przekonując do otworzenia buźki.  Przygotuj:

  • 8 ząbków czosnku
  • 2 cytryny
  • miód

      Postępuj analogicznie jak w przepisie pierwszym, z małym wyjątkiem. Dodaj tyle miodu ile trzeba by „przełamać ” wyjątkowo ostry smak. Wymieszaj , odstawa do lodówki. I gdy będzie gotowy spożywaj raz dziennie po łyżeczce.

       Po odstaniu, syropek można przecedzić, aby pozbyć się kawałków czosnku. Jeśli , czosnek został dobrze rozgnieciony, odcedzanie staje się zbędne… Przed podaniem warto wstrząsnąć ;) Gotowy syropek przechowuj w lodówce, ok tygodnia.

     Warto dodać że, czosnek w medycynie naturalnej, jest bardzo cenionym naturalnym antybiotykiem. Idealnie sprawdza się przy wszelakich infekcjach , oraz skutecznie podnosi odporność.  Spróbuj ! Myślę że , będziesz zadowolona.

Rozmowy z Tobą to niezła frajda ! <3

Kiedyś, gdy byłaś jeszcze taka malutka:

    Kiedy dużo spałaś.

    Kiedy zaczynałaś gaworzyć

    Kiedy powiedziałaś pierwsze ” ma – ma”

    Kiedy stawiałaś pierwsze kroki

    et cetera , et cetera…

Nie mogłam doczekać się, aż będę mogła z Tobą porozmawiać. Tak naprawdę, porozmawiać :) Było to dla mnie, niczym marzenie… W tej chwili, masz 26 miesięcy… I patrząc z perspektywy czasu… To. Teraz nie mogę uwierzyć że, to wszystko tak szybko zleciało… Zostało tylko wspomnienie… A Tobie słoneczko, buzia się nie zamyka :) Potrafisz gadać non stop. Niejednokrotnie, udaje Ci się mnie zagiąć :

    Dzień po mikołajkach. Budzisz się, przecierasz oczy. Siadasz i z rozłożonymi rękoma mówisz:

  ” - Nie ma Mikołaja. Nie mam prezentów „

 

    Rysujemy:

      - Córeczko , kochasz mnie ?

         Cisza …

       - Słonko,  kochasz mnie ? Bo ja Cie bardzo kocham ..

        Cisza… Nie podnosisz nawet głowy, znad kartki .

        - Córuniu , powiedz mi … Kochasz mnie ?

        - Mamo , nie ma czasu. Rysuj ! „

 

    Malujemy farbami. Tłumacze Ci, dlaczego nie mogę wycisnąć Ci wszystkich farb naraz .

      ” - Mamo bądź ciepiwa.

        - yyyy…

          Malujemy dalej… Wręczasz mi pędzel:

        - Chcesz malować tym.

        - Dobrze, mogę malować tym.

          Wręczasz mi inny pędzel:

       - Nie tym. Chcesz malować tym. Bądź ciepiwa mamo.

       - Jestem cierpliwa córciu.

       - Bądź ciepiwa. Ciepiwa bądź mamo.

       - Jestem cierpliwa. Córciu . Jestem naprawdę cierpliwa.

       - Bądź ciepiwa znowu

       - yyyy … „

 

    Śpiewam sobie: „była sobie żabka mała … ”  Ciebie też próbuję zachęcić do śpiewania. Nie masz ochoty, nie reagujesz na moją zachętę. Po czym mówisz :

       ” - Nie piewaj już mamo. Brzydko piewasz . Nie piewaj. „

 

    Pewnego dnia, pozwoliłam sobie na trochę słodkości… A że czułam niedosyt, chciałam się delikatnie mówiąc, dobrać do Twoich smakołyków, które wcześniej nałożyłam Ci do miseczki.

      ” - Córeczko ? Dasz mamusi ciasteczko ?

        Cisza

       - A może, dasz mamusi to ptasie mleczko ?

        Cisza

      - Córcia, To mogę to ciasteczko ? Dasz mi ?

      - Mamo, bądź grzecna. Nie jedz ciastecek .

      - yyyy …

      - Pilnuje.

     - yyyyyy….. „

Niezmiernie dużo radości, sprawiają mi takie dialogi  :) Wiem, że będzie ich więcej , jeszcze niejednokrotnie rozłożysz mnie na łopatki … Fajnie!  Choć dzisiejsze Twoje słowa rozczuliły mnie wyjątkowo… I póki co nic ich nie przebije ;)

 

      Przytuliłaś się i :

      „ - Kocham Pcie

        - Też Cię bardzo kocham, córeczko .

        - Kocham Pcie… Dam buziaka, małego ! „

          Cmok :* <3

Nowy rok ? Nowe wyzwania ? … Za takie dziękuję !

Cześć :) Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku… Żeście szczęśliwie wkroczyli w nowy rok, a przede wszystkim , żeście zdrowi :) Niestety , ja nie mogę pochwalić się dobrym początkiem nowego roku… Ba ! Nie mogę też pochwalić się zakończeniem starego…  Krótko mówiąc , od początku grudnia ciążyła na nas jakieś fatum… Cholerstwo… Zaraza… Nie szło się tego pozbyć  :cry:

Zastanawiacie się pewnie, o co chodzi ? O zdrowie . O zdrowie moi drodzy… Odkąd młoda uczęszcza do żłobka, częściej choruje.. Normalne. Powiecie, tak to już jest.. Musi się wychorować …. Musi się uodpornić. Przygodę ze żłobkiem rozpoczęła z końcem września… Chodziła w kratkę… Ogólnie wyglądało to tak : dwa tygodnie z ciociami , tydzień/dwa w domu… Co chwilę jakiś katar… Co chwilę jaki kaszel … Raz zapalenie oskrzeli… Poza tym zwykłe infekcje wirusowe…  Niby nic takiego…

A jednak … Co się wyleczyła , zaraz coś złapała.. Tak do grudnia. Aż się całkiem posypała. Tan ostatni miesiąc w roku, zaczęliśmy od niegroźnej infekcji … Tylko katar i kaszel ( od kataru, osłuchowo czysto ) Więc , nebulizacje , czyszczenie noska , smarowanie maścią majerankowa,  witaminka C , syropek itd… Siedziałyśmy w domu… Mała wyzdrowiała, na 3 dni przed świętami ,wróciła wśród dzieci. W  święta pokazał się lekki katar, a w drugi dzień świąt gorączka… Ach… Więc do ambulatorium !

Na miejscu, pan doktor stwierdził „rozpoczynające się obustronne zapalenie uszu”.  Córcia dostała antybiotyk… I wróciłyśmy, do domu, leczyć się dalej… Dwa dni później gorączki nie było. Cieszyłam się . W końcu, mogłam spać spokojnie. Nie długo … Trzy dni później, 39 stopni … Znów wypadło na wolne od pracy… Znów opieka całodobowa… I ten sam lekarz.  Tym razem, nie potrafił powiedzieć co się dzieje.. Skąd ta gorączka ? Zlecił badania: mocz,  morfologię i CRP , a także zalecił kontynuować antybiotykoterapię… Więc cóż nam pozostało ? Zastosowaliśmy się do zaleceń lekarza, szybciutko zrobiliśmy badania i umówiliśmy się na najbliższą wizytę u pediatry.

             U pediatry , złe wieści … Wysokie CRP = Szpital … Dziecko trzeba leczyć dożylnie… Eh… No nic .. Spakowaliśmy się do auta i długa do najbliższego szpitala.. Tam zrobiono dokladniejsze badania  i okazało się ( jak stwierdził laryngolog) że, ” To nie od uszu, uszy zdrowe”  Zrobili RTG klatki piersiowej… Wyszły jakieś zagęszczenia w płucach , podobno nie do wysłuchania…  Nasz pobyt na oddziale, na szczęście nie był zły, niczym nie przypominał tego o którym opowiadałam TU. Było całkiem miło . Choć w czasie pobytu młoda złapała jakiegoś wirusa i trochę ja wymioty i biegunka wymordowały. Ale gdy wszystko było dobrze, wyniki badań wróciły do normy , wróciłyśmy do domu. Cieszyłyśmy się bardzo, że mamy już wszystko za sobą :)  Taaa … Tak mi się wtedy wydawało..

               Kilka dni  po hospitalizacji, ni stąd ni zowąd pojawił się mokry kaszel… Nie namyślając się ani chwili wybrałam się z młodą do lekarza..  Pani doktor zaleciła inhalację .. No ale to nic nie dało, dwa dni później mała straciła apetyt, a wieczorem dostała gorączki… Mało tego… Nie mogła zasnąć ,  Co chwilkę płakała, jednocześnie łapiąc się za lewe uszko… Przez myśl mi przeszło tylko ” kur… , Znów to samo ? Znowu będziemy leczyć uszy? ” Pełna smutku , zagoniłam męża aby poszedł odpalać auto, ubrałam małą i po raz enty ( znów weekend) obraliśmy kurs do ambulatorium.. Pani doktor dyżurująca, wysłuchała „naszej historii ” obejrzała dziecko , osłuchała itd .. W końcu padła diagnoza , nie zgadniecie . Zapalenie ucha …To zabrzmiało jak wyrok. Cóż… Trzeba było wziąć to na klatę i zmierzyć się z tym choróbskiem raz jeszcze… Żal było mi córki… I strasznie bałam się żeby nie doszło do konieczności ponownej hospitalizacji… Pani doktor , przepisała antybiotyk , kropelki do uszu, i parę innych specyfików, które były dla mnie nadzieją.. Może śmiesznie to brzmi, ale tak ! Były nadzieją na to że w końcu pożegnamy się z tym przeklętym „fatum” .

         Antybiotyk zadziałał, kropelki też swoje zrobiły :) Córka wróciła do siebie , zaczęła normalnie jeść , a ja poczułam ulgę …. Gdy antybiotyk się skończył, ogarnoł mnie strach przed kolejną infekcją… Tak dużo przeszłyśmy w ostatnim czasie i obie byłyśmy już tym wszystkim zmęczone… Bu uchronić córcie przed kolejnym paskudztwem, mimo już „dobrej formy” postanowiłam ją przetrzymać w domu tydzień… Natomiast o żłobku nie było mowy… Stwierdziłam że nie puszczę jej tak szybko po chorobie… Chciałam jakoś wzmocnić jej odporność. Szukałam sposobu i chyba znalazłam.  Syrop z czosnku ! Na szczęście czosnku Ci u mnie dostatek :) Zrobiłam miksturę , zaczęłam małej podawać 1-3 razy dziennie… I mam wrażenie. Ba, nawet jestem pewna że pomogło ..  Idzie już trzeci tydzień jak pijemy (  Postanowiłam pić razem z nią , by dodać jej otuchy. Syropek jest niezbyt smaczny) i młoda nie ślipie nawet noskiem. Od tygodnia zażywamy świeżego powietrza … Ale do żłobka jeszcze nam się nie spieszy… Dwa miesiące siedzenia w domu… Wyjścia tylko do lekarza i z powrotem… Za bardzo dało nam się we znaki… Myślę że jeszcze troszkę poczekamy, zanim wrócimy wśród dzieci .

O tym , jak młoda olała maminego cyca ;)

                    Jestem ! Udało się ;) Mam wreszcie chwilkę… W poprzednim poście , jakieś dwa tygodnie temu ( Boże , jak ten czas szybko leci … ), obiecałam że coś Wam opowiem. Korzystając z chwili „luzu” postanowiłam dotrzymać słowa…  Więc , posłuchajcie :

                    Planowałam karmić piersią. Stwierdziłam , że rok będzie optymalny… Założenie moje zrealizowałam, choć nie do końca… Miął rok…. Odstawienie poszło w niepamięć. Czasem, tylko przebąkiwałam do męża ” Pasuje ją zacząć odstawiać .Już na tyle dużo je, że spokojnie można spróbować „. Tak , tak ;) Takie moje gadanie … Jedyne co zrobiłam, a w zasadzie samo się zrobiło, to pozostawienie karmień nocnych. Natomiast w dzień, córa rozkoszowała się zawartością lodówki ;) I tak pozostało… Minęło jeszcze pół roku, nic się nie zmieniło. Jak mówiłam o zakończeniu karmienia, tak mówiłam nadal… I oprócz mojego paplania, nie podejmowałam żadnych działań . Prawdę mówiąc , było mi dobrze tak jak jest. Córcia spała z nami , kiedy się przebudziła dostała cyca i robiła swoje. Ja natomiast mogłam spać dalej :)

             Wreszcie przyszedł czas na zmiany… Choć sama chciałam podjąć tą decyzję, nie ja o nich zadecydowałam. Był to dla mnie szok… Nie bardzo wiedziałam co się dzieje… Kruszyna skończyła 19 miesięcy i z dnia na dzień, jej zachowanie w stosunku do maminego cyca, zmieniło się nie do poznania. Zawsze gdy kładłyśmy się spać, mała piła mleczko. Kiedy brzuszek był już pełny, przytulała się do mnie i zasypiała…. Nastąpił ten moment, i nasz rytuał poszedł w odstawkę. Zdurniałam całkowicie :) Gdy próbowałam córce podać pierś , wbijała w nią zęby … Pokąsana , tłumaczyłam jej że mnie to boli .. i żeby tak nie robiła.. Po krótkiej rozmowie , podjęłam jeszcze kilka prób.. Każdorazowo kończyło się to odciśniętymi zębami… Wrrr… Jak sobie przypomnę , ciarki mnie przechodzą.. Byłam rozbita, niezbyt wiedziałam co się stało. Gdyż do tej pory mała ssała z chęcią. Pomyślałam : Przeczekam.. być może coś zjadłam , co zmieniło smak pokarmu… Nie wpadłam nawet na to, że może już nie chcieć. Sytuacja , powtórzyła się jeszcze przez kolejne dwa wieczory. Zdezorientowana tym wszystkim, doszłam do wniosku, że nie będę jej wciskać cyca na siłę. Zaczęłam podawać kruszynie przed snem wodę, ciągle wypatrując sygnału… Sygnału się nie doczekałam..

                Nasze bez-cycowe usypianie, wydłużyło się. Córcia grzecznie leżała ze mną , piła wodę, słuchała bajeczek lub kołysanek i powolutku zapadała w sen… Cieszyłam się , że zostało chociaż karmienie w środku nocy.. Nie trwało to jednak długo.. Po kolejnych dwóch nocach, historia powtórzyła się . Gdy, zaspana, ledwo kontaktująca, po raz kolejny poczułam zęby na piersi, doznałam olśnienia. Podałam małej kubeczek z wodą, napiła się i w mig zasnęła… Następnej nocy , nie obudziła się wcale… I tak przez kilka kolejnych .

               Nie wiedziałam , czy się śmiać , czy płakać…Zastanawiałam się, czy coś jej nie dolega… Nie do końca dopuszczałam do siebie myśl że, się sama odstawiła… Czytałam sporo opinii doradców laktacyjnych o samo-odstawieniu, lecz wszędzie podawano informacje, że następuje to zazwyczaj u starszych dzieci.  Piersi mi pękały, a mała miała gdzieś… Myślałam, że może jeszcze zechce.. Naczytałam się różnych historii. Np: Matka nie karmiła dziecka dwa tygodnie , zwyczajnie nie chciało, po dwóch tygodniach syn się upomniał i wrócili do karmienia. Lecz takie zdarzenie nie miało u nas miejsca. Zasięgnęłam więc opinii jednego z doradców laktacyjnych, opisałam cała sytuację. Wspomniałam też , że próbowałam podać córce w kubeczku, ściągnięte mleczko. Lecz, gdy mała poczuła jego smak  , wylewała na podłogę. Po rozmowie z fachowcem, nie pozostało mi nic innego jak pić szałwie , nie dopuścić do zastojów, a przede wszystkim uszanować decyzję dziecka ;)

              Karmiłyśmy się dziewiętnaście miesięcy. Piękne dziewiętnaście miesięcy. <3

Ach … to życie …

           Cześć ! Pamiętacie mnie jeszcze ? Ktoś tu w ogóle zagląda ? Ktoś za mną zatęsknił ? Dałam ciała po całości … Niechętnie się przyznam ale, mimo moich zamiarów , mimo moich planów, odstawiłam bloga . Zupełnie go olałam …. Wstyd ! Wstyd , jak cholera, bo przecież jak się na coś zawezmę  to się tego trzymam… Chyba powinnam napisać : „trzymałam „.  Tak było jak nie miałam dziecka . Teraz , to życie i niespodzianki jakie ze sobą niesie weryfikują moje plany.

         Nie zaglądałam tu od lipca.  Działo się , działo !    W tym czasie doszło między innymi  do:

  • Samo-odstawienia córci od piersi – (temat na kolejna moją notkę)
  • Podjęcia decyzji, o posłaniu kruszyny do żłobka.
  • Wielu żłobkowych „efektów ubocznych”
  • Ciągle nawracających przeziębień i innych niepożądanych infekcji …
  • Postawienia ścian nośnych naszego wymarzonego domku
  • Dużego, bardzo satysfakcjonującego postępu w rozwoju dziecka.
  • Narodzin, nowego członka rodziny . Tak ! Kruszynka ma nowego kuzyna ;)

           Tak wiele się wydarzyło… Tak wiele, chciałabym Wam opowiedzieć… Mam nadzieję że za kilka dni , pojawi się kolejna notka.  Trzymajcie kciuki by się to udało. Bo życie , zwłaszcza młodych rodziców , zaskakuje i toczy się własną ścieżką. Niejednokrotnie krzyżując i uniemożliwiając realizację planów.

Natury nie oszukasz… Natury nie okiełznasz !

Nawiązując do mojego wcześniejszego wpisu, o empatii i nie przyczynianiu się do krzywdy innych, pragnę przedstawić Wam krótki filmik . Idealnie tłumaczy czym jest natura … Pokazuje też , że nam ludziom, tylko wydaje się że mamy nad nią kontrolę . W rzeczywistości tak nie jest… I dobrze ! W przeciągu tych kilku minut, zobaczysz, dlaczego nie powinniśmy chodzić do cyrku. Mimu wielu zapewnień, o dobrym traktowaniu zwierząt itd… przekonasz się , że są one nieszczęśliwe… Ich sytuacja zmusza je do walki. Żadne zwierze nie atakuje, gdy czuje się bezpiecznie….Natomiast cyrk… Nie jest miejscem dla dzikich zwierząt. To co zrobiło to stworzenie, było najzwyklejszą obroną … Myślę, że każdy z nas w takiej sytuacji zachował by się tak samo .. Korzystając  z tego typu rozrywek, narażasz się (często też własne dzieci ) na utratę zdrowia , lub życia. Pomyśl… Co by było gdyby to zwierzę wydostało się z areny ? Ty tylko oglądasz. Ale również możesz być poszkodowany.

Jak to ojciec z matką wystrzelili dziecko w kosmos ;)

Nie tak dawno temu, gdy córka już zasnęła, ojciec z matką również się wyłożyli. Z racji tego że śpią z dzieckiem, leżeli sobie w trójkę na dużej wersalce. Kruszynka jak zawsze pod ściana . Wylegują się i rozmawiają. To o tym . To o tamtym . Żartują, śmieją się, wygłupiają…

Po chwili, obydwoje wpadają na świetny pomysł . Łaskotki ! Tak to jest to – myślą.

No i zaczęło się .. Tuż obok grzecznie śpiącego dziecka rozbrykani rodzice. Zaciskali usta, by nie narobić hałasu. Łaskotki przerodziły się w walkę …

Nie będziesz mnie tak trzymał ! Spadaj ! – mówi mama.

Spróbuj się uwolnić – śmieje się tata.

Więc mama walcząc o dominację, w tej jakże odpowiedniej do wieku zabawie , próbowała szczęścia. W ten oto sposób, niewinne łaskotki przerodziły się w przepychanki. W niedługim czasie…

Mama zyskała przewagę. Postanowiła, zepchnąć ojca z łóżka.

Zaraz spadniesz – mówiła – nie będziesz ze mną zadzierał !

No i udało się … Zepchnęła ojca… Ale … Ale ten pociągnął ją za sobą. Niby nic takiego. Przepychali się to spadli… Nie przewidzieli jednak jednego…

W momencie zsuwania   się z wersalki, ta się przeważyła . Strona, na której beztrosko spała Kruszynka, gwałtownie się podniosła… Eh .. Wyglądało to tragicznie …Maleństwo wystrzelone z procy…

Na szczęście rodzice, w tej wciągającej zabawie, zachowali resztki świadomości…Rzucili się w kierunku maleństwa… W odpowiednim momencie, złapali dziecko. Po czym odłożyli (o dziwo śpiącą córę ) w miejsce w którym zasnęła. Zszokowani tym niespodziewanym zajściem, szybko wskoczyli pod kołdrę. Natychmiast zapomnieli o dalszych figlach ;)

Chcę byś miała co wspominać …

Dzisiejszy wpis, ma zupełnie inny charakter niż poprzednie. Jest wyjątkowy… Jest kierowany bezpośrednio do Ciebie.. Do Ciebie moja Kruszynko !

Masz 1,5 roku. Jesteś bystra, wesoła, wszędobylska. Mnie Twoją mamę rozpiera duma, że mam tak bardzo ciekawą świata córcie. Widząc Twoja radość, z poznawania nowości, przypominam sobie własne dzieciństwo. Jednocześnie umacniam się w swoich przekonaniach…. A przede wszystkim w jednym : ” Dziecko musi wszystkiego dotknąć, spróbować. Dziecko musi się wybrudzić. „

Dziś pisząc do Ciebie… Chcę Ci powiedzieć : Córeczko , tak trzymaj !

  • Baw się kamieniami
  • Grzeb ręką w ziemi
  • Jedz owoce prosto z krzewu
  • Chodź na bosaka
  • Babraj się w błocie
  • Baw się w kałuży
  • Próbuj wszystkiego na co masz ochotę… Choćbyś miała się upaprać po uszy :) Rób to !

Żadna babcia , ciocia, czy obca osoba nie powie: „Zostaw patyk. Patyk jest be. ” A jeśli powie ? To wiesz co zrobię ? Dam Ci ! Dostaniesz go ode mnie . Ba ! Pokażę Ci też, jak fajnie lepi się z mokrej ziemi. Zobaczysz … Zobaczysz, że nie tylko z plasteliny da się ulepić ludzika . Nie zabronię Ci. Nie będę ograniczać Twojej ciekawości. Nie będę … Bo sama :

  • Przesiadywałam w kałużach
  • Smarowałam się błotem – twierdząc że to zabieg pielęgnacyjny
  • Chodziłam na czworaka po trawniku, wcinając trawę… Chciałam dawać mleko jak krowa ;)
  • Jadłam pomidory, ogórki, owoce sezonowe prosto z krzaka
  • Poznałam smak ziemi
  • Wiem, jak chrzęści piasek pod zębami :)
  • Biegałam po ściernisku
  • Jeździłam na pełnej robactwa przyczepie ze zbożem
  • Wysmarowałam w domu ścianę, własną kupą ! :)
  • Zbierałam dżdżownice
  • Turlałam się z górki
  • Chodziłam na boso : po trawie, kamieniach, piachu, ziemi, błocie, nagrzanym asfalcie
  • Ciapałam się w zbiorniku z brudną śmierdzącą wodą, pełną larw komarów
  • Jadłam mokrą i suchą karmę , psia i kocią :)

Chodziłam brudna… Ale szczęśliwa ! A słowa : „Nie wolno, bo się pobrudzisz ” były mi zupełnie obce :) Ach …  Gdybym mogła wrócić do tych beztroskich lat…. Nie zastanawiała bym się ani chwili ! Dlatego, Córeczko … Korzystaj z dzieciństwa. Baw się ! Brudź się ! Bo kiedy ? Jak nie teraz ? Od tego jest dzieciństwo… Chcę, byś przeżyła je najlepiej jak to możliwe. Byś miała co wspominać :)

Nie pragnę, byś miała górę topowych zabawek. Nie są nic warte, w porównaniu z frajdą, jaką możesz mieć korzystając z własnej kreatywności….  Niezależny mi , byś chodziła nieskazitelnie czysta, ubrana jak mała księżniczka… Nie jesteś na pokaz ! Chce byś czuła że żyjesz :) Byś była szczęśliwa ! Bo nic nie daje tyle szczęścia co beztroska zabawa. A ja, będę czuwać – by była bezpieczna… Baw się , póki jesteś dzieckiem !

Twoja Mama

Zyskałam coś , o co teraz trudno !

Jakiś czas temu, żaliłam się, jak to mi przykro, bo odkąd stałam się mamą, moje życie towarzyskie zniknęło…Dużo się zmieniło…Ale ja wciąż istnieję !  Osoby, które wydawały się być dobrymi znajomymi, koleżanki które uważałam za warte uwagi, zapomniały o moim istnieniu… Straciłam dużo…

Dziś pisząc te słowa, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. :) Dlaczego ? Przecież moje życie towarzyskie ucierpiało. Cieszę się , że tak się stało. Z perspektywy czasu widzę, że lepiej być nie mogło. Wraz ze stratą tych wszystkich „wspaniałych znajomości” zyskałam. Zyskałam coś wyjątkowego. Coś, o co w tym fałszywym świecie bardzo trudno. Wiecie o czym mówię ? Nie ? Już wyjaśniam… Grono moich znajomych stopniowo zanikło, na jego miejscu pojawiła się jedna osoba. Właściwa osoba :) Przyjaciółka. Bezinteresowna. Serdeczna. Taka o której każdy marzy… Prawdziwa !

Im więcej czasu mija, tym bardziej umacniam się w tym, że spotkało mnie szczęście. Bo prawdziwy przyjaciel :

  • Biegnie do szpitala, nawet jeśli leżysz z powodu ciążowych mdłości.
  • Interesuje się Twoim samopoczuciem , niezależnie od Twojego stanu.
  • Interesuje się Tobą. Wie co lubisz, co Ci się podoba.
  • Nie zapomina o Tobie, kiedy wyjdziesz za mąż, bądź kiedy urodzisz dziecko.
  • Cierpliwie, z uwagą wysłuchuje Twojego paplania na temat ciąży, szkoły rodzenia itd. Mimo że ten temat jest dla niego odległy.
  • Chroni Twój ciążowy brzuch w zatłoczonym autobusie
  • Pozwoli Ci się wygadać…Opowiedzieć całą historię z porodówki, z najdrobniejszymi szczegółami. Słuchając z uwagą tego co mówisz.
  • Mimo zabiegania: pracy, studiów, męża,domowych obowiązków, znajduje dla Ciebie czas.
  • Jeśli jesteś uziemiona, i nie jesteś w stanie przyjechać…. To on przyjedzie, żeby się z Tobą zobaczyć.
  • Nie boi się Twojej pociechy. Przeczyta bajkę, pobawi się z nią. Weźmie na ręce. Przytuli.
  • Kiedy dzwoni lub pisze, zawsze zapyta o dziecko.
  • Pamięta o Twoich urodzinach, imieninach. Nie musi mu przypominać facebook. Po prostu pamięta ! Ba ! Pamięta także o Twoim dziecku, składając życzenia urodzinowe w Twoje ramiona.
  • Potrafi Cię zaskoczyć np: Kupując maluchowi śliczne ciuszki na dzień dziecka… Choć wcale tego nie oczekujesz.
  • Nie obraża się.
  • Wspiera , pociesza kiedy tego potrzebujesz.
  • Jest zawsze życzliwy. Cieszy się Twoim szczęściem.
  • Akceptuje Cię , taką jaką jesteś. Nie próbuje Cię zmienić. Akceptuje Twoją rodzinę.
  • Nie robi czegoś bo wypada.. Robi bo chce !

Kiedyś, ktoś mądry powiedział mi : „Nic nie dzieje się bez przyczyny. Tracimy coś, by zyskać coś lepszego „. Miał rację ! Ta cała historia ze znajomymi… Miała mi pokazać, że jest ktoś, komu naprawdę na mnie zależy. A te wszystkie byłe znajomości są niczym, w stosunku do tego co dał mi los. Niczym w porównaniu z prawdziwym przyjacielem !

Dziękuję Kinga ! :*

Melodia pełna jęku …

Zakładając tego bloga postanowiłam , że będę pisać regularnie. Dziś już wiem. Będąc mamą, nie jestem w stanie tego realizować. To już drugi raz, jak w mojej „blogowej karierze” wystąpiła dłuższa przerwa. Mimo szczerych chęci, mimo planów… Życie wszystko weryfikuje… A plany możemy sobie wsadzić głęboko w d… ;) Nie ! Nie jest to pożegnanie ! Chce pisać nadal. Bloga prowadzić będę, lecz zapewne nie z taką częstotliwością jak zamierzałam. Szkoda… Polubiłam to, bardzo…

Nie było mnie dość długo. Głupio mi… Nie znalazłam nawet chwili, by przeczytać co u Was ciekawego. Nie mam zielonego pojęcia, jak wygląda sprawa z placem zabaw dla Basi i Ignasia. Nie wiem co nowego stworzyła Matka Prawie Wariatka. Jak toczą się losy naszej Emigrantki , a także, jakie smakołyki przewinęły się przez kuchnię W moim Kacperkowie. Zaniedbałam Was wszystkie. Was które piszecie, i które czytacie . Ciebie też !

Moja nieobecność, była spowodowana przede wszystkim kryzysem. Dopadł on mnie , dziecko… Dopadł wszystkich. Nie dawałam sobie rady z niczym. Totalny brak organizacji, do tego kupa nerwów i poczucia winy… Poczucia że jako matka nie potrafię poradzić sobie z własną córką… Kruszynka , jest moim pierwszym dzieckiem. Przy niej się wszystkiego uczę, poznaje samą siebie. To Ona, pokazuje mi moje słabe strony. Całe to macierzyństwo, jest dla mnie nowością… Niejednokrotnie, bywa bardzo zaskakujące. Niestety także negatywnie. Z dnia na dzień , blog poszedł w odstawkę. Córcia , z wesołej dziewczynki, stała się okropnie nieznośnym dzieckiem… Ma 18-ście miesięcy. Niektóre z Was, chciały by mi pewnie powiedzieć : „18-ście ? To normalne. Dzieci w tym wieku tak mają. Trzeba to przeżyć. ” Zanim się to zaczęło, czytałam. Byłam świadoma , że czeka mnie tzw. „powrót do mamy ” . Oraz, że może być trochę ciężej…. Szczerze mówiąc… Nie spodziewałam się, że tak będzie to wyglądało. W mgnieniu oka, dziecko zmieniło się nie do poznania… Nie byłam na to przygotowana… Ledwo otworzyła oczy, już stęki i marudzenie. Krok w krok za mną, z pełna jęku melodią na ustach … Napady wściekłości, z gryzieniem wszystkiego co popadnie, łącznie z własnymi rączkami. Płacz przy zabawie, płacz na rękach. Jedzenie ? Hm.. Też nie pasowało… Strajk ! Totalny strajk ! Mam cierpliwość. Przynajmniej zawsze tak uważałam…  To wszystko mnie przerosło. To klejenie się do mnie, nie dawało mi żyć. A jej płacz… Doprowadzał mnie do szewskiej pasji….  pomocy-zbzikuje

Po dwóch dniach, miałam dość. Chodziłam cała w nerwach … A niestety , każdy kolejny dzień, wyglądał podobnie. Marzyłam,  by uciec stąd jak najdalej.  Jedynie , chwilę wytchnienia miałam na spacerze. ( Do tej pory nie rozumiem… Gdy wychodziłyśmy na zewnątrz, córka znów była niczym aniołek. Jak gdyby nigdy nic … ) Spędzając czas na świeżym powietrzu, było mi tak dobrze… Aż bałam się wracać … Ciągłe krzyki i płacz, dezorganizowały mnie całkowicie… Na podłodze bałagan. Wśród porozwalanych zabawek, resztki jedzenia. W kuchni sterta garów… A w łazience ? Prania a prania … Mieszkanie, aż prosiło się o zainteresowanie !  Natomiast cała moja uwaga, musiała być skupiona na dziecku… Robiłam wszystko. Stawałam na głowie by już więcej nie słyszeć jak marudzi. Eh… Z trudem, udawało mi się zrobić jakiś sensowny obiad…

Był to bardzo nerwowy okres. Dla nas wszystkich…Mała , która nie radziła sobie z wejściem w kolejny etap życia… ( To był chyba najgorszy skok rozwojowy, z jakim przyszło nam się zmierzyć) Ja, będąca z tym wszystkim sama, zła jak osa. Mąż, po 12 h pracy. Zmęczony , mażący tylko o wygodnym łóżku….Do tego, bałagan nie z tej ziemi, a także nieprzespane noce… Tak ! Noce też miały wiele do życzenia . Przez jakieś dwa tygodnie, córcia budziła się często z płaczem. Wszystko to , owocowało kutniami i rzucaniem się do gardeł… Żarliśmy się , jak nigdy dotąd… A na dobitkę… Kruszynkę dorwało jakieś przeziębienie. Dostaliśmy zakaz wychodzenia na pole. To było jak gwóźdź do trumny….

Gdy nastał dzień kulminacyjny skoku rozwojowego. Słysząc po raz en-ty płacz o zabawkę , którą sobie sama wyrzuciła…. Nie wytrzymałam ! Zostawiłam własne dziecko… Uryczane, czerwone z wysiłku… Wyszłam. Wyszłam do łazienki. Zamknęłam się i zatkałam uszy… To była chwila w której musiałam coś zrobić… Musiałam wybrać mniejsze zło i wyjść ! Inaczej, nie wiem co by się stało… Tyle złości , negatywnych emocji we mnie jeszcze nie było… Nie wiem ile tam siedziałam . Pięć… Może dziesięć minut. Ona cały czas płakała… Gdy ochłonęłam, wróciłam do gry. Pełna nadziei ze będzie lepiej. Wzięłam małą w ramiona. Przytuliłam, i wyjątkowo ( jak na tamten okres ) spokojnym głosem zaczęłam z nią rozmawiać. Uspokoiła się… Ja też … Później było już lepiej.  Obie byłyśmy zdecydowanie spokojniejsze … A ja cieszyłam się, że nie dałam się ponieść złym emocjom …

Jak pisałam, dostałyśmy zakaz na wyjście z domu… Przyznam, że go po prostu olałam. Nie wytrzymałybyśmy, nie przeżyłybyśmy tego okresu, zamknięte w czterech ścianach. Córce te spacery dobrze robiły. Ba ! Obydwie wracałyśmy w lepszych nastrojach. Z siłą do walki z tym okropnym skokiem rozwojowym… Aaa ! I bardzo szybko pozbyłyśmy się przeziębienia. :)

Było ciężko ! Przeżyłyśmy !

Tu link do wierszyka pisanego pod wpływem podobnych emocji. -> Frustracja